♦♦ Zobacz zdjęcia z Mongolii

 

Survival w Ułan Tajdze

tekst i zdjęcia: Bolesław A. Uryn

 

  W Mongolii można wsiąść na konia na jednym końcu kraju i pojechać  „za darmo” na przeciwny kraniec, nie napotykając po drodze płotu, szyn kolejowych czy szosy...

 Plan wyprawy był następujący: - z osady Ułaan-Uuł w Kotlinie Darchackiej (Mongolia północna), powędrujemy kilkaset kilometrów konno przez góry Czerwonej Tajgi [Ułaan Tajga] aż do rzeki Sziszchid. Do dolnego jej biegu, blisko granicy z Syberią, tam gdzie nikt jeszcze nie dotarł, gdzie rzeka staje się potężna i zaczyna nazywać się JENISEJ. Nasza trasa wiodła najpierw wzdłuż rzeki Chog-goł, wokół Bełczir uuł  - najwyższego szczytu Sajanów wschodnich [3351m], dalej do rzeki - „Ojca” Sziszchidu i skończyła się w  osadzie Cagaan Nuur.

Wyprawa była górską, ale odbywała się… konno, bo nie da rady dotrzeć tam samochodem, dopłynąć pontonem, nawet wylądować helikopterem. Rzeka płynie z dala od „cywilizacji” przez całkowicie bezludne, niedostępne góry. W jej okolice trafiają  jedynie nieliczni miejscowi myśliwi w poszukiwaniu soboli i to tylko zimą. Idą tam z renami, przemieszczając się najpierw pieszo po lodzie rzek, a potem – w górach – na nartach. My powędrowaliśmy jesienią (mniej opadów i niższy poziom wody w rzekach), na koniach, z bagażami wiezionymi w jukach. Jak się później okazało porwaliśmy się na wyczyn prawie ponad siły. Ryzykowny i trudny. Za to zobaczyłem i pokochałem jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. I wreszcie zrozumiałem czemu tajga nazywa się tam „czerwona”.

Tajga księżycowa

Góry sięgają tam swoimi szczytami do prawie czterech tysięcy metrów. Nawet przełęcze są na wysokościach około 3 000 m npm. Dlatego nasza wędrówka polegała na nieustającej konnej wspinaczce na zbocza gór, lub schodzeniu setek metrów w dół. Bywało, że dziennie kilkakrotnie przeprawialiśmy się przez rzeki, ponieważ ich koryta stanowiły jedyną, dostępną drogę.

            Ziemia była przesycona wodą, która spływała setkami strumieni w dół, po zboczach, łącząc się niżej w rzeczki i rzeki. Każdy najmniejszy strumyczek eroduje tam glebę, tworząc głęboki kanał. W dolinach i zagłębieniach terenu woda gromadzi się pod postacią rozlewisk, wielkich mokradeł i bagien. Czasami widocznych – czarnych , śmierdzących i obrzydliwych. Częściej zdradziecko ukrytych pod kożuchem roślinności.   

Tajgę porastają modrzewie, jodły i limby. Wolną przestrzeń między nimi szczelnie wypełnia mech i dywan krzaczków usiany kamieniami i głazami. Wszystko  pokrywa masa drewna, zalegającego tam od dziesiątków lat. Gnijącego i powoli zamieniającego się w grubą warstwę próchnicy. Na ziemi leżą zarówno suche gałęzie i konary niedawno obłamane przez wiatr, jak i całe wielkie drzewa. Olbrzymy, od lat martwe, wyglądające jeszcze na mocne, a rozpadające się na spróchniałe drzazgi przy próbie oparcia się ręką. I leżą liczne drzewa świeżo wyrwane z korzeniami przez wichurę, lub rozwalone w strzępy uderzeniem pioruna[1].

W tajdze nad głową nie widać było nieba. To przez gąszcz gałęzi. Wysoko w górze zielonych a w niższych piętrach szarych, czarnych, martwych konarów. Ze wstęgami szarego mchu wiszącymi jak wdowi welon.

Mój przyjaciel i przewodnik wyprawy  - Mongoł Erdene z Cagaan Nuur, nazywał te tereny tajgą „księżycową”. Myśmy, nie znajdując równego miejsca na postawienie namiotu i trawy dla nakarmienia koni, określali ją  -  cholerna”, ale częściej -  wspaniała, piękna

Tajga – wróg człowieka?

Marsz przez tajgę był ciężki. Zarówno dla człowieka jak i konia. Po prawdzie to był nie ciężki a koszmarnie trudny! W siodle można było pokonać jedynie część drogi, a i tak jeździec miał wyrzuty sumienia, że zamęcza i dręczy biedne zwierze. Trochę lepsze drogi tworzyły ścieżki dzikich zwierząt, ale i one wiodły przez gąszcz krzewów, bagniska, powalone pnie drzew i z czasem zamieniały się w koryta strumieni.  Miejscami trzeba było przedzierać się przez gąszcz kolczastych krzaków zwartych i o wysokości jeźdźca na koniu. Maczeta nie pomagała. Były nie do przebycia bez „laski dynamitu”.

            Najgorsze były strome podejścia połączone z prowadzeniem za sobą konia z jukami. Piechur drapał się na czworakach setki metrów w górę po zboczu, na dodatek ciągnąc za sobą konia. A ten - często - przewracał się. Spadały bagaże, staczały w dół i trzeba było potem już samemu taszczyć je pod górę. Na własnym grzbiecie, stromo pod górę, czepiając się gałęzi, przechodząc z głazu na głaz. Grzęznąc w mchu po pas…

Chociaż nie – gorsze były zejścia w dół, bo była to walka piechura o utrzymanie się na nogach i dodatkowo nieustanny strach, że prowadzony z tyłu - wyżej - koń stoczy się na ciebie. A konia trzeba prowadzić za sobą za wodze, bo pozostawiony luzem uciekłby i trzeba by go potem godzinami szukać. 

Jednak najwięcej emocji sprawiały nam  przeprawy konne przez górskie rzeki. Szerokie, wartkie, z korytem usłanym kamieniami i głazami. Brody były na tyle głębokie, że musieliśmy pokonywać je siedząc w siodle i unosząc nogi do góry. A koń potykał się. Kopyta klinowały mu się w szczelinach, albo rozjeżdżały na śliskich głazach. A woda parła, w każdej chwili grożąc upadkiem zwierzęcia i kąpielą jeźdźca w lodowatej wodzie (grożącą hipotermią,  poważną kontuzją lub wręcz utopieniem!). Zdarzyło się, że koń poddawał się nurtowi i bywał zepchnięty przez jego napór na głębię. Że przewrócił się do wody wraz z jeźdźcem. Że pękły popręgi siodła i pechowy jeździec lądował w wodzie.  Że bagaże popłynęły do Oceanu Lodowatego Północnego…

A na koniec trzeba jeszcze wyjść z rzeki na stromy brzeg, dodatkowo zatarasowany drzewami i krzakami. Ciężko było znaleźć lukę w tym gąszczu. Opisałem to tak w notesie: - konie opierają się, a poganiane (w końcu bite) szaleją i wspinając się na skarpę skaczą…. Kopyta mojego osunęły się po błocie skarpy i - jak na rodeo - zwierzę przewróciło się na grzbiet. Spadłem! Cudem, w wodzie, zdążyłem jeszcze przetoczyć się na bok po kamieniach…  Groza!

Przeprawy konne przez rzeki wywoływały ogromne emocje i zapamiętałem je na całe życie!. 

A może – raczej – najgorsza jest wspinaczka lub przemarsz przez gołoborza ciągnące się kilometrami? Nie wiem. 

Równie męczący był marsz przez śródgórskie kotliny. Wydawało by się, że równy, płaski, niezarośnięty drzewami teren nie sprawi koniom kłopotu. Ale tam z kolei czyhało bagno. Marsz w warunkach, gdy każdy kolejny krok konia lub człowieka był mordęgą i mógł grozić ostatecznym ugrzęźnięciem lub utopieniem, wysysał resztki sił!  Tak użalałem się nad konikami w notesie: - pod koniec dnia konie są  już tak zmęczone i słabe, że gdy się przewrócą, to już nie chcą się podnosić. Robią się nieposłuszne, czyli - niebezpieczne. Trzeba je rozkulbaczać, zdjąć im z grzbietu ciężary i bić. A ten biedak, nie znajdując w bagnie i mchu oparcia dla kopyt, nie daje rady powstać. Mongołowie biją takie leniwe konie, ciągną za uzdę i ogon, ale one wolą leżeć, dyszeć i odpoczywać. Raczej znosić razy, niż dalej iść. A iść dalej trzeba. Nie ma odwrotu. Idzie o przetrwanie i dotarcie do celu.  W sytuacjach ekstremalnych wybór między dotarciem człowieka do celu, a zwierzęciem, może być tylko jeden. Bolesny dla konia, a przykry dla wrażliwego człowieka.

Na szczęście malutkie mongolskie koniki są „od dziecka” przyzwyczajone do takiej brutalnej, „alpinistycznej” jazdy po górach. Do wysokości, crossu, wspinaczki. Małe ale silne, ochoczo przeprawiają się przez rzeki, topią w bagniskach, wdrapują na góry. Jedzą byle co i ciężko pracują – podobnie jak ich właściciele, miejscowi myśliwi. 

  W górnych partiach gór, gdzieś na wysokości około 2500 m, kończy się tajga, a zaczyna tundra. Wokoło tylko mchy, porosty i kamienie. Mokro. Wszystkie kamienie i głazy są zielone – porośnięte jakby pleśnią. Wieje silny wiatr. Ale za to jakie tu widoki...! Zadziwia niespotykana przeźroczystość powietrza. Suchego i czystego. Widzialność sięgała po najodleglejszy horyzont.

Upiory tajgi.

Tajga to wspaniała plątanina drzew. Limb rosnących strzeliście pod niebo (i obdarzających nas hojnie  „cedrowymi” orzeszkami) lub pokracznych, postrzępionych piorunami. Albo jak Qazimodo poskręcanych od mrozów i wiatru. I tych setek martwych już leżących na ziemi. Olbrzymów powalonych na ziemię, niby martwych a wciąż żywych zielenią liści. I żywych trupów - „combi”, porosłego mchem próchna, tylko wyglądającego jak pień drzewa. 

Ta modrzewiowo - limbowa, pierwotna dżungla wszędzie pokazuje rany odniesione od ognia. Osmalone pnie i dolne gałęzie mówią, że przeszedł tu kiedyś pożar. Liznął pnie, opalił gałęzie i liście, ale drzewa nie zabił. Gdzie indziej tysiące hektarów lasu straszy sterczącymi kikutami spalonych, martwych pni. Praktycznie wszędzie spotyka się ślady minionych pożarów, które zdarzają się tutaj często. Prowokuje je susza, a powoduje najczęściej piorun. Pożar praktycznie nie jest gaszony, no bo kto ma to robić? Ogień ogarnia wielkie powierzchnie. Gdy wieją wiatry to przesuwa się szybko z drzewa na drzewo. Tli tygodniami, nawet miesiącami gdy płonie głównie poszycie na ziemi.

Pożary widoczne są z oddali, nocą, w postaci czerwonej poświaty. W ciągu dnia postrzega się je jako dym czy mgłę – zasnuwające okolicę na setki kilometrów.

Tajga - święta góra, święte kurhany.

A wszystkie te cuda Czerwonej Tajgi są pod opieką sterczącego szpica świętego dla Mongołów szczytu Dełger chan, górującego nad całym łańcuchem górskim wypiętrzonym nad Darchacką Kotliną. Szczytu obejmującego opieką  ją i mieszkających tam pasterzy. Góra jest  ponoć dotąd niezdobyta przez człowieka, bo wszystkie dotychczasowe próby (mówili mi to miejscowi) zakończyły się śmiercią śmiałków.

Podobną rolę spełniają wotalne kurhany oboo usypane przez przezornych wiernych. Oboo to kamienna piramida z drągami sterczącymi ku górze i przyozdobionymi błękitnymi wstęgami jedwabiu, licznymi czaszkami zwierząt i wotami ofiarnymi. Bywa to miejsce pochówku miejscowego szamana. Miejscowe duchy dzięki oboo  (i złożonym tam darom), strzegą ludzkich siedzib i dobytku pasterzy. 

Stoją wysoko – na szczytach, w miejscach szczególnych, wyróżniających się pięknym i rozległym widokiem.

Tajga „pierdzi!”

Jesienią w górach dominuje cisza. Zarówno na rozległych przestrzeniach dolin jak i w tajdze czy tundrze. Nawet na szczytach. Przejmująca, głęboka, senna „przedśmiertna”  – bo nastał czas oczekiwania na całun śniegu, który już każdego dnia może pokryć dywan z opadłych igieł modrzewi. ich złota, gruba, ciepła warstwa otulająca ziemię, krzewy, powalone pnie drzew, kamienie i głazy, powierzchnie strumieni i stawów - już lada moment zniknie pod białą pierzyną śniegu. Nastanie okres długiego, zimowego snu tajgi nieświadomej słonecznego nieba i trzaskającego, pięćdziesięciostopniowego mrozu.

Jesienią w tajdze ciszę zakłóca tylko krystalicznie czysta woda strumieni, szemrząca i umykająca w pośpiechu przed zimnem. Przed mrozem zamieniającym nocą jej powierzchnię w lód. Dziwny, bo przeźroczysty jak szkło, gładki i równy z powierzchnią wody. Dla ludzkich oczu niewidoczny. Sięgający zimą do 2 metrów grubości!

Jesienna tajga jest cicha i piękna. W kolorach złota i czerwieni. Świetlista. Wrażenie ciepła sprawiają także szczyty gór iskrzące się lodem na tle błękitnego nieba. Ale wszystko tak ładnie wygląda jedynie gdy świeci słoneczko. Szczególne wrażenia sprawiają zachody słońca, gdy ziemię pokrywa już czarny, lodowaty mrok, a złote modrzewie na stokach gór jeszcze jarzą się pełnią słońca. Płoną ogniem jego promieni. Gdy słonko bardziej pochyli się ku zachodowi, to świat nagle staje się ponury, wręcz czarny. Po zmroku natychmiast robi się zimno, groźne i nieprzyjemne. Pod lodowatym oddechem wiecznej zmarzłoci zamiera życie przyrody i – podobnie - obozowe. Zaczynają w oddali wyć wilki… 

Nocą pada śnieg lub krupa.

Zapamiętałem także intensywny zapach tajgi i odgłosy które wydaje ziemia gdy po niej stąpa koń czy człowiek. Mlaśnięcia, cmoknięcia, bulgot, syk wydostającego się gazu. Intensywnie pachną drzewa, krzewy i zioła, ale najbardziej wilgotna ziemia. Fermentując wydziela zapachy jak sklep zielarski. Każde stąpnięcie na mech wyzwala kolejną erupcję gazu. Ziołowego, przyjemnego, jak mój dezodorant „cedar wood”. 

Kolega opisał to zjawisko obrazowo, dosadnie i bardzo adekwatnie. Powiedział - „gdy stąpasz, to tajga „pierdzi” na ciebie ziołowym kondensatem zapachu szyszek cedrowych, fermentującej próchnicy i ziół. Samym zdrowiem!”

Boże mój, jakże wspaniałe były momenty przerwy w podróży, gdy obolały schodziłem z konia i natychmiast uwalałem się obok, jak długi, na miękkiej poduszce z mchu. Drzemiąc w oparach tajgi, zrywałem jagody nachylające się nad moją twarzą. Wielkie jak u nas wiśnie. I chciałem już tak zostać na zawsze…

Pokochaj tajgę.

Górska tajga jest  piękna, ciekawa ale i nieprzyjazna człowiekowi. Hamuje przemieszczanie się podróżnika i wysysa z niego ostatnie siły. My wędrując konno po 6-8 godzin dziennie, przemierzaliśmy zaledwie po 20-30 km. Często dużo mniej. Wędrowaliśmy godzinę po godzinie, dzień po dniu z zaciśniętymi zębami, bo odwrotu już nie było. Czasami - ze zmęczenia, bólu i strachu - klęliśmy ten straszny teren. Przytrafiły się upadki koni[2] i poważne kontuzje ludzi. Obolały po upadku bark i skręcona stopa. A wszystko to - na dodatek - tysiące kilometrów od domu i setki od śladu najbliższego człowieka (i lekarza!). Gnani potrzebą odkrywczej eksploracji, dojadając resztki jedzenia warczeliśmy na siebie, a ja – prowadzący, musiałem czasem wrzeszczeć gorzej niż „ostatni cham” -  sierżant amerykańskich marins, lub być lepszy od mamusi.

Zapewne ciśnie się Wam pytanie – „czy warto było…?”

Na pierwszych stronach wyprawowego notatnika zapisałem (i jeszcze postawiłem wykrzyknik przy notatce) – [...] opisać straszną  Czerwoną Tajgę, pustynię wysokogórskiej tundry i trudności podróżowania tam na koniach. Masakrę ludzi i sprzętu...!”. Ale na końcu notesu mam już inną notatkę podkreśloną i zakończoną aż trzema wykrzyknikami: [...] opisać unikatowe piękno mongolskiej tajgi, wspaniałe góry. Jeziora i rzeki które tam płyną.. Opisać te widoki – nie do opisania…, i  zmagania z rybą - wielkim tajmieniem…,  nasze dzielne konie. I – na koniec – wspaniałe przeżycia i wielką satysfakcję zwycięstwa nad górami, tajgą i sobą. Radość z dokonanego dzieła!”. 

Żeby góry i tajgę poznać, rozsmakować się w niej, pokochać ją, to musieliśmy iść tam tak jak Mongoł - w siodle, prowadząc za sobą  jucznego konia. Mozolnie i wolno wędrując coraz dalej i coraz wyżej. Za to potem nastały widoki zapierające dech w piersi. Zachwycony pisałem w notesie: [] na tle bezchmurnego, niebieskiego nieba góry złocą się i błyszczą w słońcu. Szczyty pokrył już pierwszy śnieżnobiały lód. Niżej, na stokach skrzy się woda z topniejącego śniegu. Tajga, ze złotej  - od koloru żółknących igieł modrzewi, robi się czerwona - od jesiennego koloru połaci stoków gór pokrytych czerwonymi listkami jagód… 

To nie może być prawdziwe! To - ŚWIAT Z BAŚNI! 

Drogi Czytelniku

na koniec wyprawy, w ostatnim, najodleglejszym obozowisku w Czerwonej Tajdze już nad Sziszchidem pozostawiłem polską flagę. Biało - czerwony prostokąt uszyty z niegnijącego materiału, zamocowałem na mocnej, stylonowej lince, którą rozciągnąłem wysoko między koronami dwóch drzew. Wytrzyma tam lata. Zrobiłem to dumny z dzieła dokonanego przez nas – Polaków, na pamiątkę i z nadzieją, że ktoś z Was dotrze kiedyś w te okolice. Trafi tam kierowany ciekawością poznania świata jurt i unikatowej przyrody, i po fladze rozpozna miejsce naszego obozu. A pojechać tam warto póki jeszcze w Ułan Tajdze można podziwiać piękne dzieło boże jeszcze nawet nie tknięte zbrodniczą ręką człowieka, nie zniszczone jego zachłannością i głupotą! 

Możecie ”ukraść” czerwono – złotej tajdze kilkaset pięknych zdjęć i odejdźcie nie zostawiając po sobie innego śladu poza popiołem obozowego ogniska.

[1] wiosną pioruny uderzają tu tak często, że nikt miejscowy nie odważa się iść do tajgi.

[2] w trakcie wyprawy żaden z koni nie ucierpiał. Nie były maltretowane, ani bite.