Tajga księżycowa
Góry
sięgają tam swoimi szczytami do prawie czterech tysięcy metrów.
Nawet przełęcze są na wysokościach około 3 000 m npm. Dlatego nasza
wędrówka polegała na nieustającej konnej wspinaczce na zbocza gór,
lub schodzeniu setek metrów w dół. Bywało, że dziennie kilkakrotnie
przeprawialiśmy się przez rzeki, ponieważ ich koryta stanowiły jedyną,
dostępną drogę.
Ziemia była przesycona wodą, która
spływała setkami strumieni w dół, po zboczach, łącząc się niżej
w rzeczki i rzeki. Każdy najmniejszy strumyczek eroduje tam glebę,
tworząc głęboki kanał. W dolinach i zagłębieniach terenu woda
gromadzi się pod postacią rozlewisk, wielkich mokradeł i bagien.
Czasami widocznych – czarnych , śmierdzących i obrzydliwych. Częściej
zdradziecko ukrytych pod kożuchem roślinności.
Tajgę
porastają modrzewie, jodły i limby. Wolną przestrzeń między nimi
szczelnie wypełnia mech i dywan krzaczków usiany kamieniami i głazami.
Wszystko pokrywa masa drewna, zalegającego tam od dziesiątków lat.
Gnijącego i powoli zamieniającego się w grubą warstwę próchnicy.
Na ziemi leżą zarówno suche gałęzie i konary niedawno obłamane
przez wiatr, jak i całe wielkie drzewa. Olbrzymy, od lat martwe, wyglądające
jeszcze na mocne, a rozpadające się na spróchniałe drzazgi przy próbie
oparcia się ręką. I leżą liczne drzewa świeżo wyrwane z
korzeniami przez wichurę, lub rozwalone w strzępy uderzeniem pioruna.
W
tajdze nad głową nie widać było nieba. To przez gąszcz gałęzi.
Wysoko w górze zielonych a w niższych piętrach szarych, czarnych,
martwych konarów. Ze wstęgami szarego mchu wiszącymi jak wdowi welon.
Mój
przyjaciel i przewodnik wyprawy -
Mongoł Erdene z Cagaan Nuur, nazywał te tereny tajgą „księżycową”.
Myśmy, nie znajdując równego miejsca na postawienie namiotu i trawy
dla nakarmienia koni, określali ją
- „cholerna”,
ale częściej - wspaniała, piękna…
Tajga
– wróg człowieka?
Marsz
przez tajgę był ciężki. Zarówno dla człowieka jak i konia. Po
prawdzie to był nie ciężki a koszmarnie trudny! W siodle można było
pokonać jedynie część drogi, a i tak jeździec miał wyrzuty
sumienia, że zamęcza i dręczy biedne zwierze. Trochę lepsze drogi
tworzyły ścieżki dzikich zwierząt, ale i one wiodły przez gąszcz
krzewów, bagniska, powalone pnie drzew i z czasem zamieniały się w
koryta strumieni. Miejscami
trzeba było przedzierać się przez gąszcz kolczastych krzaków
zwartych i o wysokości jeźdźca na koniu. Maczeta nie pomagała. Były
nie do przebycia bez „laski dynamitu”.
A na koniec trzeba jeszcze wyjść z rzeki na stromy
brzeg, dodatkowo zatarasowany drzewami i krzakami. Ciężko było znaleźć
lukę w tym gąszczu. Opisałem to tak w notesie: - konie
opierają się, a poganiane (w końcu bite) szaleją i wspinając się
na skarpę skaczą…. Kopyta mojego osunęły się po błocie skarpy i
- jak na rodeo - zwierzę przewróciło się na grzbiet. Spadłem!
Cudem, w wodzie, zdążyłem jeszcze przetoczyć się na bok po
kamieniach… Groza!
Przeprawy konne przez rzeki wywoływały ogromne
emocje i zapamiętałem je na całe życie!.
Równie męczący był marsz przez śródgórskie
kotliny. Wydawało by się, że równy, płaski, niezarośnięty
drzewami teren nie sprawi koniom kłopotu. Ale tam z kolei czyhało
bagno. Marsz w warunkach, gdy każdy kolejny krok konia lub człowieka
był mordęgą i mógł grozić ostatecznym ugrzęźnięciem lub
utopieniem, wysysał resztki sił!
Tak użalałem się nad konikami w notesie: - pod
koniec dnia konie są już
tak zmęczone i słabe, że gdy się przewrócą, to już nie chcą się
podnosić. Robią się nieposłuszne, czyli - niebezpieczne. Trzeba je
rozkulbaczać, zdjąć im z grzbietu ciężary i bić. A ten biedak, nie
znajdując w bagnie i mchu oparcia dla kopyt, nie daje rady powstać.
Mongołowie biją takie leniwe konie, ciągną za uzdę i ogon, ale one
wolą leżeć, dyszeć i odpoczywać. Raczej znosić razy, niż dalej iść.
A iść dalej trzeba. Nie ma odwrotu. Idzie o przetrwanie i dotarcie do
celu. W sytuacjach
ekstremalnych wybór między dotarciem człowieka do celu, a zwierzęciem,
może być tylko jeden. Bolesny dla konia, a przykry dla wrażliwego człowieka.
Na szczęście malutkie mongolskie koniki są „od
dziecka” przyzwyczajone do takiej brutalnej, „alpinistycznej”
jazdy po górach. Do wysokości, crossu, wspinaczki. Małe ale silne,
ochoczo przeprawiają się przez rzeki, topią w bagniskach, wdrapują
na góry. Jedzą byle co i ciężko pracują – podobnie jak ich właściciele,
miejscowi myśliwi.
Tajga
to wspaniała plątanina drzew. Limb rosnących strzeliście pod niebo
(i obdarzających nas hojnie „cedrowymi”
orzeszkami) lub pokracznych, postrzępionych piorunami. Albo jak
Qazimodo poskręcanych od mrozów i wiatru. I tych setek martwych już
leżących na ziemi. Olbrzymów powalonych na ziemię, niby martwych a
wciąż żywych zielenią liści. I żywych trupów - „combi”,
porosłego mchem próchna, tylko wyglądającego jak pień drzewa.
Ta
modrzewiowo - limbowa, pierwotna dżungla wszędzie pokazuje rany
odniesione od ognia. Osmalone pnie i dolne gałęzie mówią, że
przeszedł tu kiedyś pożar. Liznął pnie, opalił gałęzie i liście,
ale drzewa nie zabił. Gdzie indziej tysiące hektarów lasu straszy
sterczącymi kikutami spalonych, martwych pni. Praktycznie wszędzie
spotyka się ślady minionych pożarów, które zdarzają się tutaj często.
Prowokuje je susza, a powoduje najczęściej piorun. Pożar praktycznie
nie jest gaszony, no bo kto ma to robić? Ogień ogarnia wielkie
powierzchnie. Gdy wieją wiatry to przesuwa się szybko z drzewa na
drzewo. Tli tygodniami, nawet miesiącami gdy płonie głównie poszycie
na ziemi.
Pożary
widoczne są z oddali, nocą, w postaci czerwonej poświaty. W ciągu
dnia postrzega się je jako dym czy mgłę – zasnuwające okolicę na
setki kilometrów.
Tajga
- święta góra, święte kurhany.
A
wszystkie te cuda Czerwonej Tajgi są pod opieką sterczącego szpica świętego
dla Mongołów szczytu Dełger
chan, górującego nad całym łańcuchem górskim wypiętrzonym nad
Darchacką Kotliną. Szczytu obejmującego opieką
ją i mieszkających tam pasterzy. Góra jest
ponoć dotąd niezdobyta przez człowieka, bo wszystkie
dotychczasowe próby (mówili mi to miejscowi) zakończyły się śmiercią
śmiałków.
Podobną
rolę spełniają wotalne kurhany oboo
usypane przez przezornych wiernych. Oboo
to kamienna piramida z drągami sterczącymi ku górze i przyozdobionymi
błękitnymi wstęgami jedwabiu, licznymi czaszkami zwierząt i wotami
ofiarnymi. Bywa to miejsce pochówku miejscowego szamana. Miejscowe
duchy dzięki oboo (i złożonym
tam darom), strzegą ludzkich siedzib i dobytku pasterzy.
Stoją
wysoko – na szczytach, w miejscach szczególnych, wyróżniających się
pięknym i rozległym widokiem.
Tajga
„pierdzi!”
Jesienią
w górach dominuje cisza. Zarówno na rozległych przestrzeniach dolin
jak i w tajdze czy tundrze. Nawet na szczytach. Przejmująca, głęboka,
senna „przedśmiertna” –
bo nastał czas oczekiwania na całun śniegu, który już każdego dnia
może pokryć dywan z opadłych igieł modrzewi. ich złota, gruba, ciepła
warstwa otulająca ziemię, krzewy, powalone pnie drzew, kamienie i głazy,
powierzchnie strumieni i stawów - już lada moment zniknie pod białą
pierzyną śniegu. Nastanie okres długiego, zimowego snu tajgi nieświadomej
słonecznego nieba i trzaskającego, pięćdziesięciostopniowego mrozu.
Jesienią
w tajdze ciszę zakłóca tylko krystalicznie czysta woda strumieni,
szemrząca i umykająca w pośpiechu przed zimnem. Przed mrozem
zamieniającym nocą jej powierzchnię w lód. Dziwny, bo przeźroczysty
jak szkło, gładki i równy z powierzchnią wody. Dla ludzkich oczu
niewidoczny. Sięgający zimą do 2 metrów grubości!
Na pierwszych stronach wyprawowego notatnika zapisałem
(i jeszcze postawiłem wykrzyknik przy notatce) – [...] opisać
straszną Czerwoną Tajgę,
pustynię wysokogórskiej tundry i trudności podróżowania tam na
koniach. Masakrę ludzi i sprzętu...!”. Ale na końcu notesu mam
już inną notatkę podkreśloną i zakończoną aż trzema
wykrzyknikami: [...] opisać
unikatowe piękno mongolskiej tajgi, wspaniałe góry. Jeziora i rzeki
które tam płyną.. Opisać te widoki – nie do opisania…, i
zmagania z rybą - wielkim tajmieniem…,
nasze dzielne konie. I – na koniec –
wspaniałe przeżycia i wielką satysfakcję zwycięstwa nad górami,
tajgą i sobą. Radość z dokonanego dzieła!”.
Żeby
góry i tajgę poznać, rozsmakować się w niej, pokochać ją, to
musieliśmy iść tam tak jak Mongoł - w siodle, prowadząc za sobą
jucznego konia. Mozolnie i wolno wędrując coraz dalej i coraz
wyżej. Za to potem nastały widoki zapierające dech w piersi.
Zachwycony pisałem w notesie: […]
na tle bezchmurnego, niebieskiego
nieba góry złocą się i błyszczą w słońcu. Szczyty pokrył już
pierwszy śnieżnobiały lód. Niżej, na stokach skrzy się woda z
topniejącego śniegu. Tajga, ze złotej
- od koloru żółknących igieł modrzewi, robi się czerwona -
od jesiennego koloru połaci stoków gór pokrytych czerwonymi listkami
jagód…
To
nie może być prawdziwe! To - ŚWIAT Z BAŚNI!
Drogi
Czytelniku,
na koniec
wyprawy, w ostatnim, najodleglejszym obozowisku w Czerwonej Tajdze już
nad Sziszchidem pozostawiłem polską flagę. Biało - czerwony prostokąt
uszyty z niegnijącego materiału, zamocowałem na mocnej, stylonowej
lince, którą rozciągnąłem wysoko między koronami dwóch drzew.
Wytrzyma tam lata. Zrobiłem to dumny z dzieła dokonanego przez nas –
Polaków, na pamiątkę i z nadzieją, że ktoś z Was dotrze kiedyś w
te okolice. Trafi tam kierowany ciekawością poznania świata jurt i
unikatowej przyrody, i po fladze rozpozna miejsce naszego obozu. A
pojechać tam warto póki jeszcze w Ułan Tajdze można podziwiać piękne
dzieło boże jeszcze nawet nie tknięte zbrodniczą ręką człowieka,
nie zniszczone jego zachłannością i głupotą!
Możecie
”ukraść” czerwono – złotej tajdze kilkaset pięknych zdjęć i
odejdźcie nie zostawiając po sobie innego śladu poza popiołem
obozowego ogniska.