|
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Mongoł Nyambat, siorbiąc zupę ugotowaną na głowie złapanego przeze mnie wielkiego tajmienia, powiedział mi kiedyś - „Bolik, Duch Sziszchidu Cię kocha...” Sami osądźcie czy miał rację... ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Tajmień szamana!
Bolesław A. URYN
Wyprawa SALMO TAJMIEŃ, sierpień - wrzesień 2004 r.W Mongolskiej Czerwonej Tajdze strome góry sięgają swoimi szczytami do prawie czterech tysięcy metrów. Porośnięte są modrzewiami i limbami. Nad głową nie widać nieba taki tam gąszcz gałęzi. Wysoko w górze zielonych, ale w niższych piętrach i tuż nad głową, szarych, czarnych, martwych konarów. Z wiszącymi jak wdowi welon wstęgami szarego mchu. Wolna przestrzeń między drzewami pokryta jest licznymi kamieniami i głazami. Rośnie mech i ścielą się dywany krzaczków jagód i borówek. Wszystko pokrywa masa starego, spróchniałego drewna, leżącego tam od dziesiątków lat. Gnijącego i powoli zamieniającego się w grubą warstwę próchnicy. Leżą wielkie drzewa, olbrzymy, już od lat martwe, wyglądające na jeszcze mocne, a rozpadające się na spróchniałe drzazgi przy próbie stanięcia na nie. Albo inne - świeżo wyrwane przez wichurę z korzeniami, lub rozwalone w strzępy uderzeniem pioruna W górnych partiach gór, gdzieś na wysokości około 2500 m, kończy się tajga, a zaczyna tundra. Wokoło tylko mchy, porosty i kamienie. Wszystkie kamienie i głazy są tam zielone – porośnięte jakby pleśnią. Wieje silny wiatr. Ale za to jakie widoki...? Tam spotkać można tylko mongolskiego ałmasa (Yeti!). Ziemia, czy to w dolinach, czy na zboczach gór, nasączona jest po wierzchu wodą, nie mogącą wsiąkać głębiej (wieczna zmarzłoć). W dolinach i zagłębieniach gromadzi się ona pod postacią bagien i wielkich mokradeł. Potem spływa po zboczach setkami strumieni, łączącymi się niżej w rzeczki. Te trafiają do rzek. Wraz z biegiem rzeki bogacą się w wodę. Wszystkie – w końcu – topią się w Ojcu Sziszchidzie (Jeniseju). Podróżowanie konno po Ułan Tajdze jest mordęgą dla zwierząt i ludzi. Nasza wyprawa polegała na wolnej, mozolnej wędrówce konnej wzdłuż kolejnych rzeki. Z namiotami i kociołkiem na ognisko. Trwała aż sześć tygodni... Eldoradozaczęło się już w rzece Ogij-nuur. Zatrzymaliśmy się na godzinę, na posiłek i Andrzej wyciągnął spinning. Rzut – lenok. Rzut – lenok. Czwarty... piąty... Wszystkie piękne, lśniące, wielkie, fotogeniczne... Potem z Cagaan Nuur powędrowaliśmy konno na północ, wzdłuż kolejnych, rybnych rzek, aż do jeziora leżącego na samej granicy z Syberią (dobrze, że nas pograniczniacy nie spotkali!). By opisać nasze przygody potrzeba książki[1], dlatego zacytuję tylko króciutkie fragmenty z dziennika:(...) pierwszy obóz nad Sziszchidem. Idę zobaczyć wodę i od razu, za drugim rzutem na okonia Salmo, czepia mi się tajmień 92 cm....dochodzimy do rzeki Tengys. O godzinie osiemnastej namioty są rozbite, ognisko płonie więc idę na ryby. Poniżej obozu jest śliczne bystrze. Zakładam Boxerka RR Salmo. Drugi rzut pod przeciwległy brzeg i „zaczep”. Zaczep zaczyna targać łbem jak nasz pies Sansyr. Gdy ryba przewaliła się po powierzchni to zacząłem wrzeszczeć o pomoc. Wielki wypasiony, metrowy tajmień został doholowany, wspólnymi siłami wydobyty, sfilmowany i sfotografowany. Chwilę potem Andrzej wyjmuje nieco większego. Była zabawa, bo nie zabrał ze sobą podbieraka i pomagający mu Mongoł wpadł do wody. Obie ryby – oczywiście - wróciły do rzeki.... docieramy do ujścia bezimiennej rzeki z jeziora. Piękne miejsce, chociaż strasznie ciężko przemieszczać się po brzegu, bo - albo bagno, albo dżungla krzewów. Za to na odcinku 200 m łowię 25 lenoków, praktycznie jeden po drugim. Wszystko na małe, płytko chodzące Boxerki. Przynęta ta jest niesamowicie łowna, tylko strasznie chwytna i wszystkie ryby zaczepiają mi się na obie kotwice jednocześnie, co utrudnia potem odhaczanie. Wyciągam „szwajcara” i usuwam zadziory z kotwiczek.... Mirek pasjonuje się połowem lipieni. Podróżnik i podwodny łowca, dopiero teraz, w Mongolii, na naszej wyprawie zobaczył z bliska wędkę. Wynik - nie mogę go od niej „odkleić”. Wyspecjalizował się w połowach lipieni na malutkie woblerki. Od Andrzeja wziął ”bacik” z cienką żyłką, mnie zabrał wszystkie Pop’y Salmo i mikro Hornety i... mamy problem jedzenia z głowy. Łowi wielkie lipienie, patroszy je i smaży. Są pyszne...... już blisko granica. Dalej iść nie możemy choć nas kusi. Rzeka niewielka, ale jakże rybna. Łowię tajmienie 84, 85 i 91 cm i masę lenoków 53-62 cm. Wielki tajmień zaatakował holowanego lenoka. Innego kolosa długo obserwowałem z wysokiego brzegu. Pływał sobie i nie chciał żerować....dziś na drugi brzeg jeziora przyleciał śmigłowiec z wędkarzami. Połapali kilka godzin i odlecieli z powrotem do jakiegoś hoteliku z restauracją. Oni przez godzinę przelecą 400 km, my musieliśmy iść dwa tygodni, ale nie zamieniłbym się. Ciekawe ile zostawili po sobie śmieci?... od kilku dni odbywamy ciężki maraton konny. Wędrujemy z powrotem nad Sziszchid-goł. Przeprawiamy się przez rzeki, przechodzimy przez góry. Prowadzę kolegów na skróty do miejsca znanego mi z poprzednich lat. Pogoda dobra, ale przyszła wczesna zima. Zaczął padać śnieg. Świat zrobił się fotogeniczny, bo wszystko pokrył szron skrzący się w słońcu. Rano namioty są pokryte centymetrową warstwą lodu. No i ta poranna mgła jak mleko. Na szczęście jak wychodzi słonko to ociepla się.... mija miesiąc jak już wędrujemy na koniach.... dzisiaj żałoba - urwałem ostatniego woblera, ale co robić kiedy wszędzie dno jest kamieniste, pełno głazów i zatopionych drzew. Na dodatek niski stan wody w rzekach. Mam już takie „oko”, że tylko spojrzę na wodę i wiem gdzie stoi tajmień, a gdzie może być lenok. Rzucam precyzyjnie i... wyjmuję rybę albo - zaczepiam wobler. Często pomaga „strzelanie” plecionką, czasem wchodzę do lodowatej wody. Dałbym wszystkie pozostałe mi dolary za garść woblerków Salmo! Zwłaszcza tych niesamowitych Boxerów! Nie do wiary jak mniejsze prowokują lenoki a większe tajmienie......wreszcie u celu. Obóz rozbijamy tam gdzie biwakowałem przed laty i złapałem ogromnego tajmienia. Obiecuję przyjaciołom niezłą zabawę...Polowanie na susłaObóz rozbiliśmy na wysokim, pionowym brzegu Sziszchidu, na pięknej, brzegowej półce. Nieliczne drzewa, równy i gładki teren – jednym słowem – wspaniały teren dla założenia obozowiska i wypasu koni. Sziszchid w tym miejscu wyżłobił sobie w górach malowniczy kanion. Przepaść - skraj półki, stromy, pionowy brzeg [a właściwie skała], w dole rzeka i – wydawało by się – o krok równie piękny, drugi brzeg, leżący znacznie niżej niż nasz. Po przeciwnej stronie rzeki rozpościerała się soczysta łąka, a potem unosił się stromy, zalesiony stok, zakończony hen – wysoko, ośnieżonymi szczytami. Dotarliśmy w jedno z najpiękniejszych miejsc w okolicy, ale zarazem i niebezpiecznych, bo - o krok od namiotów ta przepaść nadbrzeżna z szumiącą w dole rzeką...Od razu poszliśmy z Andrzejem spinningować. Byłem tu już kilkakrotnie w latach poprzednich, znam miejsca i zawsze miałem wspaniałe sukcesy wędkarskie, a teraz – nic. W dwa spinningi przebiczowaliśmy kilka kilometrów rzeki. Piękne miejsca, z gory widzę ryby w wodzie, a złowiliśmy zaledwie dwa lenoki. Dziś rano było jeszcze gorzej – zero sukcesów. Tak wiele trudu ponieśliśmy by tu dotrzeć – na to „dewizowe” łowisko. Takie piękne miejsce i żadnych ryb! Moi koledzy posądzają mnie już o wędkarską przesadę sukcesów odniesionych tu w minionych latach.Może przyczyna polega na niewłaściwych przynętach (skończyły mi się woblery, łowię na blachy obrotowe i wahadłowe) – zastanawiałem się? Pewnie woda jest przełowiona, a na pewno została przebłyszczona przez gości pobliskiej bazy wędkarskiej – szukałem wyjasnienia. Tylu tu bywa ich wędkarzy - wszędzie znajduję ich śmieci - pozostawione butelki, opakowania (chodząc brzegiem zbieramy je, potem palimy lub zakopujemy, bo „kłują w oczy”...). Wiele ryb zostało pokłutych kotwicami i pewnie dlatego nie chcą brać – twierdził Andrzej. Chociaż? Wczorajsi goście chwalili się metrowymi tajmieniami. Stosowali jednak niecodzienną technikę połowu – na pojedyncze haki zaczepiali wielkie, martwe lipienie i lenoki. Wielkie haki wbijali rybom w głowy i walili daleko w rzekę, co kilka minut zmieniając przynęty na nowe. Szczerze powiem, że już dawno nie spinninguję na martwą rybką i skończyłem z żywcami. Żal mi jest zabijać tyle pięknych ryb, szczególnie, że moje woblery idealnie wabią i lipienie, i lenoki, i nawet wielkie tajmienie.Nasze niepowodzenie wziął sobie do serca mój miejscowy przyjaciel i przewodnik – Monogł Erdene. Poszedł do swojego namiotu i... zaczął szamanić na tę intencję. Ubrał rytualny strój szamana, zapalił w miseczce suszoną i mieloną tuję, coś tam długo monotonnie zawodził kiwając się nad moją wędką. Włożył w usta dziwny, brzęczący instrument i grał. Potem, bez słowa wziął karabin i poszedł w góry...Gotowałem na ognisku spóźniony obiad gdy usłyszałem odległy strzał.Erdene wrócił z polowania i poprosił mnie o wędkę. Tę najgrubszą – powiedział. Przyczep stalową linkę i tą wielką kotwicę. Zza pazuchy deli wyciągnął upolowanego skalnego susełka. Kawałkiem cienkiej plecionki przywiązał mi go do kotwicy i powiedział – Bolik, teraz rzucaj, tu z góry, jak kiedyś... Szybko, póki suslik jest świeży i pachnie krew.Egzotyka - szamaństwo, polowanie na przynętę, jej wielkość i wygląd wzbudzały moje zainteresowanie jurtowym „folklorem”, ale nie trafiały do przekonania. Fotografowałem te egzotyczne przygotowania do złowienia wielkiego tajmienia wyłącznie z obowiązku reportera, bez przekonania o skuteczności, tym bardziej, że Mongoł namawiał mnie do połowu już teraz, za dnia. Łowiłem wielokrotnie tajmienie na szczura i podobne przynęty, ale było to zawsze po zmroku i przynęta była o połowę mniejsza. Ale teraz? W pełni wieczornego słońca? Na takiego wielkiego gryzonia, na dodatek rozszarpanego kulą z karabinu?!Tajmień szamanaPodszedłem do skraju wysokiego brzegu i rzuciłem susła daleko na środek rzeki. Chlupnął i zaczął płynąć z prądem. Przepłynął zaledwie 2-3 metry kiedy - jak na filmie „Szczęki” - woda uniosła się do góry, pojawiła się rozdziawiona paszcza ogromna jak wiadro i z pluskiem zamknęła się na truchełku susła. Wszystko na moich oczach, tam pięćdziesiąt metrów dalej i niżej.Osłupiałem! Zaciąłem, a raczej to potwór usiłował szarpnięciem ściągnąć mnie ze skały do wody! Dalej – normalka. Wrzaski, zbiegowisko wszystkich obecnych. Doping, krzyki, rady. Przemieszczałem się za rybą w dół rzeki i za każdym razem gdy przewalała się po powierzchni, lub wyskakiwała targając łbem jak pies, to serce podchodziło mi do gardła. Błogosławiłem Piotra Piskorskiego, który na tę wyprawę wyposażył mnie w swoje, wspaniałe wędzisko i dziękowałem sobie za fakt posiadania solidnej plecionki na kołowrotku, założenie stalowego przyponu i wielgachnej kotwy na końcu.Tylko spokojnie i wolno... wolno... – mamrotałem sam do siebie! Bez pośpiechu! I nie s......l się w przepaść!Ryba – kolos walczyła i przemieszczała się z prądem wody.Musiałem zmęczyć ją na odcinku około 200 metrów, gdyż potem już nie mógłbym już iść dalej brzegiem i - nawet kijem Piotra, nie dałbym rady pociągnąć ją pod prąd. A – poza tym - dalej rzeka dzieliła się na dwa koryta pełne powalonych drzew itp...Ostatecznie, tam gdzie skalny brzeg obiżał się i schodził do poziomu rzeki, doholowałem zmęczoną rybę do brzegu. W to samo miejsce, gdzie przed laty również wyciągnąłem podobnego potwora. Czekały już podbierak, miarka i obcążki. No i oczywiście mój aparat fotograficzny.Nie dała łatwo za wygraną. Jeszcze kilka razy aż dym szedł z kołowrotka i kibice wydawali jęki żalu. Nie dałem się jednak sprowokować do zbyt siłowego holu (i dobrze zrobiłem – patrz dalej...). Odczekałem i wreszcie wholowałem bezwładne cielsko w lukę między krzakami. Tam Andrzej złapał go chwytakiem za dolną szczękę i – w tym momencie – ryba szarpnęła się potężnie, odgięła się „morska” agrafka i odczepiła kotwica.Z pomocą wszystkich obecnych (nie bez paniki i błędów) wielki tajmień został ostrożnie wydobyty na brzeg. Tam szybko wyjąłem mu z paszczy kotwicę, został błyskawicznie zmierzony oraz obfotografowany. Potem wziąłem go w ramiona, ucałowałem w pyszczek (jaki tam „pyszczek” – ogromną, straszną paszczę) i – całego, zdrowego,oddałem z powrotem Sziszchidowi.Poooszła, waląc ogonem jak orka!W euforii radości wyściskałem Erdene – twórcę mojego sukcesu.„Komisja” powiadomiła mnie, że tajmień mierzył 139 cm, ale pomiar nieco zaniżono, bo – pysk był otwary i płetwa ogonowa nastroszona.Ale co tam, najważniejsze by ryby nie zmęczyć.To jeszcze nie koniec niesamowitej przygody!Wróciliśmy z powrotem do obozowiska. Obejrzałem przynętę. Suseł był wytłamszony, ale cały i nadawał się do dalszego użycia. Zacząłem więc namawiać kolegę do kontynuowania spinningowania, ale ten powiedział... co ty, drugiego takiego tajmienia nie ma już w Mongolii! Pozostali obecni też stracili zainteresowanie wędkowaniem i wrócili do ogniska i obiadu. Zrozumiałe - tyle szczęścia to maksimum tego, co może przydarzyć się na jednej wyprawie. No nie...?Zamieniłem agrafkę na solidne kółko łącznikowe i z powrotem dowiesiłem kotwicę.Podszedłem do brzegu i znowu, w to samo miejsce, bez przekonania rzuciłem susła.I... nie do wiary!!! Sytuacja powtórzyła się! Natychmiast zobaczyłem rekinią paszczę wynurzającą się z wody i zamykającą się na szczurze. Potem wielki ogon walnął fontanną wody. Znowu nastała pasjonująca walka, zakończona kilkaset metrów dalej, w tym samym miejscu na brzegu.Kolejny tajmień mierzył 137 cm.I co Wy na to? Dwa kolejne rzuty, dwie ryby i to jakie! Myśliwi nazywają to DUBLET! Nie chwaliłbym się gdybym złapał takie dwie ryby przez dwa miesiące wędkowania. Ale w dwóch, kolejnych rzutach...!Niesamowity fart, efekt szamaństwa, czy znowu prezent od Ducha Sziszchidu?A może – po prostu - kolejny raz potwierdziły się moje wieloletnie obserwacje, że w mongolskich rzekach tajmyszki o podobnej wielkości stoją parami. Złapiesz jedną – w tym samym miejscu szukaj drugiej, podobnej.Miałem ogromną ochotę jedną z tych wielkich ryb zabić, zjeść a głowę zabrać do domu, na ścianę. Miałbym dowód dla niedowiarków. Ale – od lat kieruję się zasadą „nie zabijaj ryb”. Szczególnie TAKICH! Muszą mnie i Wam wystarczyć zdjęcia. Za to tam, w Sziszchidzie, zostały i czekają na Was dwa wspaniałe tajmienie.Chyba jednak Ojciec Sziszchid naprawdę mnie kocha. (patrz - Świat Spinningu. Nr 7 i 11/97 oraz 9 i 10/98r). Od 10 lat odwzajemniam to uczucie całym sercem...I należy słuchać miejscowych. Szczególnie mongolskich szamanów...Acha – i może warto w Mongolii stosować atraktory zapachowe?Bolek „Boleebaatar” Uryn--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Kotlina Darchacka i słynna rzeka Sziszchid Na północy Mongolii (1000 km od Ułan Bator), na zachód od jeziora Chubsuguł, znajdziemy ogromną, malowniczą Kotlinę Darchacką o stosunkowo płaskiej powierzchni. Bogatą w rzeki i jeziora, z największym Dood Cagaan -nuur [Duże Jezioro Białe] na czele. Wnętrze doliny wypełniają liczne meandrujące rzeki [stałe i okresowe], starorzecza oraz jeziora i jeziorka. Od zachodu kotlina jest otoczona górami bezludnej, dziewiczej Czerwonej Tajgi [Ułaan Tajga], a od północy Sajanami. Ze wschodu Górami Przychubsugulskimi. Tu rozpoczyna swój bieg ogromny Jenisej. W Mongolii nazywany jest on Sziszchid -goł[2], dalej Czarnym i Małym Jenisejem. Rzeka bierze początek na zachodnich zboczach gór Chordił Saridag. Przyjmuje ona wiele dopływów, takich jak Arsajn, Gunajn czy Dżargalant-goł, następnie przepływa przez obszar Kotliny Darchackiej, górne i dolne jezioro Cagaan-nuur, łączy się z rzeką Tengisijn-goł i jako Czarny Jenisej przecina granicę Mongolii. Dalej potężna rzeka osiąga długość około 3500 km i roczny odpływ ponad 600 km3. Jest to jedyna mongolska rzeka spływająca do zlewiska Morza Arktycznego. Powyżej jeziora Cagaan-nuur Sziszchid płynie przez step, a poniżej malowniczo wije się przez góry z lesistym i stromym zboczem na lewym brzegu, a skalnymi wypiętrzeniami na prawym. Początkowo płynie wolno i miejscami rozlewa się szeroko jak jezioro, opływając kilka wysp. Potem (od połączenia z Tengisem) nabiera charakteru rzeki górskiej. Płynie przebijając się przez wysokie skalne wypiętrzenia. Pod koniec swojej drogi przez Mongolię jest już wielką, groźną rzeką, rwącą kanionem przez niedostępne góry. • tajmień – Hucho taimen Drapieżna ryba rzeczna, zasiedlająca bystro płynące odcinki dużych rzek i niektóre jeziora. Popularna, masowo występuje w rzekach Kerulen i Onon, w dorzeczu Selengi i Orchonu, w rzekach Kotliny Darchackiej (zwłaszcza w Sziszchidzie), licznych rzekach w Changaju, jeziorach Chubsuguł, Bojr, Terchin Cagaan, itd. Tajmień [mong. tuł] osiąga długość 2 m i maksymalną masę 80 kg! Oficjalny rekord to ponoć ryba o długości 225 cm złowiona w 1974r w rzece Orchon. Okazy jedno metrowe są często łowione przez wędkarzy. Tajmień jest wspaniałą rybą wędkarską, łowioną na spinning, muchówkę, żywcówkę lub wędę denną. Ta popularna ryba zwana syberyjską głowacicą lub czerwonym szczupakiem, uważana jest za najdzikszą rybę Azji. --------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
artykul ukazał się w ” Wędkarski Świat” Nr 1/2005[1] zobacz w Internecie książki Bolka Uryna p.t. „Wędkarski survival w Mongolii” i „Mongolia – wyprawy w step i tajgę”: www.uryn.cso.pl lub www.boleslawuryn.neostrada.pl [2] -„goł” (mong.) - rzeka, mörön (również mong.) – rzeka, ale znacznie większa. |
|
|