|
AUSTRALIA - spełnienie marzeń, czyli spotkanie z największą rybą świata Tekst i zdjęcia Mirosław Warszawski
Wieloryby te są już teraz bardzo rzadkim zjawiskiem i być może w niedalekiej już przyszłości odejdą całkiem ze świata fauny. Te 16 tonowe kolosy pojawiają się u wybrzeży Australii od połowy marca a udział w tym podwodnym safari kosztuje 300$A na osobę. Ponieważ szaleństwo- co tyle kosztuje? Sama łódź czy jacht ma bardzo małe szanse na wytropienie delikwenta- a więc potrzebny jest samolot, który krąży całymi godzinami w poszukiwaniu obiektu adoracji. Jacht motorowy z załogą wozi przez 6 godzin 10 do 12 osób, których trzeba napoić i wyżywić. Dla każdego jeszcze podstawowy sprzęt do nurkowania itd. Ponieważ były to pierwsze dni sezonu skorzystałem ze zniżki i kupiłem udział w wycieczce za jedyne 240$ + 15$ aparat do zdjęć podwodnych z filmem. Ledwie dospałem z emocji. Wyjazd 9.00. Uczestnicy młodsi, starsi, obojga płci. W sumie 12 osób. Wypływamy w morze i od razu wrażenia. Spotykamy żółwie o ponad metrowej średnicy, duże rekiny pręgowane, płaszczki olbrzymy i masę, masę innych ryb. Wszystkie te stworzenia bardzo widoczne z pokładu statku- trochę inna perspektywa jak pod wodą. Wszystko ładnie, pięknie, ale naszej upragnionej ryby nie widać. Samolot krąży u góry zataczając coraz większe kręgi. Zabijamy sobie czas nurkując za dużymi rybami i łapiąc żółwie dosłownie za ogony. Czas szybko upływał, niewiele pozostało go na dalsze poszukiwania, kiedy w głośnikach coś zatrzeszczało i podniecony głos pilota zakomunikował: Yes, Yes, I’ve got him![1] Dalej podał pozycję i namiary. Skiper wystartował silniki i cała naprzód do upragnionego celu. Już wcześniej przeszliśmy przeszkolenie jak się w obecności ryby olbrzyma zachować. Wpojono nam żelazną zasadę: nie dotykać w okolicy głowy i tułowia, trzymać dystans 4m, a ogona minimum 6m. Jako pierwszy siedziałem już na burcie obok jeszcze pięciu uczestników. Szczęście byłem w pierwszej grupie. Maski „odparowane”, płetwy na nogach, siedzimy tyłem do wody jak winogrona- pomyślałem- chyba nie każą nam przy tej prędkości wykonywać półrulta przez plecy. Moje obawy okazały się płonne. Statek wyłączył silniki i posuwał się siłą inercji, kiedy już w wodzie znalazł się tzw. Tropiciel. Zszedł w dół- po chwili wynurzył się! Prawa ręka zaciśnięta w pięść! Jest. Jest pode mną oznaczało to. Skiper wykręcił statkiem, który jeszcze się przesuwał i dał nam znak. Ode mnie począwszy wszyscy kolejno spadali przez burtę do wody. Parę ruchów płetw i jesteśmy na miejscu zdarzenia. Schodzę na dół: dwa, cztery, pięć metrów i nic. Nerwowo zmieniam kierunek, też nic- znowu do góry. Jeszcze raz. Szybko natleniam płuca i w dół. Już nie interesują mnie inni, już zapomniałem o grafiku na pokładzie „podchodzić w szyku, nie zbliżać się za blisko” itp. Schodzę na około 6 m wyrównuję po raz drugi ciśnienie w uszach i szukam, szukam go oczyma i całym moim instynktem doświadczonego płetwonurka i to nagroda- uwieńczenie moich marzeń!
Płynie mi
naprzeciw. Jest jeszcze parę metrów głębiej. Nie szkodzi- myślę- nie będę
przecież na nim jeździł.
Do tak dużej ryby trzeba mieć dystans na fotografię. Porzucam myśli o kontakcie przez dotyk, koncentruję się na aparacie fotograficznym. Trzaskam pierwsze zdjęcie- przecież musi wyjść, bo nie uwierzą. Jest pode mną i płynie dość szybko. Spojrzał na mnie i jakby jeszcze przyspieszył. Robię drugie zdjęcie. Moje spotkanie IV stopnia, płuca wykorzystują ostatnie zapasy, ruszam klatką piersiową [ mój stary trik jak się powietrze kończy] jeszcze tylko kilka sekund. Minął mnie od głowy do ogona wyraziste białe cętki, piękny okaz około 10m. Jeszcze jedno zdjęcie i jak piłka wyskakuję prawie na powierzchnię. Trwa 30sekund aż dochodzę do siebie, próbuję go śledzić i podążam jego kierunkiem, ale z powierzchni jest już niewidoczny. Jeszcze raz schodzę, ale nic nie widzę. Relikt przemijającej epoki rozpłyną się dosłownie w toni wodnej. Jakie to szczęście sobie zafundowałem. Czy mój syn będzie miał to szczęście należeć do grona tych nielicznych uczestników spotkania IV stopnia? Na powierzchni cała pierwsza grupa mocno rozproszona. Z całej szóstki widziało się tylko troje. Druga grupa nawet nie zdążyła wskoczyć do wody. Ryba olbrzym poszła na głęboką wodę, a nasz czas był już przekroczony. Trzeba wracać. Pozostałym, mniej szczęśliwym uczestnikom wycieczki skiper obiecał spory rabat przy następnej wycieczce, która miała się odbyć już jutro! Ale dla nich to jutro to dopiero jutro. Ja już to miałem dzisiaj i na zawsze! Zdjęcia wyszły może trochę niewyraźnie, ale zawsze własne i oryginalne. [1] ang. Tak, tak, mam go.
|