♦♦ Zobacz zdjęcia z Mongolii 

Benedykt – Polak, odkrywcą Mongolii

 © Copyright & foto by Bolesław A. URYN

wszelkie prawa zastrzeżone! 

 Podróż do piekła

 Średniowieczny kronikarz Mateusz, pisał: (...) „obmierzła nacja Szatana wyrwała się ze swego domostwa, wylała z Tartaru [piekła]. Rozlazłszy się jak szarańcza po ziemskim obliczu, przemierzywszy ziemie Saracenów, spustoszyli miasta, wycięli lasy, obalili fortece, wykorzenili winorośle, zniszczyli ogrody, zabili mieszczan i wieśniaków. Nie rządzą się żadnym ludzkim prawem, nie potrzebują wygód. I oto zjawili się u granic Chrześcijaństwa jak grom z jasnego nieba, pustosząc i mordując, siejąc wokół terror i nieopisane przerażenie.

Są nieludzcy i okrutni, potwory łaknące krwi, rozdzierające i pożerające ciała psów i ludzi. Odziani w wołowe skóry, uzbrojeni w żelazne tarcze, niscy, krzepcy, niepokonani, z lubością piją krew zwierząt, a ich wielkie silne konie pożerają nawet drzewa całe”.

 Przełom wieku XII i XIII był pełen okrutnych wojen na Zachodzie, jak i na Wschodzie. Rosnąca potęga muzułmańskich Saracenów i egipskich Mameluków zaczęła zagrażać istnieniu państw łacińskich. Z drugiej strony najazdy Mongołów na księstwa ruskie i sromotna klęski chrześcijańskiego rycerstwa pod Legnicą, spowodowały zagrożenie bytu cywilizacji europejskiej. Nadciągająca potęga militarna zwróciła zainteresowanie łacinników na Azję Wschodnią. Odległą, nieznaną, śmiertelnie groźną. Ale – ponoć – prochrześcijańską!  Może nawet pomocną?

Skośnoocy najeźdźcy byli już tuż koło naszego domu, a królowie i papież nie mieli pojęcia o tym, co czai się w dalekiej Azji… Przerażeni, wiedzieli tylko, że Tatarskiej lawinie (Mongołom) uległo wiele narodów, w tym: Chińczycy, Koreańczycy i Tybetańczycy, Turcy, Persowie, Hindusi i narody zakaukaskie, Rosjanie i Polacy, Węgrzy i Chorwaci…

Ciekawe, jak wyglądałby dziś zachodni świat i co by było z Polską, gdyby w 1242 roku nie odwołano wojowników Batu-chana do Karakorum, dla wzięcia udziału w wyborze nowego wielkiego chana?  Wszystko wskazuje na to, że po zdobyciu Bułgarii, Rusi, Wołoszczyzny, Mołdawii, Węgier, Dalmacji, Chorwacji i części Polski, Batu-chan - legendarny „półdziki okrutnik” [ a przez Mongołów zwany Sajn – Dobry] raczej nie zatrzymałby się na Polu Legnickim i dzisiaj - najpewniej – mielibyśmy wszyscy „skośne” oczy...

Benedykt - zwany Polakiem

Papież Innocenty IV najpierw apelował o zorganizowanie wyprawy krzyżowej przeciwko Tatarom. Gdy jego starania nie znalazły zrozumienia, to w 1245 r., (tuż przed synodem liońskim), podjął decyzję wysłania misji pokojowej do władcy najeźdźców  - chana Gujuka, następcy strasznego Czyngis-chana. By zwiększyć szansę dotarcia posłów do celu papież zdecydował wysłać aż trzy różne poselstwa (niektórzy twierdzą, że było ich nawet cztery – dwa dominikanów i dwa franciszkanów), jadące innymi drogami. Na czele pierwszej misji stanął franciszkanin brat Wawrzyniec, drugiej – również franciszkanin - brat Jan, trzeciej dominikanin brat Ascelius de Lombardia. Dotarło i wróciło tylko drugie poselstwo. To - Jana Pian del Carpine.

 Giovannni da Pian del Carpine (1182-1252) był Włochem, przyjacielem św. Franciszka z Asyżu, prowincjałem zakonu franciszkanów na Polskę. Przebywał w naszym kraju, nieźle znał język polski (niektórzy historycy nawet przypisywali mu polską narodowość) i przyjaźnił się z księciem Bolesławem Rogatką. Wcześniej działał jako misjonarz w Tunisie i przebywał w Hiszpanii.

Po klęsce pod Legnicą i śmierci Henryka Pobożnego, przejęty tragedią najazdu Tatarów, Carpine udał się na dwór papieski. Pod wpływem nieszczęść jakie spadły na Polskę (i z inicjatywy książąt polskich) został na papieskim dworze orędownikiem wyprawy krzyżowej celem ratowania Europy przed Tatarami.

Do Mongolii Carpine wyruszył z Lyonu we Francji 16 kwietnia 1245 roku, na grzbiecie osła i z  pismami papieskimi do chana. Za towarzysza miał brata Stefana z Czech. Ich podróż wiodła najpierw przez Niemcy i Czechy do  Polski, a to - jak się uważa -  z powodu wcześniejszych klęsk i udręk chrześcijan Europy Wschodniej spowodowanych przez Mongołów i – z tej racji - wielu realnych informacji na temat najeźdźców.

Polska stała się dla wyprawy właściwą bazą wypadową. Papieska misja spotkała się z ogromnym poparciem dworów (zwłaszcza księcia Konrada Mazowieckiego) i otrzymała pomoc materialną. Posłowie zatrzymali się na dłużej we Wrocławiu, Krakowie i Łęczycy. Dopiero w  Polsce również nastąpiło właściwe wyekwipowanie wyprawy. Wielką pomoc okazali polscy możnowładcy i książęta. Wspomożono posłów finansowo, prezentami dla Mongołów i logistycznie. Dodatkowo do tej niewyobrażalnie trudnej wyprawy zmierzającej do odległej, nieznanej i przerażającej części świata, dołączył  jeszcze trzeci mnich, Polak o imieniu Benedykt (1200 -1280r.), Franciszkanin z Wrocławia, zwany potem w obcych źródłach - Benedictus Polonus.

Bracia Jan, Stefan i Benedykt razem podążyli do Mongolii, niosąc Wielkiemu Chanowi prośbę papieską o zaniechanie najazdów na Europę i propozycję wspólnej krucjaty przeciwko światowi islamu, okupującemu Ziemię Świętą. Misja nie ograniczała się jedynie do spraw religijnych i politycznych. Polegała także na szczegółowym zapoznaniu się z  imperium mongolskim.

Trasa niebezpiecznej wyprawy wiodła najpierw do Kijowa, skąd dopiero 4 lutego następnego roku posłowie wyruszyli do Kaniowa będącego już pod rządami Tatarów. Tam wycofał się brat Stefan. Potem posłowie dojechali do obozu Mongołów nad dolnym Dniestrem. Po dalszej, rocznej podróży pozostali dwaj mnisi dotarli zaledwie do obozu Batu-chana położonego nad deltą Wołgi, a dopiero 22 lipca następnego roku do Ormektua - letniej rezydencji Wielkiego Chana Gujuka, położonej nad Orchonem w Mongolii. W Karakorum nie byli.

Posłowie podróżując korzystali z mongolskiej poczty. Opisywali potem , że odżywili się wyłącznie prosem i wodą,  jechali od rana do nocy, a konie zmieniali nawet 3-4 razy dziennie.

W rezydencji władcy spędzili tylko kilka tygodni. Asystowali przy intronizacji nowego władcy i byli dwukrotnie przez niego przyjmowani. Na audiencji złożyli zwyczajowe dary w postaci skór bobrowych i borsuczych. Po powrocie papiescy wysłannicy zachwycali się bitnością i organizacją mongolskiego wojska. Tak je opisywali: - „… przywdziewają złotogłowy i jedwabie, futra soboli i gronostajów. Zbroja jest piękna, znakomita, zrobiona ze skór bawolich. Bronią ich są miecze i maczugi ale – przede wszystkim – łuki.  Są doskonałymi wojownikami i mogą zdziałać więcej niż inni bo, gdy zajdzie potrzeba to mogą i miesiąc nie jeść, a ich konie postępują naprzód zadowalając się tylko trawą. Nie masz na świecie wojska bardziej wytrzymałego na trud i znoje, bitniejszego i tańszego… (i bardziej zdyscyplinowanego uw. wł.) … mają doskonałą organizację wojskową a sprawiedliwość u nich  jest prosta i szybka. Za zabójstwo nie masz przebaczenia. Za nieposłuszeństwo, za rabunek  – śmierć. Przecinają go (winowajcę uw. wł.) mieczem na pół, lub dostaje kije gdy zrabował niewielką rzecz…”

W swoim sprawozdaniach posłowie pisali o wielonarodowym charakterze dworu chana, wielkim przepychu, odbywających się tam ucztach i zabawach. O wozach pełnych złota, szlachetnych kamieni, pereł i złotogłowiu, czy drogocennych futer. Opisywali chanowski namiot mieszczący aż 2000 osób, ze słupami obitymi złotą blachą, przybitą również złotymi gwoździami. Tron władcy misternie rzeźbiony z kości słoniowej. I... ubolewali, że byli źle traktowani i mało na chanowym dworze nie pomarli z głodu.

            W odpowiedzi papieżowi butny chan zażądał od niego i wszystkich władców Europy, by osobiście przybyli do Mongolii w celu oddania mu hołdu, ale i zapewnił papieża o pokojowych intencjach.

W drogę powrotną bracia Jan i Benedykt  wyruszyli 13 listopada 1246 r. Wracali do wiosny, docierając do Kijowa dopiero na początku czerwca. Narzekali na trudy podróży przebiegającej w straszną zimę. Często przyszło im spać na gołym stepie. Pomimo, że jechali pośpiesznie to poczynili wiele cennych obserwacji podbitych ziem. Piętnowali potem  bezwzględność najeźdźców, czego dowodem były napotykane przez nich stosy czaszek i kości ludzkich…

Do Polski wrócili w lipcu 1247 r., a do Lyonu dotarli w listopadzie. Po drodze, w Kolonii Benedykt podyktował krótkie sprawozdanie z podróży, które zostało dołączone do sprawozdania Carpine’a. W sumie posłowie spisali trzy obszerne, pisemne relacje, które wywołały ogromne zainteresowanie w Europie.

Cała wyprawa  trwała 2 lata i 7 miesięcy, z czego pobyt u Mongołów 1 rok i 4 miesiące.

Po powrocie Benedykt został gwardianem krakowskiego klasztoru. Wymienia się go jako świadka cudu św. Stanisław w Krakowie i – ponoć – dożył sędziwego wieku (zmarł prawdopodobnie w 1280r.). Natomiast Jan del Carpione po powrocie z wyprawy do Mongolii został mianowany arcybiskupem Antivarii, gdzie zmarł 1 sierpnia 1252, ponoć w wyniku trudów wyprawy (wyruszając do Mongolii miał już 65 lat).

 Historia Tartarorum

Brat Benedykt był człowiekiem wykształconym, znał obce języki (był tłumaczem wyprawy) i doskonałym obserwatorem. Po powrocie, już w macierzystym klasztorze we Wrocławiu, podyktował on po polsku sprawozdanie z ekspedycji. Spisał je inny zakonnik i później przetłumaczono je na łacinę. Nosiło tytuł „Historia Tartarorum”. Benedykt napisał także krótszą relację z podróży – itinerarium (cenną również z tego względy, że cytuje list chana do papieża).

Dzieła zostały napisane niezmiernie interesująco i żywo. Zawierają ogrom informacji i do dzisiaj stanowią jedno z głównych źródeł wiedzy o mongolskim imperium. Są tam szczegółowe dane o położeniu geograficznym, klimacie i historii, organizacji, prawach i religii Mongołów. Ich uzbrojeniu i – najważniejsze - sposobach prowadzenia przez nich wojen (tutaj odnosi się wrażenie, że opinie i analizy wojskowe pisał nie zwykły mnich, a specjalista od wojskowości). W relacji znalazł się również bezcenny opis krain leżących wówczas poza  granicami znanego świata (w tym bajek o ludach z oczyma na piersi, czy z głowami psów). Benedykt Wielkiego Chana przedstawił jako wcielenie biblijnego Goga, a Batu-chana jako Magoga.

            Informacje przywiezione przez mnichów miały w tamtych czasach ogromne znaczenie. Po pierwsze – najeźdźcy  przestali być czymś zupełnie nieznanym i niezrozumiałym, a więc i przerażającym. Najeźdźca mongolski - ten ówczesny  „flagellum Dei” (Bicz Boży) zyskał ludzką twarz, mało tego - prochrześcijańską.  Europa nieco odetchnęła z ulgą, a jej wodzowie uzyskali szansę przejrzenia wroga i możliwość poznania taktyki jego walki, albo wręcz pozyskania go jako sojusznika.  Ponadto Historia Tartarorum  uczyła i moralizowała podkreślając np. wyższość  kultury i techniki mongolskiej nad europejską. Podobnie - ich administracji państwowej, organizacji i mobilności wojska. Podróżnicy wyraźnie też docenili tamtejszą uczciwość i czystość rodzinną. Poszanowanie życia posłów niespotykane u ludów tzw. cywilizacji zachodniej, czy ochronę życia kobiet i dzieci pokonanych wrogów, tolerancję religijną itp.

Od powrotu braci franciszkanów wzrosło zainteresowanie odległą Azją i „Tatarami”. Raz dlatego, że posłowie przywieźli jasne, groźne przesłanie dla Europy - „Podbić wszystką ziemię”, pozostawione Mongołom w testamencie przez Czyngis-chana! Po drugie - doceniono atrakcyjność handlu z mongolskim Imperium. Po trzecie – pojawiła się trzecia potęga - potencjalny sojusznik wojskowy do walk chrześcijaństwa z innowiercami.

 Polskiego franciszkanina Benedykta można uważać nie tylko za pierwszego, ale i za znakomitego polskiego podróżnika oraz odkrywcę mongolskiego imperium. Człowieka, który poszerzył Europie granice znanego świata. Jego podróż, z racji ogromnej doniosłości naukowej, autentyczności relacji i uprzytomnienia współczesnym rozległości krain, uważana jest za jeden ze słupów milowych historii i geografii światowej. Trzeba też podkreślić „survivalowy” aspekt wyprawy i heroizm skromnego mnicha. No i jego cechy wskazujące na wielkiego badacza i statystę wojskowego. Jego relacja stanowi pierwszy w literaturze europejskiej dokładny opis imperium Mongołów, nie ustępujący nawet późniejszemu opisowi Marco Polo.

Benedykt Polak otworzył historię podróżnictwa polskiego, a jego relacja – podobno była też jedną z przyczyn podjęcia podróży przez Kolumba.

 Po Benedykcie do Mongolii odważył się jeszcze wyruszyć Wilem de Ruysbroeck (Rubruk) – poseł Ludwika IX, który dotarł do Karakorum również w celu pozyskania chana jako sojusznika przeciw muzułmanom.  Wreszcie z Wenecji do Mongolii dotarło trzech Polów (patrz – Marco Polo), Ruy Gonzales de Clavijo i inni.

 Chrześcijańskie korzenie Mongołów?

Benedykt i Carpine byli pierwszymi którzy odbyli drogę do wnętrza Azji. Ich sukces zaowocował m.in. i tym, że gdy kolejną próbę nawiązania stosunków z Mongołami podjął papież Bonifacy VIII (wysłał on posła - zakonnika Jana de Montecorvino) to chan Chubiłaj przyjął go już bardzo dobrze, pozwolił zamieszkać w stolicy i pobudować tam kościół katolicki. Również, Mongołowie ze swojej strony usiłowali porozumieć się ze Stolicą Apostolską. Wysłali swojego posła – Rabbana Saume – mnicha nestoriańskiego, w celu przygotowania sojuszu z władcami krajów chrześcijańskich. Sojuszu mającego za zadanie wspólną walkę z Egiptem.

            Zasłoną milczenia okryty jest  fakt, że plemiona znad Ononu i Toły w 1009 roku (sic !) przyjęły chrześcijaństwo z rąk chińskich kaznodziei nestoriańskich. Od momentu gdy kareicki chan ochrzcił się wraz z całym ludem i w dalekiej Azji powstało chrześcijańskie państwo, to w Europie pojawiła się legenda o nadejściu ze wschodu potężnego zbawcy - obrońcy Ziemi Świętej, króla – arcykapłana Jana. Późniejsi władcy mongolscy, wierni tradycjom stepowej tolerancji religijnej, też okazywali chrześcijanom swoją sympatię lub przynajmniej tolerancję. Gdy Czyngis –chan ożenił swoich synów z chrześcijankami, Ödödeja z Merkitką o imieniu Turakina, a umiłowanego Toluja z kereicką królową Sarkaktani-beki, to wybudowano kościoły, przygarnięto kler i nadano mu majątki, a nestorianie stali się gorącymi zwolennikami chana. Doszli w Mongolii do znaczenia pozwalającego im nawet marzyć o wschodnim, chrześcijańskim królestwie.  Sto lat później, gdy potęga i zasięg mongolskich nestorian urosła, to ocalili oni Europę kierując na Saracenów  „żółtą” wyprawę krzyżową. Legenda o nadejściu chrześcijan wschodnich w celu okazania pomocy krzyżowcom w oswobodzeniu Grobu Pańskiego została wcielona w życie, gdy kurułtaj mongolski pod władzą prochrześcijańskiego (sic!) chana Kubiłaja podjął decyzję wyzwolenia Jerozolimy spod władzy muzułmanów. W trakcie żółtej wyprawy krzyżowej płonęły meczety, natomiast świątynie chrześcijańskie pękały od wotów…

Mongolską wojnę z szachem Chorezmu, czy upadek Bagdadu, europejscy chrześcijanie przyjęli z radością - jako karę niebios zesłaną muzułmańskim ciemięzcom za sześćset lat poniżeń i pogromów. Wiosna 1259 r. zastała wojska już mongolskie pod Gazą , ale… zakonni rycerze krzyża zdradzili sojuszników. Opuścili ich w potrzebie i Ziemia Święta dostała się Mamelukom.

Ale to już kolejna historia…

 Obce źródła (szczególnie włoskie) mówią wyłącznie o osiągnięciach Carpine’a, nie wspominając o udziale Benedykta, ani o szczególnej roli jaką w genezie  i realizacji wyprawy odegrała Polska i Polacy. Obecnie, po odkryciu w bibliotece Yale University oryginału rękopisu „Historia Tartarorum” - obszernego sprawozdania Benedykta Polaka,  wydaje mi się pilne i ważne przygotowanie tłumaczenia polskiego i udostępnienie go w postaci książkowej.

 B.A. Uryn

 Tekst + zdjęcia (9 szt.)  ukazał się w: -  „Posłaniec Warmiński” Nr 2 Rok 23, Olsztyn, 1 II 2004

              Jest to fragment przygotowanej do druku książki ” Mongolia – wyprawy w step i tajgę”.