|
Wyprawa „Śladami Benedykta Polaka” tekst: Zbyszek PANEK zdjęcia - zobacz: www.zbyszekpanek.com
Po dwóch latach zamysłów i starań wyjeżdżamy z Wrocławia w kierunku granicy z Ukrainą pod pilotażem Wojtka Urbanka. Ja w tym wszystkim siedzę od początku lutego. Przygotowań i organizacji było sporo. Żegnani przez świtę miasta i ambasady Mongolii oraz klasztoru Franciszkanów w składzie z Jarkiem oraz Robertem, Pawłem i Zdziśkiem jedziemy przez pół dnia do Tumu i Łowicza. Pan Urbanek, przedsiębiorca z Łowicza to konkretny i co do minuty wyliczony facet. Jaka szkoda, że reszta uczestników naszej ekspedycji nie umie obchodzić się z zegarkiem. Smaczna kolacja, nocleg, a rano umówiony przewodnik oprowadza nas po mieście i miejscowych muzeach i skansenach. Spotkanie z licealistami w jednej z najstarszych szkół w Polsce było miłe i serdeczne; dzieciaki zgotowały ciepłą atmosferę. Pod wieczór meldujemy się w Horodle, małej mieścinie na granicy z Ukrainą, a po drodze, pod Krasnystawem, zjadamy za sześć złotych domowy, smaczny polski obiad. Na miejscu czeka na nas Zbyszek, dyrektor miejscowej szkoły. Nocleg przygotował nam na sali gimnastycznej. Miejsca dosyć, ale chrapanie Zdziśka niesie się po całej szkole. Mieliśmy okazję przebywać w szkole najbardziej wysuniętej na wschód w Polsce. Jeszcze wieczorem udało się przy pomocy dyrektora i jego kolegów ze straży granicznej uprzedzić jutrzejszą poranną zmianę na granicy o naszym do nich przyjeździe . Rano, przez duże okna w sali gimnastycznej, jeszcze leżąc, patrzę w bardzo niebieskie niebo i próbuję domyśleć się czekających nas niespodzianek. Temperatura 8 st., mamy piątego czerwca, niebawem opuścimy naszą ojczyznę. Wcześniej jednak Zbyszek obwiózł nas po okolicy pokazując kopiec ku czci Unii Horodelskiej (1413) oraz resztki starego grodu Horodło. W miasteczku są dwa kościoły, które teraz pełnią rolę zimowego i letniego, kiedyś, katolickiego i prawosławnego. Dyrektor szkoły jest niezmiernie miły i przyjazny, wydaje się, że jakby mógł, to nieba by przychylił. Zwołał nauczycieli podstawówki i gimnazjum, uczniów oraz wszystkich zainteresowanych gośćmi w terenowych autach, co to wybierają się gdzieś na koniec świata. Proszą nas o wpisy do ksiąg pamiątkowych, robią sobie z nami zdjęcia. Miła i odświętna atmosfera, sala geograficzna przygotowana tematycznie o Mongolii, wisi również mapa Azji z naniesioną trasą, którą zamierzamy pokonać. Aż sami się dziwimy, że to tak daleko. Czas nas nagli, serdecznie i ciepło żegnani, zapraszani na przyszłość rozstajemy się z Horodłem, podjeżdżamy do Zosia na granicę. Pogranicznicy na baczność nas odprawiają i po krótkiej chwili jesteśmy po formalnościach z ukraińskim ubezpieczeniem OC za dwadzieścia zł, w ręku. Pierwsze wrażenie z Ukrainy jest opłakane. Drewniane chałupki, stare pięćdziesięcioletnie przewalające się płoty, drogi bardzo nierówne. Poza wsiami ogromne kilkusethektarowe połacie rolne zasiane pszenicą i burakami. Granice pól stanowią aleje drzew. Patrol i Land rover jadą jak sieroty, wyciągają, co najwyżej miejscami 70 km\h, a kilometrów do Kijowa ponad 500 km. Ciągniemy się tak i ciągniemy. Na przedmieściach miasta czeka na nas Oksana, znajoma Roberta Chmielewskiego. Oczywiście miejsce spotkania landrover z pilotem Robertem bezmyślnie przejeżdża i dopiero po którymś z rzędu telefonie o 23 spotykamy się z dziewczyną. Podjeżdżamy do hotelu dla artystów cyrkowych w centrum Kijowa, gdzie za nocleg dla pięciu facetów płacimy 96 hrywien (1$=5,30, 1euro=6,40, 1 PLN=1,42). Recepcja nie zapowiada sensacji na dziesiątym piętrze. Po minięciu progu pokoju zanosimy się śmiechem; dobrze, że nie planujemy tu nocować dłużej. Totalna dewastacja wszystkiego, co możliwe, straszna nędza i syf. Delektujemy się smalczykiem z ukraińskim pieczywem na kolację. Nasi sąsiedzi raczyli się piwem i do rana ciężko było im zasnąć, a potem Zdzisiek nie dawał im pospać i resztę nocy spędzili na balkonie. Rano Oksana spóźniła się dwadzieścia minut, po czym swoim E280 obwiozła nas przez Monastir(1050r) i Sobór(1105r). Zerknęliśmy również na katakumby wypełnione zmumifikowanymi ciałami świętych mnichów, gdzie ze świeczkami chodziliśmy pokornie wśród grobowców i trumien. Miejscowi całują przez szybkę zakryte twarze mumii. Kijów za dnia sprawia wrażenie miasta nowobogackich ruskich; wszędzie slumsy i rudery, a wśród nich nowoczesne apartamentowce, hotele i biurowce. Na ulicach moskwicze, łady i wołgi związane drutem i koniecznie czarne z ciemnymi szybami różnej maści auta terenowe i tuningowane mercedesy. Około czternastej Oksana wyprowadza nas na południe Kijowa i wyjeżdżamy w drogę na Odessę. Kierujemy się do Nowej Kachovki; to kolejny ślad pobytu Benedykta Polaka. Asfalt dziurawy, nierówny, wypełniony żwirem. Ciągłe roboty drogowe, wokoło ogromne pola pszenicy. Pod wieczór, za namową Zdziśka zatrzymujemy się na awtostojance po 10 Hr od auta. Duży plac, niesamowicie brudny, otoczony zardzewiałymi pustymi garażami i szopami, na środku stoją bez ładu i porządku rozbite samochody i kamazy tworząc niesamowite złomowisko. Portier śpi razem z psami a rano szeroko uśmiechał się pokazując całą galerię złotego uzębienia. Pierwszy nocleg w magiolinie, komarów brak. Pobudka o 5.30, śniadanko i w drogę na południe. Oznakowanie drogi fatalne albo nie ma go wcale. Wioski w katastrofalnym stanie, ale ziemia czarna i urodzajna. Milicja mijana po drodze gęby rozdziawia jak ruskie debile, zresztą jak wszyscy Ukraińcy, zacofani i prości. Brudne paliwo daje znać o sobie, nissan zaczyna szwankować, a landrover sra w majtki, bo nie słuchał się i nie zabrał ze sobą zapasowych filtrów paliwa. Nie wspominając oczywiście o montażu w instalacji paliwowej dodatkowego filtra i odstojnika za dwadzieścia złotych. Prędkość spada, wyprzedzają nas nawet ledwo toczące się zaporożce z przyczepami. Przed Novą Kachovką przejeżdżamy potężny most na Dnieprze i lokujemy się głęboko w lesie na nocleg. Chłopaki usprawniają tyle o ile filtry paliwa. Rano, w środę 9 czerwca, okazuje się, że spaliśmy na obrzeżu poligonu wojskowego, ale żaden zwiad nas nie wytropił. Duża wilgoć i rosa, Zdzisiek, oczywiście zawsze najmądrzejszy, spał na dachu swego „cacuszka”. Wyglądał jakby go kto kubłem wody oblał. Do granicy z Federacją Rosyjska 350 km. Zupełne pustkowie, ogromne zagony po 200-300 hektarów, gdzie pszenica dla odmiany zamieniła się miejscem z jęczmieniem, a buraki ze słonecznikami odwracającymi swoje główki do słońca i tak wędrującymi całymi dniami. Ludzi prawie nie spotykamy, a ziemia już nie taka czarna, jaką widziałem kilkaset kilometrów wcześniej. Raczymy z Jarkiem swe oczęta hektarami żółtej gryki i kwitnącego dziko łubinu. Zdarzają się połacie sięgające horyzontu prawdziwe czerwonych maków i niebieskich chabrów. Na wjeździe do Melitopolu droga dziurawa jak po bombardowaniu, głęboka prowincja, ale to i tak dopiero przedsmak Rosji. Im bliżej granicy tym więcej uciech z milicją, oglądają auta, pytają co to za marki, wypytują o podarki, prymitywy nie z tej ziemi. W Novoazowsku mamy historyjkę z łapówkarzem, co chciał dużo dolarów za to, że mamy reklamy na samochodach. Opieszałość, bezradność i sieroctwo Roberta, kierownika grupy jest śmieszna i żałosna kolejny już raz. Wyśmialiśmy tych gliniarzy i za sprawą Jarka zatrzymaną ładą pojechaliśmy na posterunek milicji poskarżyć się na łapówkarzy. Po krótkiej chwili sprawa zamknięta, a szef GAJ-u przyjechał po nas swoja mazdą. Pełni optymizmu i nic nie przeczuwając, przyjeżdżamy na granicę ukraińsko rosyjską. Widok baraków, ludzi, szlabanu i czegokolwiek jest opłakany, ale cicho i spokojnie. Jeszcze po ukraińskiej stronie każą nam kupić ubezpieczenie na samochody na przejazd przez Rosję za 50 dolarów. Czuję tu jakiś przekręt i szwindel, ale nic nie da się zrobić. Nie wiadomo, co i jak, nie ma żadnych informacji. Tym bardziej, że nieświadomy pierdołowactwa Roberta daję mu wolną rękę w załatwianiu formalności. Ukraińcy ciekawi naszych samochodów, pazerni i nachalni trzymają nas, drobiazgowo sprawdzając, niby że coś robią. Żądają od nas deklaracji wjazdowych, których nie posiadamy, szukają dziury w całym, a pomaga im w tym skutecznie przodownik naszej grupy swoją nieporadnością. Po kilku godzinach zabierają sobie bagnet Pawła, natomiast Jarek za żadne skarby nie chciał rozstać się ze swoim nożem. Po późniejszych spostrzeżeniach i doświadczeniach dochodzę do wniosku, że Ukraińcy Ukraińcami, ale Robert jest sierotą. Za trzysta metrów rosyjska granica, zardzewiały szlaban i rudery nie baraki, ale posiadają komputery, w które namiętnie wstukują nasze dane prze kilka najbliższych godzin, co chwila w innej budce. W jednej z nich należy zapłacić 110 rubli za przejazd samochodem przez ziemię rosyjską. W sumie roboty na dziesięć minut, ale każdy chce się wykazać swoją pracą i nikomu się nie spieszy. Za to każdy urzędnik ze spotkanych na przejściu był inaczej ubrany, na pewno nie po służbowemu, tak jak popadnie i wygodniej, bez liku i składu. Na ostatnim szlabanie wypełniamy po raz kolejny, chyba trzeci, deklaracje celne, które nikomu do niczego nie są potrzebne. Nawet na nie nie patrzą, ale pilnie zbierają do kupy. Zaczyna się przepychanka, co mamy, po co i dlaczego. Skrupulatnie oglądają chłopaków lekarstwa, ja stoję z naszą apteczką w garści za plecami, a ruskim nie przyszło to do głowy. W końcu najbardziej agresywny Rusek wziął sobie bez pytania, ale z moim zadowoleniem kilka petard hukowych i szczęśliwy machnął, aby już ujeżdżać sobie. Nocleg znajdujemy nad rzeką Mius u jej ujścia do morza Azowskiego. Ciepły makaronik z zasmażanym boczkiem mimo padającego deszczu łagodzi świeże wspomnienia i przeżycia na granicy, rano ciepłe kakao na rosyjskim mleku i ruszamy dalej. W czwartek, 10 czerwca, wjeżdżamy w głąb wielkiego mocarstwa prostoty i ciemnoty na glinianych nogach. Teren lekko pagórkowaty, pola podobne do polskich. Nie widzę tak dużych areałów, jak na Ukrainie, więcej wsi i samochodów. Po prawej stronie ostatnie spojrzenie na morze Azowskie, a przed nami delta Donu. Rostow nad Donem brudny i zakurzony, wszędzie zardzewiałe rudery i walące się blokowiska, gdzie ściany bloków wybudowanych, aby tylko wykonać plan pękają, a z okien wypadają szyby. Na balkonach sterty śmieci i niepotrzebnych rzeczy. Przygnębiający to obraz, ciekawe czy południowoamerykańskie slumsy wyglądają gorzej. Zdzisiek na bazarze szuka w panice jakiegoś filtra od traktora, ja z Robertem na jakiejś osiedlowej poczcie wymieniam dolary na ruble. Za mostem na Donie dużo niezrozumiałych rozjazdów z przerdzewiałą konstrukcją na ogromnej przestrzeni kilku kilometrów kwadratowych. Nasz kierunek to Salsk (170km), droga przyzwoita i szeroka. Po jej bokach szerokie na trzydzieści metrów zaorane pasy ziemi, a dalej gęsto rosnące spiczaste topole. Nic nie widać, co się dzieje na polach. W Salsku nie spotykamy ani jednego drogowskazu, kierujemy się na wyczucie na wschód do Astrachania. W Yaszałcie przy miejscowym GS-ie rozmawiamy z dwoma ruskimi kałmukami pijanymi w dym. Honorowo wyprowadzają nas w interesującym nas kierunku. Po trzydziestu kilometrach tracimy łączność z landroverem, dziwne przeczucie mnie przeszyło i po chwili postoju i czekania na kontakt zawracamy. Mijamy lewy zakręt i na długiej prostej nissan jadący przed nami mówi, że za małym szczytem widzi leżącego landrovera na boku, a chłopaki żyją. Poszli w kozły, kilkakrotnie fikołkowali. Samochód do wyrzucenia, a wyposażenie porozrzucane na przestrzeni kilkuset metrów. Jest godzina 18, czwartek 10 czerwca, koniec wycieczki dla Zdziśka. Teren odkryty, step trawiasty wokoło, wiatr się wzmaga, a ziąb z nerwów przeszywa do szpiku kości. Mozolnie, do zmierzchu zbieramy w jedno miejsce wszystkie graty, stawiamy na koła wraka, a na kolację robię makaron z sosem pomidorowym i mięsem. Około 22 zostaję z Pawłem na obejściu, a reszta decyduje się pojechać na policję. Po północy zaczynają się zjeżdżać różnej maści ruskie i kałmuki. Milicjanci, prokuratorzy, śledczy i wojsko. Chodzą po ciemku, oglądają, nawet zenitem fotografują całość. Było ich razem ze trzydziestu. Roberta, jako sprawcę przesłuchują do czwartej rano. Następnego dnia, w piątek, chłopaki jadą dalej coś załatwiać, ale nie wiedzą jeszcze co. Ja z Jarkiem zostaję przypilnować dobytku. Trawa po kolana i wygwizdów niemały. Po wodę udaję się z kilometr do najbliższego zabudowania, gdzie miejscowy serdeczny dziadek na koniu pokazuje mi studnię, a ja podglądam, jak on tam sobie żyje. Myślę, że jego chałupa i obora, gdzie trzyma konie jest taka sama, jak pięćdziesiąt lat temu. Śpi na glinianym klepisku w domu bez drzwi i okien, ale powietrze ma rześkie i zdrowe. O 16. przyjeżdża dźwig i po godzinie, przy naszej pomocy, wrak landrovera jest zapakowany na kamaza z bardzo wysokimi burtami, takimi do przewozu ziarna. Mikołaj, szofer ciężarówki, okazuje się fest facetem i wraz z żoną Walentyną urządzają nam banię i nocleg w swoim domu. W TV są mistrzostwa Europy w piłce, Francja wygrywa z Anglią w ostatniej minucie strzelając dwie bramki. Piątek i sobota schodzą na niczym, ale dopiero później było mi to łatwiej zrozumieć. Te dwa jełopy niewiele myśleli i działali, żałosne były ich próby załatwienia jakiegoś transportu do Polski, a czas płynie i obecność pięciu facetów w obcym domu zaczynała być krępująca. Gospodarze są wyjątkowo gościnni i serdeczni, długo by szukać takich u nas. Wreszcie w poniedziałek, 14. czerwca z rana, zostawiamy Zdziśka z zapakowanym landroverem na kamaza, z pieniędzmi na powrót do domu i ruszamy w dalszą drogę wyprawy. Pierwszy etap, stolica Kałmucji – Elista za dwieście kilometrów. Po drodze drzew coraz mniej, senne trawy uginające się pod nieustannym powiewem wiatrów, trochę ptactwa, czaple, mewy i kruki. Mijając miejsce wypadku landrovera wspominam dziadka na koniu, który sympatycznie zapadł w mej pamięci. Przed Elistą małe pogórze, 200 mnpm. Samo miasto dosyć spore jak na tutejsze okolice, na przedmieściach slumsy. Centrum zabudowane blokami i willową dzielnicą. Na objeździe miasta, przy drodze na Astrachań podjeżdżamy pod jedyną w Europie świątynię buddyjską. Obiekt wybudowany został w 1996 roku po upadku sojuszu. Wcześniej, w komunizmie, wszystkie oznaki jakiejkolwiek religii były tłumione w zarodku, a obiekty sakralne niszczone, podobny los spotkał tę świątynię. Kałmucy to buddyści, początki tej nacji sięgają 1500 roku. Są potomkami Mongołów. Wewnątrz świątyni potężny posąg Buddy, a na ścianach malowidła scen z życia świętych. Wszystko to podobne jest do widoków, jakie kiedyś widziałem w Tajlandii, ale zdecydowanie uboższe i mniejsze. Przez Jaskul dojeżdżamy do Astrachania. Wszystko, co po drodze widzimy i mijamy to zupełnie inna Europa, proste i prymitywne budynki, ulice bez krawężników. Brak chodników i trawników oraz wszechobecny nieład, bałagan i kurz. Astrachań jest bardzo rozległy, delta Wołgi ma kilkadziesiąt kilometrów, przejeżdżamy przez kilkanaście mostów w różnym stanie i różnej wielkości, na jednym z nich witają nas zardzewiałe duże tablice z napisem Azja. Jedna po rosyjsku, druga po europejsku. Wokoło same mokradła, bagna i rozlewiska. Na drodze omijamy dziesiątki małych żółwi, które zapewne nieświadome niebezpieczeństwa urządzają sobie spacery. Chowają się w swych skorupach i przy odrobinie szczęścia przeżywają spotkanie z przejeżdżającymi je samochodami. Ostatnią wioską rosyjską przed wjazdem do Kazachstanu jest Krasny Jar, nie ma mostu, korzystamy z promu. W oczekiwaniu na przejazd oganiamy się od tysięcy muszek i odpowiadamy na wiele pytań ciekawskich, ale grzecznych ludzi. Z Rosji wyjeżdżamy bez przygód, odprawiamy się razem, ale indywidualnie, nie dając tym samym Robertowi okazji do niechcącego zagmatwania sprawy. Pracownicy przejścia granicznego bardzo by chcieli kupić Jarka samochód, jak dowiedzieli się od nas, że to mercedes. Ich nieznajomość marek samochodów wytłumaczyłem sobie tym, że mieli założone moskitiery do walki z owadami i może dlatego nie potrafili odczytać napisów na samochodzie. Po kilku kilometrach kolejna przeprawa promowa, tym razem już na stronę kazachską. Rozmawiam z dwoma kierowcami tirów, którzy wraz z nami czekają na przeprawę. Trochę przybliżają mi obraz dróg kazachskich oraz realiów panujących w tym całkowicie już azjatyckim kraju. Później okazało się, że ich opowieści nie w pełni były pożyteczne, ponieważ mają oni inną ocenę jakości dróg. Powoli chyba zaczęliśmy przywykać do tutejszych realiów i widok kolejnego przejścia granicznego wywiera coraz to mniejsze nasze zdziwienie. Znów przyszło nam obskoczyć kilka baraczków. Sporo zamieszania i zbędnego gadania, bo wszyscy wokoło zainteresowani są naszą obecnością. Kazachowie nagminnie importują samochody do swego kraju. Przywożą je w większości z giełdy samochodowej w Szczecinie i stąd takie zainteresowanie gośćmi z Polski. Wszystko ogólnie odbywa się w miłej i towarzyskiej atmosferze, również zajście z kontrolerami sanitarnymi. Zajmują nam dużo czasu, targi i przepychanka z nimi kończą się na podarowaniu im dwóch męskich pisemek, a zaczęli od chęci pozyskania od nas video. Jesteśmy w kolejnej strefie czasowej, jest 23., bardzo ciemna noc. Jedziemy gdzieś przed siebie jedyną drogą, jaka jest w okolicy kilkuset kilometrów. Ani jednego światła, zupełne ciemności ani jednego punktu odniesienia. Zjeżdżamy w step i szybko nocujemy. Dzień był długi i obfity w przygody. We wtorek od rana pokonujemy kolejne kilometry Kazachstanu. Tak, jak nigdy dotąd nie widziałem, aż tej nocy, tak rozgwieżdżonego nieba, tak nigdy również nie miałem okazji jechać taką drogą, jak do Atyrau. Nawierzchnia niby betonowo asfaltowa, ale tak nierówna, tak dziurawa, że przez cały dzień nie znaleźliśmy wytłumaczenia i przyczyn wybudowania takiej drogi. Jadąc jedynką, dwójką i miejscami trójką przez cały dzień pokonaliśmy 200 km. Naprawdę prawdziwy koszmar, osobowym autem nie sposób to przejechać. Po drodze kilka wsi zlepionych z gliny i patyków, na ziemi, która nic poza kurzem i błotem nie jest w stanie rodzić. Makabryczne widoki i przeżycia. W Atyrau znajdujemy bank, aby wymienić dolary na tenge (1$=135 tg), tankujemy i posuwamy się dalej na północny wschód. W okolicach jest ropa naftowa, główne bogactwo Kazachstanu. Na pierwszy rzut oka miastem władają Amerykanie. Mają swoje ogrodzone miasteczko ze wszystkim, co do życia w tym klimacie i realiach potrzebne. Wydobywają ropę, jeżdżą terenowymi land cruiserami i zatrudniają Kazachów, a ci na swój sposób bogacą się przy nich. Biwak na dzisiejszy nocleg rozbijamy daleko poza miastem, w stepie nad wysuszonym słonym jeziorem. Śpimy od zachodu (21.30) do wschodu słońca (6.00). Taki był plan pobudki, niestety koczownicze życie zaczyna dawać znać i nasze organizmy wymagały snu do ósmej rano. Nie ucieszyło nas to zbytnio, bo temperatura o tej godzinie dochodziła już do 30 stopni, a chcieliśmy ruszyć przed upałami. Asfalt tragiczny, prawie zupełne bezludzie, miejscowości oznaczone na mapie to czasami dwie opuszczone chałupy. W Kulsary tankujemy paliwo i wodę do oporu, bo to ostatnie miasto przed kilkudniową przejażdżką przez kazachskie stepy. Przed nami blisko tysiąc kilometrów zupełnych bezdroży, niebawem okaże się, że tak pieczołowicie wyszukane i ciężko zdobyte mapy różnych wydawców, w tych realiach się nie sprawdzają. Nawet amerykańskie sztabowe, satelitarne dokładne mapy są często nieaktualne, bo dróg tu nie ma, jeśli są, to zrobione wczoraj lub tydzień temu. Wiatry są tak silne, że zawiewają ślady i przy takim nasileniu ruchu po kilku dniach po drodze nie ma śladu. Z Kulsary wyjeżdżamy w kierunku wschodnim, step po horyzont, gdzie nie spojrzę równina, jak na stole, jedynym towarzyszem naszych samochodów jest słońce, temperatura przekracza 40 stopni. Silnie wiejący wiatr pomaga znosić upał, ale za to niesie wszędzie włażący pył i kurz, bo ziemia to wypalona twarda glina z miałkim jak mąka piaskiem, grubości podeszwy butów. Nawet idąc wznosi się tuman kurzu sięgający kolan. Buty i nogawki są tak białe, jak byśmy pracowali w młynie. Pierwszy obiad na stepie robimy sobie na brzegu spotkanej rzeki, która meandruje wśród tych nieużytków. Nawet odważamy się na kąpiel, bo woda wydaje się być tylko zmącona piaszczystym dnem. Okazało się, że trafiliśmy na miejsce wodopoju wielbłądów. Całe stado liczące kilkadziesiąt sztuk, z zaciekawieniem obserwowało naszą radość ze spotkanej wody i nasz posiłek. Każdy z wielbłądów posiadał obrożę z wypisanym pewnie swoim imieniem. To taka zapewne forma oznakowania przez właściciela. Zwierzaki były duże i dorodne, ale maść miały bardzo burą, a sierść wyleniałą. Po przekąsce, ochłodzeni kąpielą zasiadamy do swych posłusznych samochodów, które pełnią nam rolę naszych domów. Zdajemy sobie sprawę z panujących upałów, nawet woda do picia, która osiąga temperaturę kilkudziesięciu stopni zaczyna być smaczna. I tak mamy fajnie, bo Jarek budując auto na wyprawę, miejsce na kanistry z wodą przewidział w dolnej części zabudowy, nad dodatkowym zbiornikiem paliwa. To powodowało, że woda długo trzymała niską temperaturę. Jedziemy i jedziemy, prędkość niepowalająca, często sami tworzymy ślad w kierunku, który nas interesuje. Przejeżdżamy obok zupełnie zardzewiałego baraku, próbujemy z ciekawości porozmawiać z dwoma mężczyznami tu mieszkającymi. Co robią, z czego żyją, nie udało się nam dowiedzieć, bo znajomość ich rosyjskiego była nikła [?] Jeszcze większą zagadką, do dnia dzisiejszego, było spotkanie po drodze zabudowań zupełnie nie przypominających kultury kazachskiej z niby świątynią. Całość jest ładnie ogrodzona, widać anteny satelitarne i radiowe, stacje trafo i rurociąg. Na mapie ma to nazwę Shanbike i do dziś nie wiemy, co tam się znajduje. Może warto było podjechać i spytać? Widoki niesamowite, jednocześnie przerażające i monotonne. Step jest raz wyschnięty na kamień, raz z krzaczastą bardzo twardą trawą zieloną, a za kilka km zupełnie suchą. Kolejna mijana wieś przynosi mi zadumę, czy ci ludzie tu żyją przypadkiem, czy tylko dla tych kóz i baranów lub dla wielbłądów? Dzisiaj stepem przejechaliśmy ponad sto kilometrów, nocujemy na skarpie rzeki, tej samej, która towarzyszyła nam przy obiedzie. Ciepłe flaczki, ognisko i planowanie jutrzejszej trasy. Ni stąd, ni zowąd mamy gościa, chłopaka na koniu. Jest zaskoczony i ciekawy naszej obecności, mówi tylko sobie znanym językiem. Po kilkunastu minutach przywozi kolejnych jeźdźców, w tym dziewczynę na wielbłądzie i urządzają wyścigi, aby się popisać i pochwalić umiejętnościami. Rano okazało się, że koczują oni za pobliską górą i wypasają bydło. Zachód słońca niesamowity, niebo ciemnogranatowe z czerwono fioletową poświatą. Czekam na gwiazdy. Powietrze bardzo czyste, śpi się znakomicie. Wypoczęci budzimy się chwilę przed brzaskiem. Wschód słońca na stepie jest niczym jawa we śnie. Złocistożółta kula wyłania się zza bezkresnego horyzontu, a tym radościom towarzyszy świergot niezliczonej ilości ptaków żyjących tu nad wodą. Jest czwartek, 17 czerwca, minął tydzień od kraksy landrovera. Nieświadomi przygód śmiało po śniadaniu ruszamy naprzód. Spotkane zaraz z samego rana dwa ułazy jadące z naprzeciwka oraz opuszczona wieś, były jedynymi śladami ludzkości tego dnia. Drogi bardzo różne, miejscami trawy wysokie na jeden metr. Często sami wytyczamy ślad lub jedziemy koleinami nieuczęszczanymi zapewne od kilku lat, co chwilę stajemy na rozdrożach niby dróg rozchodzących się w znanych tylko sobie kierunkach. Trzymamy kurs na azymut, poruszamy się tam, gdzie nam pasuje, nie sugerując się jakością szlaku. Po takich doświadczeniach dochodzimy razem z Jarkiem do wniosku, że na takich terenach należy kierować się intuicją, zdobywanym z każdym kilometrem doświadczeniem i kompasem. Liczyć należy tylko na siebie i wierzyć, że przygotowanie auta zaprocentuje spokojem. Kilometrami, dniami nikogo nie spotykamy, zadziwiające jest, komu te szlaki są potrzebne. Jedne, prawie nieuczęszczane, zarastające suchą trawą, inne tak dziurawe i zniszczone, aż serce boli, gdy wczujemy się w ciężar pracy zawieszenia i opon naszej gelendy. Zaczynamy doceniać nasz domek na kółkach. Przybywa przejechanych kilometrów, mijamy dziesiątki niby skrzyżowań i rozjazdów, ale nie są to krzyżówki takie, jakie znamy. Drogi rozjeżdżają się w różnych kierunkach, krzyżują się ze sobą, ale nigdy pod kątem prostym. Zachodzimy po rozum do głowy, dokąd te wszystkie koleiny prowadzą. Oznaczone na mapach wsie to prawie zawsze resztki glinianych budek opuszczonych przez tubylców. Z wysokiej trawy wjeżdżamy w wypaloną połać stepu. Po kilkudziesięciu kilometrach robi się niewesoło, swąd spalenizny otacza nas zewsząd. Gdzie byś nie spojrzał to po horyzont nic tylko spalona ziemia, żar z nieba ponad 50 stopni, ziemia parzy w stopy przez buty. Kiedy się taki krajobraz skończy, kiedy wyjedziemy z tej spalenizny? A może poruszamy się w kierunku pożaru? Ziemia coraz to bardziej piaszczysta, próbujemy jechać i koleinami i obok nich. I tak niedobrze, i tak niedobrze. Coraz więcej pyłu i kurzu, aż tu nagle za kolejnym wzgórzem, po godzinie jazdy wyłania się nam oaza pełna zieleni i wody. Wkoło dużo ptactwa, różnej zwierzyny i antylop, które bardziej zdziwione są niż my i niezbyt płochliwie oddalają się na bezpieczną odległość. Do tej pory nie wiemy, czy pożar stepu był niedawno, czy kilka miesięcy temu. Okazuje się, że w oazie trawa rośnie za sprawą wody ze studni artezyjskiej (N47 01’43, E56 57’16). Woda wypływa z urwanego zaworu, leci nonstop. Robimy zakłady od ilu lat. Korzystamy do woli z ochłody i luksusu kąpieli, udajemy, że to taka przerwa na lunch. Przed nami monumentalne góry, strome i urwiste jak klify. Niektóre to pojedyncze potężne bloki o wysokości ponad dwa tysiącem mnpm. Wjeżdżamy w pasmo górskie Donguztan. Zapewne 90 procent Kazachów nie wie, że posiadają takie rarytasy. Drogę urozmaica nam przejazd przez te szczyty, na górze okazuje się, że to jest ogromny płaskowyż i nie mamy okazji zjechać w dół. Wiele wrażeń dostarczył nam ten dzisiejszy dzień, przeżyliśmy temperaturę ponad 50 stopni bez odrobiny wiatru, w pyle i kurzu. Biwak rozbijamy na środku stepu z widokiem dookoła końca świata. Trawa tak sucha i wypalona, że wysokie buty są koniecznością. Wucet jest w dowolnym miejscu, gdziekolwiek się ruszysz i tak widać cię jak na dłoni. Słońce zachodzi po g. 23. a wschodzi przed czwartą rano, tylko trochę bardziej na wschodzie. Chowało się bardzo czerwone, wstaje bardziej złociste. Niesamowite widoki i wrażenia. Nikt nam tego nie odbierze. Przed sobą mamy kolejny dzień, czternasty dzień naszej ekspedycji, jest 18. czerwca. Jesteśmy pod wrażeniem wczorajszych przeżyć na spalonym stepie, to były największe emocje jak do tej pory. Na liczniku mamy ponad 4800 km. Z rana, na tym wypalonym i suchym stepie, wtedy gdy jeszcze czuć trochę wilgoci po nocy, spotykamy zadziwiająco dużą ilość różnej zwierzyny skrytej w trawach. Widzimy lisy stepowe, zające, jaszczurki i mnóstwo ptaków wielkości naszych wróbli. Po kilkunastu minutach drogi mijamy setki, może tysiące koni. Całe tabuny szybko galopujące wznoszące nieopisane tumany kurzu. Na skraju wsi Bozoy spotykamy wrak rosyjskiego AN2, rozbity i rozgrabiony leży kilka kilometrów od prowizorycznego lotniska przy potężnych zakładach hutniczych. Jest nawet prymitywna stacja paliwowa, ale z bardzo wysokimi cenami, nawet dla przybyszów z Europy. Mamy jeszcze spore zapasy, więc ruszamy dalej, żałując potem, że nie zatankowaliśmy, ponieważ nissan na kolejnych kilometrach po dużych piachach bardzo się grzeje. Zmusza nas to do nadrobienia drogi, ominięcia piaszczystych terenów i spożycia większych ilości paliwa. Żar z nieba niemiłosierny, nawet grama wiatru. Mimo to na tak ogromnych otwartych przestrzeniach tworzą się bajecznie i groźnie wyglądające trąby powietrzne, do tego wszystkiego ciągle towarzyszy nam nieustannie od kilku dni fatamorgana. Wreszcie osiągamy oczekiwane dzisiaj morze Aralskie. Lazur niesamowitej urody. Widoczność na kilkadziesiąt kilometrów. Płaskie, mokre i bagniste brzegi, woda niedostępna. Widać stojące wraki statków na plaży, biedne jest to morze ciągle wysychające, zupełnie zapomniane i nijak turystycznie niewykorzystywane. Jedziemy, jedziemy i jedziemy. Posuwam palcem po mapie, a drogi nic nie ubywa, nissan się ciągnie, grzeje i ciągle odpoczywa. Trudy przerastają niektórych uczestników naszej grupy. Dawno zapomnianą drogą, uczęszczaną przez jednego motocyklistę z okolicy, dojeżdżamy na twarde dawne dno morza Aralskiego pod potężnymi klifami. Mimo, że woda jest prawie gorąca, bardzo mętna, a dno muliste, to nie odmawiamy sobie ochłody i kąpieli. Dzisiejszy obóz mamy na brzegu pokrytym grubo małymi muszelkami (N46 96’58, E60 06’37). Pod wieczór zrywa się duży wiatr, a na horyzoncie widzimy płonący step. Budzimy się wraz ze wschodem słońca, zamierzamy dzisiaj dotrzeć do Aralska i pożegnać się chwilowo ze stepami. Starczy nam na razie wrażeń i przeżyć, które zgotował nam interior Kazachstanu. Z samego rana mijamy miejscową karetkę pogotowia, chwilę potem ułaza i ziła. Wieczorem wspominaliśmy te samochody, dlatego że przez cały dzień nie spotkaliśmy żadnego miejsca skąd mogły wyruszyć, może podróżowali kolejny dzień… Po dwóch godzinach drogi wyschniętym dnem morza, w niebywałym kurzu dojeżdżamy do wioski Askepe, o tyle ciekawej, że zasypanej do wysokości okien piachem. Kilkadziesiąt chałup leży w dużym zagłębieniu terenu pośrodku piaszczystych wydm. Ludzie pogodni i weseli, przyzwyczajeni do warunków życia, dzieciaki dorastają jak w piaskownicy. Jeden z mężczyzn chętnie pozuje do fotografii i chwali się z dumą ze swej służby w armii radzieckiej w Legnicy. Po 50 kilometrach przejeżdżamy miasteczko Saksaulkie z obwodnicą i stacją paliw. Patrząc na mapę jeszcze w domu wyobrażałem sobie takie miasto, jedyne wraz z Aralskiem w okolicy pięciuset kilometrów, jako potężny ośrodek przemysłowy. Jednak miejscowe realia sprowadziły mnie na ziemię, to wszystko jest proste, wręcz prymitywne. Miejscowi ludzie są przyjaźni, można się przy nich czuć bezpiecznie, ale liczyć należy tylko na siebie. Aralsk mamy za godzinę drogi, żwirową, krajową drogą. Pojęcie dróg i ich oznaczeń ma się nijak do moich i Jarka europejskich doświadczeń. Międzynarodowe szlaki to na ogół asfalt wylany z ziła jak popadnie, bez poboczy, bardzo nierówny, a kamieni jest więcej niż smoły. Szczęśliwie droga do Ałmaty jest lepsza niż wcześniejsze drogi w zachodnim Kazachstanie, nie zmusza nas do jazdy pierwszym biegiem. Posiadamy cztery rodzaje i gatunki map, niestety na każdej z nich każda wioska i miasto ma inną nazwę, ale i tak inną niż miejscowa. Wszystkie drogi poza międzynarodową nie pokrywają się i biegną sobie sezonowo. Zupełna dzicz. Aralsk oczekiwanym był miastem, brak zasięgu, ale poczta jest czynna. Wraz z Jarkiem dzwonimy do domów. Pod pocztą, na dużym placu, od razu wypatruje nas miejscowy naczelnik policji i grzecznie wypytuje o nasz cel odwiedzin jego pięknego miasta. Bardzo się ucieszył, że długo nie zabawimy i że jedziemy dalej do Mongolii, co przyjął z rozbawieniem. Według mapy, Aralsk powinien być znaczącym ośrodkiem w centralnej części Kazachstanu. I zapewne tak jest, takie są kazachskie realia. Dla nas to zapadła prowincjonalna dziura, wszędzie pył i kurz, zdezelowane stare moskwicze i żiguli. Na bazarze robimy trochę niezbędnych zakupów, ale wody nie ma w całym mieście. Zamiast niej i w jej cenie kupujemy koniaki i piwo. W centralnym punkcie miasta jest duży, na wzór komsomolski, plac z przystankiem autobusowym i domem towarowym, w połowie walącą się od kilku lat ruderą z czynnym parterem. W dużej hali sprzedaje kilka handlarek przeważnie różnego rodzaju słodycze i nasiona. Cały Aralsk unaocznia nam życie Kazachów, gdy w okolicy nie ma ropy i imperialistycznych jankesów. Po kolejnych dwustu kilometrach na pd-wsch w temp. blisko 50 stopni zatrzymujemy się na nocleg nad brzegiem rzeki Syrdarii. Rozstawiamy tent, spożywamy niezbędne racje wody. Smakujemy miejscowy koniak w cenie trzech piw. Całe szczęście, że trochę wieje, lepiej się śpi, a śpimy do oporu. Niedziela 20. czerwca z konieczności jest gospodarcza, bo nissan zmuszony jest oczyścić swoją chłodnicę zabrudzoną w podszczecińskich lasach. Wykorzystujemy wolny czas na przepierki i kąpiel przy pomocy solarów. Ogólne porządki, a Jarek koniecznie upomina się o odhaczenia w dzienniku podróży, co też czynię o smacznych zacierkach i naleśnikach na mleku z proszku. Załoga nissana, Robert i Paweł pilnie pracują, trochę się obijając. Czyszczą chłodnicę wody, bo daleko nie zajadą w tym klimacie i temperaturach. Każdą dziurkę chłodnicy czyszczą igłą od strzykawki przez większość dnia. Za nami sporo ponad pięć tysięcy kilometrów, do granicy z Mongolią zostało około czterech tysięcy. Powoli się hartujemy i przystosowujemy do warunków napotykanych po drodze. Dyskutujemy z Jarkiem, że takie życie jak obecnie nasze, prowadzi większość ludzi na świecie. Uświadamiamy sobie, że, mimo iż w Polsce, to żyjemy w super komfortowych warunkach, tylko szczęście i oczekiwania różnych narodowości są różne. 1 $ = 135 tenge, 1 euro = 160 tenge, ON = 35 tenge
Syrdarię opuszczamy z rana w poniedziałek 22. czerwca. O godzinie 9.00 termometry wskazują już 35 st. Jedziemy sobie asfaltową drogą bez regularnych poboczy, miejscami na wysokim nasypie. Wkoło same stepy i trochę zielonych krzaków, zamiast ptaków, zajęcy, czy lisów spotykamy co jakiś czas węże, a może to żmije wijące się i uciekające nam spod kół. Mimo, że jest już wczesne przedpołudnie wygląda na to, ze jesteśmy dzisiaj pierwszym samochodem na drodze; tak się domyślamy, ponieważ spotykamy cały tabun koni leżących na ciepłym asfalcie. Zapewne spędziły tu noc i bardzo niemrawo ustępują nam drogi pozostawiając po sobie duży kawał zafajdanej drogi. W Kyzyordzie wymieniamy filtr paliwa, wcześniejsze czyszczenie osadnika przedłużyło trochę jego żywot, jakość paliwa tutejszego jest makabryczna. Na piętnastą dojeżdżamy do Turkistanu, na miejscu okazuje się, że jest już siedemnasta, przekroczyliśmy kolejną strefę czasową. Jesteśmy już pięć godzin do przodu względem domu. Na wjeździe do miasta stoi normalny hotel, pierwszy spotkany od Kijowa. Centralne miejsce w mieście zajmuje arabska świątynia z XII wieku z murami warownymi datowanymi na X wiek. Zewnętrzne ściany świątyni zdobią mozaiki z przewagą turkusowego koloru, całość zwieńczona potężnymi kopułami w podobnym kolorze połyskującymi w blasku słońca. Wstępujemy do kilku spotkanych sklepów, właściwie jest wszystko co potrzeba do egzystencji, ale np. mleko jest tylko skondensowane w puszkach, a nie w kartonie. Na dworze straszliwy gorąc ani kropli powiewu, temp.47 st. Im dalej od Turkiestanu tym Kazachstan coraz to bardziej zielony, pojawiają się pola uprawne, pracujący ludzie na roli i drzewa niewidziane od tygodnia. Przyzwyczajeni już z lekka do monotonii stepów różnorakich cieszymy się widokiem dojrzewającego zboża, ciągników i kombajnów. Teren stopniowo coraz bardziej pofałdowany, mijamy lepsze auta. Lubują się w audikach 80. Na stokach pokazują się winnice. Na przydrożnym straganie kupuję arbuza za 0,5 dolara, opychamy się nim niczym rarytasem, sok nam cieknie po brodzie i rękach, i śmiejemy się w pas. Im dalej na zachód, tym coraz wyraźniej na południowym horyzoncie majaczą ośnieżone wierzchołki gór. Na drodze coraz większy ruch, napotykamy nawet autokary na niemieckich rejestracjach, ale to chyba miejscowy import prywatny bez przerejestrowania. Jeździ również dużo busów z tablicami nazw okolicznych miast, objuczonych i obwiązanych sznurkami z dużymi pakami towaru na dachach. Miejscowi wykorzystują je do przewozu towarów i handlu pomiędzy miastami. Dzisiaj przejechaliśmy 630 km korzystając cały czas z mieżdunarodnej dorogi M32, którą wykorzystujemy od czasu opuszczenia Aralska. Biwak ustawiamy u podnóża trawiastych gór w sąsiedztwie stad kóz i baranów. Jak co dzień wieczorna toaleta w naszej łazience i wygodne spanko na piętrze. Kolejny dzień drogi i podróży, przez myśl przebiegają mnie i Jarkowi zastanowienia, co za nami i co przed nami. Jedno jest pewne, kilometrów dużo. Na lunch zatrzymujemy się wśród chmary ziłów i kamaszów w przydrożnym barze kazachskim. Duży stół z blatem na wysokości kolan, siedzisko na dywanach z arabskimi wzorami, schludnie i czysto, wszystko owiane przydrożnym kurzem i spalinami miejscowego taboru. Za 40 centów fundujemy sobie na czterech duży czajnik mocnego czaju. Odpoczywamy, delektujemy się smakiem napoju, a ja podpatruję miejscowe klimaty. W miejscu, gdzie u nas stoi wychodek, tutaj znajduje się dusz, czyli bania do kąpieli, czyli taka budka z beczką wody na górze. Kierowcy ciężarówek namiętnie korzystają z umywalki przy barze, niektórzy myją nawet przy tej okazji zęby. Dalsza, najkrótsza droga do Ałmaty wiedzie przez Kirgistan, z głupia frant walimy na granicę, a nóż widelec odwiedzimy kolejny daleki kraj. Pogranicznik całkiem poprawną i zrozumiałą polszczyzną opowiada nam o swojej służbie w armii CCCP w Brzegu koło Wrocławia. Zasuwa polskie kawały i wspomina fajne polskie dziewczyny. Nie ma problemu z wjazdem do Kirgistanu, nie potrzebujemy wiz, ale kłopotem może być ponowny wjazd do Kazachstanu, ponieważ nasze wizy są jednorazowe i to komplikuje nam sprawę. Zawracamy i małym objazdem omijamy Kirgistan od północnej strony. Jedziemy przyzwoitą asfaltową drogą stanowiącą granicę obu państw, po lewej Kazachstan, po prawej Kirgistan. Wiele opuszczonych, zniszczonych domów. Mijamy na bocznych drogach prowizoryczne, ze szlabanem i dwoma żołnierzami, dwa przejścia graniczne. Wijemy się w górę wśród niewysokich (1000 m.npm) wzniesień trawiastych. Nocujemy 100 km przed dawną stolicą u podnóża gór, w dolinie z potokiem (N43 16’18, E75 25’59), gospodarzymy się na całego, kolacja na gorąco i kazachski koniak. Nocą tak bardzo wieje i leje, że dotychczasowy ogromny szum górskiego potoku zostaje zagłuszony. Wichura miota samochodem i magioliną, ale przeżywamy. Na liczniku 6330 km od startu, do jakości asfaltów zdążyliśmy przywyknąć. Dziury, nierówności i częste objazdy spowalniają podróż, im bliżej miasta tym więcej starych niemieckich i tylko niemieckich importowanych aut. Sceneria Ałmaty mimo sporej ilości zieleni nie zachwyca, sowieckie blokowiska, duży ruch i smog od tych wszystkich gruzawików. Tabor samochodowy to w szczególności ziły, kamaszy, moskwicze i łady, trochę audi 80 i 100, MB 124 i japońskie terenówki. Mieszkańcy łapią się handlu i wszystkiego, czego się da. Komunistyczne zabudowania i dawne zakłady to wielkie opuszczone rudery. Straszny gwar, prawie każdy trąbi sobie do woli. Co chwila przejeżdża się obok jakiegoś bazaru lub targowiska, nawet korzystamy z jednej z budek i kupujemy piankę do uszczelnienia cieknącego, pękniętego dodatkowego zbiornika paliwa w naszej gelendzie. Na wyjeździe na północ z Armaty kilometrami jedziemy i jedziemy wzdłuż niekończących się targowisk chińszczyzną (nasz stadion to pchełka). Wyjeżdżamy w kierunku jeziora Bałchasz, do granicy z Rosją mamy ok. 1200 km. Nocujemy nad rzeką Aksu, dopływem jeziora Bałchasz. Noc rześka i wilgotna. 24. czerwca dziewczyny w Warszawie robią wianki, a my i nasze auta ruszają dalej, na północ Kazachstanu. W wiosce Lepsi kierujemy się na zonę oddycha nad jeziorem. Znajdujemy dwie jurty, które stanowią bazę hotelową dla ewentualnych gości pragnących wylegiwać się na plażach wielkiego jeziora niczym morza, bo nie widać na horyzoncie w żadnym kierunku następnego brzegu. Nawet wiatry i fale upodabniają jezioro Bałchasz do morza. Ciekawostką jest, że to potężne jezioro we wschodniej części zasilane jest dopływami siedmiu słodkich rzek, natomiast zachodnie wody są mocno zasolone. Wspaniały koloryt wód mieni się od błękitu przez lazur, szmaragd do granatu, zależy jak zaświeci słońce. Przy jurtach spotykamy gościnnego gospodarza, popijamy wyśmienity czaj, a facet opowiada ciekawostki o zabawach przyjezdnych bogaczy. Dalsza droga do Aktogaj (ok.90 km) wiedzie prawdziwym stepem w sąsiedztwie torów kolejowych, ciekawe czy czynnych. Nissan holuje zepsutego ułaza do pobliskiej wsi. Na miejscu dowiadujemy się, że właśnie stąd pochodzi Kałasznikow. Z kolei dalej na niezmiernie wyboistej drodze nam z kolei przytrafia się zabrać jakiegoś Kazacha z zepsutego ziła, który potrzebował dojechać do Aktogaj po części zapasowe. Dalej przebijamy się do głównej drogi, z której zjechaliśmy podjeżdżając do Bałchaszu, przez 85 km jedziemy asfaltem o niespotykanej nawierzchni usianej dziurami wśród zupełnie pustych i miejscami wypalonych stepów. Zachodzimy po rozum do głowy po co komu tutaj ta droga, do czego ona służyła. Po wjeździe na główną międzynarodową drogę z Armaty na północ do Oskamen droga jest naprawdę tragicznej jakości. Bardzo nierówna, wyboista. Poprzeczne garby i slalom między dziurami utrudnia panowanie nad obciążonym samochodem. Co gorsza, trochę popadało i kałuże są bardzo zdradliwe, szczęśliwie miejscami czas jazdy umilają pagórki porośnięte bardzo zieloną soczystą trawą. Jedziemy cały czas wzdłuż granicy z Chinami, na wschód od drogi, w odległości około 20 km widać góry Ałtaj. W kilku miejscach napotykamy na jednostki wojskowe, stare rosyjskie, śmiesznie maskowane i przypominające złomowiska. Wieczorem, przy biwaku, wspominam soczyście niebieskie niebo z kłębiastymi chmurami dzisiejszego dnia i komfortową temperaturę 25 stopni. Nocleg w stepie za miastem Argoz, pierwsza chłodna noc. Nad ranem było 4 stopnie i duża rosa, to pierwszy test dla śpiwora yeti; gdyby nie termometr nie wiedziałbym, że było chłodno. Ruszamy w stronę granicy z Rosją, pagórkowaty teren stopniowo ustępuje miejsca równinom. Chłopaki z nissana wloką się, nie wytrzymują prędkości 60 km/h. Przed Samipałatyńskiem, obecnie Semey, po obu stronach drogi kilometrami ciągną się cmentarze z potężnymi grobowcami, jakich dotąd nie widziałem. Spotkane dotychczas, puste i małe cmentarze, tu wypełnione były robotnikami kopiącymi kolejne groby. Zastanawiające jest, że za życia muzułmańscy tubylcy mieszkają w glinianych budach, w zatrważającym bałaganie i brudzie wokół siebie i obejścia, natomiast umarłym budują okazałe często marmurowe pałace, zawsze na wzniesieniu i nieopodal wsi lub miasta. W Semey robimy krótki postój na wydanie ostatnich tenże, który przeciąga się do trzech godzin, bo załoga towarzyszy mocuje się z poluzowanym zbiornikiem paliwa w nissanie. Na przedmieściach miasta, w dzielnicy posowieckich slumsów, nabieramy ze studni zapas smacznej wody. Do granicy zostało 120 km, przejeżdżamy przez okolice uprawnych pól i młodych lasów, niewidzianych już dawno. Na granicy (N51.12’42 E81.06’47) spory ruch ruskokazachski indywidualnych handlarzy i niby turystów. Dla pograniczników nasza obecność stanowi niecodzienne poruszenie. Są mili, ale wszystko ich interesuje, wszystkiego chcą dotknąć, z wieloma rzeczami spotykają się pierwszy raz, a to zajmuje nam czas. W kantorku u Ruskich okazuje się, że dwa dni temu skończyło się nasze ubezpieczenie samochodów ani rusz bez tego, sięgamy więc po nasze zapasy dolarowe. Kręcimy się po przejściu granicznym w te i wewte, szukając chętnego do zamiany walut mocarstwa zachodniego na mocarstwo wschodnie. Jedna z kazachskich urzędniczek podejmuje wyzwanie i po negocjacjach dostajemy 26,4 rubla za dolara. Mało, ale radzi jesteśmy, że kolejną przygodę mamy za sobą Zaczyna się przemarsz przez kolejne budki i załatwianie kolejnych zezwoleń ruskich. W kolejnej, malutkiej drewnianej budzie, w zaduchu i smrodzie różnej maści ludzi, czekamy na stempel w paszportach. Śnieżnobiała cera na buzi młodej Rosjanki chyba nigdy nie widziała słońca i na tle szaroburego zakurzonego mundurka mizernie wygląda. Trochę rumieńców przysporzyły tej pani nasze wizy rosyjskie dwukrotnego wjazdu. Domyślam się, że widziała takie pierwszy raz w życiu, bo długo musiała się konsultować z przełożonymi, co z tymi inostrancami zrobić. W następnych okienkach i kantorkach kserują wszystkie nasze posiadane dokumenty osobiste i samochodów, płacimy za ubezpieczenia i pozwolenia wjazdu. Upominają, aby nie zgubić różowej karteczki, bo inaczej nie przejedziemy szlabanu, który jest sto metrów dalej. Pozostaje już tylko spotkanie z celnikami, (tamożnaja kontrola). Tym razem w odróżnieniu od poprzedniego wjazdu panowie okazują dużą klasę i kulturę, najbardziej interesuje ich magiolina. Nie dają odczuć, że oczekują podarków i łapówek i po kilku minutach jesteśmy przy drewnianym szlabanie otwierającym wrota wielkiego światowego mocarstwa, wręczamy pieczołowicie pilnowaną i ściskaną przeze mnie różową karteczkę i oddychamy ruskim wozduchem. Pierwsze miasteczko to Rubcovsk, drewniana niska zabudowa i na odcinku trzech km cztery patrole GAJ. Milicjanci sprawiają wrażenie analfabetów, co byś im Jarek albo ja, zależy, z której strony podejdzie kontrola nie podał, to udają, że czytają i rozdziawiają gęby, jak usłyszą, że jedziemy do Mongolii. Jest godzina 22, słońce zaszło, a my parkujemy w małym lasku wśród pól. Mija trzeci tydzień poza domem, wiemy już, co jest w poszczególnych kartonach i przygotowanie posiłków stanowi prawie przyjemność. Na dzisiejszą kolację mieliśmy towarzyszy, ogromne, ale naprawdę ogromne chmary komarów. Jeszcze takich ilości nie miałem okazji w życiu spotkać. Gryzły przez kurtkę, kapelusz owinięty pieluchą i moskitierę. Topiły się w zupie, były twardsze od ugotowanych flaków. Szybciutko czmychnąłem do magioliny, wybiłem muchołapką, którą przezornie zabrał Jarek, kilka odważnych sztuk i szybko zasnąłem, a Jarek śmiał się i udawał, że jego komary się nie imają. Rano 26. czerwca smaczne śniadanko i znowu walka z big komarami i muszkami. Jest 10.30, a Paweł śpi, wieczorem chłopaki wypili cały zapas koniaków kazachskich, pocięci przez komary mają ciężkie powieki, a przed nimi dużo pracy przy rozpadającym się nissanie. Do południa Paweł podróżuje jako pasażer; jest odcięty od świata. Znajdujemy w końcu jakieś garaże, gdzie Rosjanie zapewniają, że są w stanie naprawić wszystko przy każdym aucie. My zjadamy smaczny gorący obiadek, a chłopaki mordują się z amortyzatorami i resorami. Robert chyba pierwszy raz w życiu ma w ręku i posługuje się kluczami. Boję się, że zrobi sobie krzywdę albo urwie jakieś śruby. Po kilku godzinach ruszamy przed siebie. Siedzimy sobie wygodnie, podróżujemy szerokim asfaltowym traktem, za oknami po obu stronach uporządkowane pola podzielone rzędami drzew, podobnie jak w rostowskiej obłasti. Barnul wygląda na zadbane i spore miasto ze współczesnym centrum. Po małej przejażdżce przez miasto wyjeżdżamy na nową, szeroką dwupasmową obwodnicę płatną 5 rubli, mijamy nowoczesny most na rzece Ob, która mimo swojego początkowego biegu jest już imponującej wielkości. Na nocleg Jarek wybiera odludne miejsce wśród trawiastych pól porośniętych kępami brzóz. W towarzystwie mnogiej ilości potężnych komarów. To przedsmak syberyjskiej tajgi. Ustaliliśmy sobie z Jarkiem, że wstaniemy rano, przed komarami, aby w spokoju zrobić zacierki. Niestety, owady były czujne i nie chciały nas odstąpić, do tego padało prawie całą noc i przez pierwsze dwie godziny drogi duża wilgoć. Asfaltowa droga dobrej jakości wiła się wśród pól i łąk z brzozowymi lasami stopniowo ustępując miejsca olszynom. To jedyna i ostatnia droga na południowy wschód Rosji w mongolską stronę. Wioski i miasteczka całkowicie drewniane, domy liczące co najmniej po sto lat, płoty zrobione ze szmat i wszystkiego, co było pod ręką. Kto ma więcej komórek i bajzlu w obejściu to chyba ważniejszy gość w osadzie? Za Górno Ałtajskiem teren coraz bardziej pagórkowaty, wzdłuż drogi wije się jeden z dopływów Obu. Góry Ałtaj coraz wyższe, początkowo porośnięte lasami, potem łąkami, stają się górami sięgającymi 4000 mnpm pokrytymi śniegami. Droga bardzo turystyczna i widokowa, wije się dolinami wzdłuż rwących i silnych potoków. Piękne okolice. Urządzamy sobie obozowisko i ognisko nad sporej wielkości potokiem, za pobliskim szczytami Kazachstan, a do Mongolii 150 km (N51. 23 E82.54) Jest poniedziałek, 28 czerwca. Dzisiaj, wszystko na to wskazuje, wjedziemy do Mongolii. Podziwiamy uroki Czujskiego Traktu, droga coraz bardziej urocza, mało ludzi i wsi. Dobrze, że wczoraj zarządziłem tankowanie, później okazało się, że skorzystaliśmy z ostatniej stacji benzynowej, bo ta w Taszancie rzadko jest zaopatrzona w paliwo. Kilometry do granicy powoli ubywają, drzew coraz mniej, wspinamy się wysoko i spadamy, i tak wkoło. Na południowej stronie traktu, na granicy z Kazachstanem, gdy przestał padać deszcz i chmury opadły, ukazały się nam bajeczne ośnieżone szczyty Ałtaju. Taszanta okazała się wioską z dziesięcioma stuletnimi chatkami. Pracownicy graniczni mają obiad w g. 12.30 – 14.00, a my godzinkę przerwy. Oczywiście, jak wszędzie dotąd, również i tutaj wywołujemy spore zainteresowanie swoją i naszych aut obecnością. Jednak miejscowi z daleka nas podpatrują i nie podchodzą zagadać. Razem z nami czeka grupa Kazachów podróżujących starym ziłem osobowym, którego wiek oceniam na 40, może 50 lat, miejscami ma jeszcze drewniane zbutwiałe dodatki. Ale rarytasem byłby w Europie. Samo przejście graniczne okazało się w pełni cywilizowane, jakby nie z tej bajki. Nowoczesne, wyposażone w komputery, urządzenia do prześwietlania kieszeni i bagaży, a okienko pani stemplującej paszporty, jak na dobrym lotnisku. Jesteśmy pełni uznania i szacunku. Pracownicy zapewniają, że już niebawem będzie to międzynarodowe, często uczęszczane miejsce. Obsługa po długich formalnościach papierkowych i zastanawianiu się czy nas na pewno wypuścić z Kraju Rad, szuka w naszym wyposażeniu i bagażach kontrabandy, bo za nic nie rozumieją, że jedziemy z historycznymi i krajobrazoznawczymi zamiarami. Zmusza nas to do wyciągania dużej części naszych kartonów i bagaży, ale na szczęcie wszystko w miłej kulturalnej atmosferze. Jarek, jako stary wyjadacz kobiet, urabia swoimi wdziękami ważną celniczkę. Ta chwali mu się, że jest zadowolona z pracy, mimo, że jest parę tysięcy km od domu. Umawiamy się, aby koniecznie wypatrywała nas w powrotnej drodze, wierząc że ułatwi nam to powrót do kraju. Po trzech godzinach, bo gdyby Robert tym się nie zajmował to po godzinie, jedziemy prostą drogą w otoczeniu zupełnie gołych, jakby ogolonych gór. Zupełna pustka, tu dojeżdżają tylko wybrańcy, dlatego susłów i tabarganów nie spłoszonych są setki. Jedziemy tak przez dwadzieścia km tym pasem granicznym i nagle ni stąd ni zowąd, szlaban i budka jak wychodek. To koniec Rosji i asfaltu, po prawej stronie, sto metrów od drogi wielkie betonowe godła sąsiadujących krajów. Oddaję bilecik na przejazd tą księżycową drogą i za szlabanem wjeżdżamy na szuter, wtedy jeszcze nie do końca świadomi, że rozstajemy się z asfaltami na miesiąc. Mongolia wita nas burzą, gradem i wichurą. Za chwilę wychodzi słoneczko, ale temperatura 7 stopni. Przejście graniczne buduje się, pewnie chcą być nie gorsi od ruskich. Niestety to, co jest aktualnie czynne nie przypomina nawet szopy. Zaniedbane, zapuszczone, mokre i popękane tynki, spore ubytki w oknach. Drzwi bez klamek albo w ogóle ich brak. Pracujący na przejściu mężczyźni jak jeden występują w poszarganych i zszarzałych mundurach. Jedyna kobieta na tej zmianie wyróżnia się od reszty. Malutka i grubiutka była schludnie ubrana w czysty mundurek, w podręcznym kuferku z pieczątkami podejrzałem pudełko pudru. Całe towarzystwo jest grzeczne i bardzo zaciekawione naszą obecnością i wyposażeniem naszych aut. Z chęcią wręczamy młodemu celnikowi paczkę rodzynek i po krótkiej godzince jesteśmy za szlabanem. Przed nami ogromny kraj, zupełnie nieznany, jesteśmy wszystkiego ciekawi i niepewni. Co nas tu spotka, życzliwość czy wrogość? W pierwszych natomiast komentarzach jesteśmy spokojni z Jarkiem, co do nawigacji, a jechać można w dowolną stronę, za tą i tamtą górę lub dolinę. Po godzinie ustaje padający deszcz i mimo wciąż towarzyszącego nam słońcu temp. sięga tylko 15 stopni. Otaczające nas z każdej strony góry Ałtaj, podobnie jak w ostatnim fragmencie Rosji, porośnięte są mchami lub niską trawą niczym super równiutka murawa na piłkarskim stadionie. Spotykamy pierwsze jurty, duże stada owiec, kóz i jaków. Jeśli przejeżdżamy blisko jurt, ich mieszkańcy wychodzą i z zaciekawieniem machają nam na pozdrowienie. Rozmawiamy, że nieczęsto zdarza się im widzieć obce pojazdy. Na razie zdziwieni jesteśmy dużą mnogością tych gospodarstw, miało być ich tam mało. Trudno w tym gąszczu znaleźć ustronne miejsce na nocleg, obawiamy się ich gościnności i ciekawości, dlatego szukamy samotności, aby od pierwszego dnia nie towarzyszyły nam gromady Mongołów i ich stada kóz. Dzisiaj musimy ochłonąć od ilości wrażeń, przeżyć i doznań. Wszystko jest dla nas inne, i doświadczenia na granicy rosyjsko mongolskiej, i te przestrzenie, widoki, i ta czystość i przejrzystość powietrza. Do snu układamy się na wysokości 2300 m npm na zboczu trawiastej góry, mamy już sześć godzin do przodu na zegarku, godzina 23., a tu widno (N 49.29 E 89.34). Mongolski poranek 29. czerwca (8800 km od Warszawy) przywitał nas soczystym, rześkim powietrzem z temp. 4 stopnie. Zacierki na mleku w polowych warunkach na świeżym powietrzu smakują wybornie. Droga do Olgy wiedzie dolinami i przełęczami przy średniej wysokości ponad 200 m npm. Widoki o jakich można tylko marzyć, poruszamy się po zielonej niby pierzynie. Słońce dopełnia rozkoszy i wraz z czystobiałymi chmurami na chabrowym niebie maluje niespotykane bałwany. Nasze oczy sięgają horyzontu, po prawej i lewej stronie oglądamy zaśnieżone lodowce. Droga wiedzie w pd – wsch kierunku, śmiejemy się, że to wielopasmówka, bo miejscami na szerokości kilku km pędzi kilkanaście śladów przed siebie, jedne mniej, drugie więcej wyjeżdżone. Te mniej uczęszczane są równiejsze i mniej wybite, ale należy się mieć na baczności, bo często i niepostrzeżenie odbijają od głównego szlaku. I tak kilometr za kilometrem, przy pomocy gelendy chłoniemy z Jarkiem miejscowe uroki, nawet zauważamy, że mniej rozmawiamy, bo rozglądamy się wokoło, ciesząc się obecnością tutaj. Warto było tu dotrzeć. Ruch symboliczny, w jednej z szerokich dolin mijamy się z dwoma kamazami sowtransavto, co one tu robią? Miejscami szutrówki pozwalają jechać do 70 km/h i korzystać z czwartego biegu. Dojeżdżając do Olgy, po prawej stronie mijamy trawiaste lotnisko. Po późniejszych mongolskich doświadczeniach wspominamy to lotnisko jako bardzo komunikacyjne miejsce dla tego zachodniego regionu Mongolii. W mieście, odnaleziony bank nie zajmuje się wymianą walut, pytani ludzie radzą nam odwiedzić bazar i tam dokonać wymiany. Nie do końca przekonani i niespokojni o bezpieczeństwo, szybko przekonujemy się, że nic nam tu złego nie powinno się stać i bogatsi o doświadczenie cinkciarskie na mongolskiej ziemi robimy podstawowe zakupy za tugriki ( 1 $ = 1170 tugrików). Na bazarze ogromny ruch, sprzedać można i kupić bardzo wiele, od samochodów, przez papierosy, bydło i jedzenie, do chińskich słodyczy. Jarek zdecydował się zostać przy samochodach, a ja z Pawłem i Robertem chodząc między towarami wyłożonymi bezpośrednio na ziemi powodujemy niemałe zamieszanie i zainteresowanie na bazarze. Normalny Europejczyk nieruszający się za granice naszego kontynentu, nawet nie może sobie wyobrazić tamtejszego klimatu. Uwidacznia się on praktycznie we wszystkim co spotykamy, strojach i wyglądzie miejscowych, ich estetyce, wszechobecnym bałaganie, tumanach kurzu i ogromach niesionych przez wiatr śmieciach. Domy ulepione z gliny ogrodzone prowizorycznymi płotami, czasami w takim obejściu pośrodku stoi jurta. Niesamowity rozgardiasz, delikatnie mówiąc północna Afryka wysiada. Kierujemy się dalej w głąb Mongolii w kierunku pd-wsch, bliżej granicy z Chinami. Napotykamy grupkę dzieci nabierających wodę do różnego rodzaju baniek, kilometr w głąb stepu stoi kilka jurt. My też skwapliwie wypełniamy swoje kanistry na wodę techniczną i gospodarczą. Woda jest krystalicznie czysta, lodowata i bardzo smaczna, spływa z okolicznego lodowca. Miejscami, na otaczającym nas stepie, ogromne połacie liczone w dziesiątkach hektarów błękitnych stokrotek, majeranku i innych ziół o niesamowicie przenikliwym aromacie i zapachu. Zupełna swoboda, obcowanie z naturą i przyrodą, a wokoło od kilkuset kilometrów góry Ałtaj. Na kolację serwujemy sobie placki ziemniaczane. Ni stąd ni zowąd przyjeżdża do nas chłopiec na koniu. Popatrzył ciepłym wzrokiem na nasze gospodarstwo zza małego strumienia dzielącego go od nas i szybko bez słowa i żadnego gestu pogalopował w stronę horyzontu. Tak szybko jak odjechał, tak szybko powrócił z bańką koziego mleka. Odwdzięczyliśmy się suchą krakowską, po czym nastąpiła wymiana uśmiechów i chłopiec znów pogalopował w stronę horyzontu. Tego wieczoru mocno wiało, więc postawiliśmy sobie parawanik z niebieskiej plandeki i raczyliśmy się kolacją oglądając czerwone od zachodzącego słońca czubki gór. W oddali słychać było przejeżdżający motocykl, ściemniać bardzo szybko zaczęło się ok. 23., a 6.01 rano, słoneczko znów zawitało na mongolskie stepy. Dzisiaj mamy 30. czerwca i nie pozostaje nam nic innego, jak dalej podbijać Ałtaj. Najbliższym przystankiem będzie miasteczko Bułgan, za jakieś 130 km, jeśli droga będzie prowadziła według moich przewidywań. Jak co dzień rano spotykamy kilka ułazów i ziłów i do dzisiaj pozostaje tylko snuć domysły, jaki jest cel ich porannych wędrówek, może dojeżdżają do fabryki? Dzisiaj droga rzadziej była taka fajna jak wczoraj, nie ma okazji włączać trzeciego biegu. Trawiaste góry ustępują miejsca wyższym skalistym i kamiennym partiom. Coraz więcej kamieni, wręcz oszałamiająca ich ilość. Tysiące, miliony sztuk w zasięgu wzroku. Małe, duże, ogromne i potężne głazy. Kto je tu przyniósł? Ile mają lat? Są wszędzie, nawet pod kołami naszej dzielnej gelendy. Gdyby tak kilka z nich oznaczyć i sprawdzić czy będą za kilka lat w tym samym miejscu... Jarek podnosi zagadnienie przemieszczania się tych mniejszych sztuk przy okazji śnieżnych zim i schodzących lawin. Co tu musi się dziać zimą i wczesną wiosną; siły natury rządzą się same? Niedosięgnięty świat. Przyszedł czas na mały obiad, zachciało nam się wołowinki z konserwy, dodajemy trochę ryżu z sosem pomidorowym z torebki. Na wyciągnięcie ręki, właściwie prawie wszędzie tam, gdzie jest trawa, jest również cebula. To znaczy tak tę roślinkę nazwaliśmy, bo wyglądem, smakiem i zapachem przypomina nam takie warzywo. Dodajemy ją wraz z tłuszczykiem i niebawem oblizujemy palce po obiedzie, który zupełnie inaczej smakuje daleko od domu i na naprawdę czystym powietrzu. W południe temp. 20 stopni, doświadczalnie próbuję być na golasa i dla odmiany szczelnie ubrany. I tak dobrze, i tak, do wiecznie wiejącego, raz mocniej, raz bardziej porywczo wiatru, przychodzi nam się przyzwyczajać. Południową sjestę kończymy wspinaczką na pobliską górę z zamiarem zepchnięcia głazu przypominającego z dołu piłkę. W czasie wspinaczki zaczynamy wątpić, czy dotrzemy na szczyt; zbocze pokryte jest różnej wielkości głazami. Każdy z nich pokryty brązowo różowym mchem. Ciężko było, od blisko miesiąca siedzimy w autach i nasza kondycja ma zaległości. Na szczycie okazuje się, że jesteśmy na wysokości 3000 m npm. To, co ujrzeliśmy wynagrodziło nasze męki. Nasze samochodziki były wielkości połowy paznokcia, a wokoło same wysokie szczyty na granicy z Chinami pokryte śniegami. Ten kamyczek podobny do piłki, który chcieliśmy sobie zepchnąć na dół, okazał się większy od ciężarówki i musieliśmy mu darować i zostawić w spokoju. Zejście w dolinę bezproblemowe, mimo skakania z kamienia na kamień, szczęśliwie dla nas są one bardzo szorstkie i to ułatwia nam dojście do samochodów. Kilkanaście minut drogi dalej wjeżdżamy na dużą połać śniegu, na wieczną zmarzlinę, pewnie dotrzyma tu do najbliższych mrozów i śniegów. Za następną górą naszym oczom ukazuje się niesamowity kanion, jedziemy półką skalną kilka pięter nad rwącą rzeką, a po obu stronach wysokie, prawie pionowe ściany (N 47.22 E 90.59) Drzew wzdłuż rzeki coraz więcej, jeśli bym tak z dnia na dzień tu się znalazł prosto z Warszawy, to miałbym stracha, ale dziś, po miesiącu przygód, jestem już bardziej odporny na takie niespodzianki. Po kilkudziesięciu minutach wjeżdżamy w dużą dolinę i zaraz dalej do małej wioski. Chałupki zbudowane są z desek, oblepione gliną, wielkości małych kurników. Wszystkie kwadratowe i jednoizbowe z bardzo małymi drzwiami i w większości bez okien. Ciężko to wszystko opisać, pomyślałem sobie, że zrobię zdjęcia to będzie łatwiej to przekazać. Wywołaliśmy swoim wjazdem spore zamieszanie. Miejscowi są bardzo ciekawi, przy tym grzeczni i nieśmiali, domyślamy się, że to ich pierwsze takie spotkanie, bo tu żaden Europejczyk jeszcze nie był. Do sklepiku mieszczącego, powiedzmy, cztery osoby, do którego wszedłem zrobić zakupy weszło za mną pół wsi. Reszta oblepiła nasze auta, chcieli wszystkiego dotknąć i pomacać. Chętnie pozują do zdjęć. Miła, uśmiechnięta kazachska Mongołka bardzo się ucieszyła, gdy poprosiłem ją o kilka butelek najdroższej wódki, jaką miała w sklepie wśród innej chińszczyzny w postaci zabawek, cukierków i papierosów. Wyjeżdżamy wśród dużej kurzawy wietrznej, która oprócz piasku i pyłu unosi do góry cały okoliczny dobytek, oszczędzając tylko chałupki, jurty i kilka ułazów oraz kozy i owce. Jedziemy jak najdalej od ludzi, musimy ochłonąć od tej gościnności i zjeść kolację w spokoju. Wczoraj były imieniny Pawła, delikatnie opijamy jego uroczystość, zagryzamy smaczną kolacyjką, wręcz luksusową, z kluskami mojej produkcji. Coraz bardziej zbliża się do nas jeździec na koniu, podjeżdża, wymieniamy uśmiechy i machamy sobie rękami na powitanie. Dziadek okazał się fajnym gościem, obfotografowaliśmy się nawzajem wspólnie z jego koniem i zaraz pojechał sobie dalej w stronę, z której przyjechaliśmy. Pogoda tego popołudnia i wieczoru bardzo przyjemna, pozwala na małe porządki w naszym gospodarstwie, rozpalamy ognisko, a tu znienacka mamy gościa. To ten sam dziadek, ale ubrany jak przystało na prawdziwego mongolskiego Kazacha. Na wizytę wieczorną w obozie Europejczyków przywdział długi czarny płaszcz, długie czarne oficerki, a z torby przerzuconej przez głowę wyjął miejscowe smakołyki. Poczęstował nas, i to na pewno ze szczerego serca, różnego rodzaju serami. Smakowaliśmy arul i ułan jedżegaj. Ten pierwszy to wysuszone zsiadłe mleko kozie, drugi był czerwonego koloru, słony i tyle o nim wiem, bo niewiele sobie z przybyszem mogliśmy wymienić zdań i poglądów. Nie znaliśmy wzajemnie podobnego do siebie języka, jedynie Jarek doporozumiał się poprzez naśladowanie wycia wilków, że zimą dają o sobie znać w trzebieniu kóz. W rewanżu nasz gość dostał od nas oryginalną polską suchą kiełbasę, dla nas rarytas, w tamtych regionach bezcenny. Dziadek wyjął zza cholewy prawego oficerka ostry kozik, odkroił sobie kawałek i z podobnym smakiem jak my jego serki, zajadał się nieznaną mu kiełbasą. Szkoda było się rozstawać, ale po zachodzie słońca miły dziadek dosiadł jednym ruchem swojego konia i dostojnie, powoli odjechał, a u nas ognisko oświetlało bliską okolicę. Rano, góry, które wieczorem odgradzały nas od silnego wiatru, oświetlone zachodzącym słońcem wyglądają zupełnie inaczej. Pokryte czernią jakby je ktoś pomalował, połyskiwały zarosiałe, cóż za widoki i radość z wolności, ciszy i spokoju. Dolina jest bardzo zielona, dużo traw i krzaków za sprawą rwącego potoku. Milowy licznik naszej dzielnej gelendy wskazuje ponad 9000 km od domu. Góry Ałtaj coraz wyższe, Przed nami, z daleka widoczny, duży podjazd, mijamy się z ziłem, który ratuje się wszystkim, czym może, aby wyhamowywać prędkość na zjeździe. A my mozolnie czołgamy się pod górę, silniki trochę się podgotowały, ale nie dajemy za wygraną i wjeżdżamy na przełęcz. GPS pokazuje 3200 m npm. Droga specjalnie zrobiona, wysypana drobnymi kamyczkami, aż dziw. Jesteśmy wyżej niż okoliczne drogi. Wokoło czterotysięczniki, na południu granica z Chinami, widoki naprawdę niesamowite. Jest koniec czerwca, jesteśmy w upalnej Mongolii, a tu zaśnieżone wieczne lodowce na wyciągnięcie ręki. Z każdym dniem coraz bardziej mnie i Jarkowi to się podoba. Pierwszy dzień lipca, poruszamy się na pierwszym biegu już pół dnia kamienistą drogą wzdłuż coraz bardziej rwącej rzeki. Momentami jedziemy półkami skalnymi kilka pięter nad rzeką, co gorsza dzisiaj Jarek prowadzi, więc ja zajmuję prawy fotel, właśnie ten od strony przepaści. Przy mocnych przechyłach na prawy bok w bocznej szybie widzę tylko dwadzieścia metrów niżej lodowaty mocny nurt z kamienistym dnem. Jarek za to, czasami odruchowo schyla głowę, ponieważ z jego strony są pionowe urwiska z wystającymi głazami, często większymi od samochodu i do tego samotnie rosnące drzewa obdarte z kory przez czasami przejeżdżające samochody. Jedziemy kamień po kamieniu, auto turla się z prędkością 5 – 10 km/h. Miejscami strome krótkie podjazdy wymagające pomocy reduktora. Okolice zupełnie niezamieszkałe, dzikie i piękne z milionami kamieni i głazów, a wszystko to na wysokości ok. 3000 m. Przyznaję sam przed sobą, że tak urokliwych i biorących za serce malowniczych widoków i przeżyć w swym życiu wcześniej nie spotkałem. Warto byłoby tu wrócić i pokusić się o przejażdżkę motocyklem enduro. Wstępujemy do napotkanego głancu, takiego przydrożnego baru. Smakujemy kozie mleko zaprawione odrobiną chyba herbaty, z niewielką ilością baraniego łoju, zagryzamy serami twardszymi od zębów. Płacimy za piwo, a poczęstunek jest gratis. Właściciel baru wygląda na bardzo dorosłego faceta, jest z nim dziewczyna i małe dziecko. Wygląda na to, że są małżeństwem. Na ścianach wisi trochę różnych odznaczeń i dyplomów, to są nagrody właściciela za wygrane turnieje łucznictwa w Naddamie, wszystko by się zgadzało, bo na zapaśnika nasz gospodarz nie wyglądał. Kilka minut po wyjeździe z baru mijamy dwa ziły załadowane całym dobytkiem, ciekawe, czy zmieniają miejsce zamieszkania, czy wyprowadzają się do Kazachstanu? Znów jedziemy wąskim przełomem rzeki, a tu ułaz tarasuje nam przejazd. Okazuje się, że zabrakło im hamulców w całkiem świeżym samochodzie. Ich kłopotem był zupełny brak nawet śrubokręta, nie wspominając o podnośniku, a samochodem podróżowały trzy pokolenia w ilości dziewięciu osób. Szybko chłopaki sobie poradzili z pomocą, a ja porobiłem trochę fotek. Stara Mongołka, jej dwóch synów z żonami i kupką dzieci byli bardzo wdzięczni i szczęśliwi. Siedemdziesiąt km drogi zajęło nam 8 godzin, ostatnie 30 km dzisiejszego dnia to wyjazd z Ałtaju i początek Gobi. Powoli kamienie coraz mniejsze, pod koniec dnia jedziemy po żwirze, nocujemy na małym cypelku nad rzeką bez nazwy. Wieczorem przy ognisku przemierzamy raz jeszcze na mapie ostatnie trzy dni spędzone w górach Ałtaju. Przejechaliśmy 510 km, zajęło nam to trzy dni jazdy wzdłuż granicy z Chinami, bezdrożami, którymi mało który Europejczyk miał okazję się poruszać.
Dzisiaj mamy drugiego lipca, piątek. Na początek dnia wjeżdżamy do miasteczka Bulgan, mijamy lotnisko (ciekawe ile razy w roku używane) i uwaga, jedziemy kawałem asfaltem!!! Widzimy bank, milicję, wojsko. Przy drugiej równoległej drodze, niestety już szutrowej, jest centrum handlowe. Chałupy kurniki wysokości dwóch metrów z drzwiami półtorametrowymi obklejone jakimiś kafelkami w przeróżne wzory. Ulica sucha jak popiół, a w dołach wielkie kałuże. Obeszliśmy wszystkie sklepiki, ale piwa i wody nie było, a w chińskim asortymencie nie znaleźliśmy nic ciekawego. Do południa poruszmy się bardzo sprawnie, jedziemy coraz bardziej pustynnym terenem po żwirowo piaszczystych koleinach. Po obu stronach na horyzoncie kończące się pasma Ałtaju. W przejeżdżanym miasteczku w postaci szerokiego pasa ziemi z postawionymi domkami po obu stronach znajdujemy piwo Kac. W sklepach na ladach leży wyłożone baranie mięso, ale much nie ma. Miejscowi ciekawi, grzeczni i uprzejmi. Aby dojechać do kolejnego celu naszej podróży, miasta Ałtaj zmieniamy trochę kurs na północno wschodni. Pozostawiamy na kilkanaście dni zachodnią Gobi i przebijamy się przez kolejne pasmo gór. Znajdujemy sobie drogę, szczęśliwie mniej kamienistą, niż w ostatnich dniach, w górę rwącego potoku. Ukształtowanie terenu zmusza nas do częstego brodzenia przez wodę, jedziemy raz z lewej, raz z prawej jej strony. Co kilka, kilkanaście kilometrów zmieniają się góry, majestatyczne, potężne i pionowo unoszące się nad doliną. Od normalnych, przez białe, czarne, czerwone, nawet mocno granatowe do skalistych, zwietrzałych i mocno skorodowanych przez erozję, aby u źródeł potoku na wysokości 2500 m.npm przybrać trawiaste, łagodne grzbiety. Po drodze mniejsze i większe głazy, jakby poukładane jeden na drugim. W połowie drogi tym przełomem zatrzymujemy się na lunch własnej produkcji przy owo, to taki kopczyk kamieni. To święte miejsce kultu dla Mongołów, odpowiednik naszych przydrożnych figurek, z tą różnicą, że Mongołowie obchodzą lub objeżdżają to miejsce trzy razy wkoło i zostawiają różne dary w postaci butelek po wódce lub innych cenniejszych rzeczy. Spotkaliśmy na przykład kilka razy w podobnych miejscach kule [laski], które zapewne złożone zostały w podzięce za powrót do zdrowia. Za chwilę przyjeżdża miejscowy uaz i wychodzi z niego pięcioro dzieci i sześcioro dorosłych. Wszyscy uśmiechnięci, rozprostowują kości. My zdziwieni ilością pasażerów, oni naszą obecnością. Woda w potoku krystaliczna, smaczna aż palce lizać. Dalsza droga doprowadza nas na kolejną przełęcz, kolejną i kolejną. Jak nie dolina, to wspinaczka na przełęcz, falujemy tak drugą połowę dnia. Skaliste góry zostały z tyłu, towarzyszą nam pagórki (2500m npm) porośnięte trawami i mchami. Droga wije się wśród przeróżnych traw, krzewów, ziół i kwiatów różnych kolorów przy niesamowitym zapachu, raz lawendowym, raz rumiankowym. Zupełna cisza i spokój, nawet jakoś mało tu jurt i kóz. Powietrze czyściutkie, zdrowa cera, dobry sen i samopoczucie, temperatura znośna i wszechobecny wiatr. Zbliża się koniec dnia i zdecydowaliśmy, że po pokonaniu najbliższej przełęczy idziemy spać. Na podjeździe wyprzedzamy dwa kamazy załadowane do granic możliwości, ciężko mają z tą wspinaczką. Zostawiają za sobą tuman czarnego dymu z rur wydechowych, a trzeci napotkany, ale na chińskiej rejestracji (????) przechylił się zbytnio i leżał biedaczek na lewej burcie z wielką tokarką, czy czymś podobnym. Na kolację gęsta zupka gulaszowa z makaronem, na deser kisielek i palulu. Jarkowi mało wrażeń i wybrał się na pieszą wędrówkę z kamerą po okolicy, z której przytargał czaszkę z porożem argali. Przejechaliśmy cały Ałtaj mongolski z zachodu na wschód i południa na północ. Góry, jakich nie widziałem nigdy wcześniej, zupełna cisza i swoboda. Za nami niemałe wyzwanie, dobrze, że mieliśmy kompas.
Na śniadanie zajadamy się płatkami ryżowymi na mleku w proszku. Po kilku minutach drogi od obozowiska wjeżdżamy w ogromną dolinę, szeroką na trzydzieści km i długą na sto, ze wszystkich stron otoczoną górami majestatycznie wynurzającymi się z chmur i porannego słońca. Jedziemy niczym po murawie, niziutka trawa skłania do wciśnięcia gazu. Super jazda, jakby po dywanie z widokiem po horyzont na piątce. Od kilku dni nasuwa mi się myśl, że rajd Dakaru, który znam, co prawda tylko z relacji telewizyjnych, nie każdego roku jest tak atrakcyjny jak przejażdżka po górach Ałtaj. Nissan wymaga generalnej kolejnej naprawy znów pękniętych resorów. Wstępujemy do Ulaangoloy i szukamy jakiegoś żelastwa lepszego od delikatnych piór resorów japończyka. Na wzgórzu wioski stoją dwie wielkie beki, to pewnie paliwo. Podjeżdżamy i tankujemy do oporu, obsługant pompy na korbę mieszka w najbliższym obejściu. Ja w tym czasie rozkładam na ziemi mapy rosyjskie, amerykańskie i kanadyjskie, i ustalam kierunek kolejnych kilometrów w stronę Ałtaju. Za wsią znajdujemy miejsce na obiad nad małą rzeczką, ale w towarzystwie muszek, po raz pierwszy w Mongolii. Temperatura coraz wyższa, powoli dobija do 30 stopni. Nissan się naprawia, a ja postanowiłem spróbować jajek w proszku. Usmażyłem placuszki z dżemem, bo nie miałem świeżych jabłek. Smakowały nawet Jarkowi i później w drodze nieśmiało pytał, kiedy zrobię kolejne. Ruszamy około 16.00 dalej w drogę na pn- wsch, chmury coraz niżej i coraz ciemniejsze. Wjeżdżamy w deszcz, ciemno, mokro i ponuro się zrobiło. Widoczność 10 km, aż nienormalne. Góry mroczne i tajemniczo oświetlone giną w chmurach. Drużyna Nissana nawiguje, ale mizernie im to idzie, halsują i mało efektywnie poruszamy się w żądanym kierunku. Kałuże coraz większe, liczymy i oczekujemy na przejaśnienia, aby rozbić biwak na noc. Wszystko dookoła mokre, kamienie skrzą się w ostatnich promieniach słońca, malutkie kwiatki różnych ziół kulą się z zimna i chowają przed chłodem i wilgocią. Idziemy spać, temp. 8 stopni. W nocy kończy się pełnia, niebo czyściutkie, granatowe, usłane milionami gwiazd i gwiazdek. Nad ranem minus pięć stopni. Poranek rześki i słoneczny, nie ma śladu po wczorajszej burzy. Do Ałtaju mamy 240 km, podróżujemy w sąsiedztwie tysięcy kóz i owiec, w oddali, co parę kilometrów widać jurty i poranny ruch wokół nich. Z każdego mongolskiego domku pionowo do góry leci dym z rozpalonych do czerwoności piecyków kóz. Po drodze napotykamy zardzewiałą bramę symbolizującą wjazd w góry Ałtaju, robimy parę pamiątkowych zdjęć i dalej w dół. Zjeżdżamy z wysokości 1700 m npm na równiutki płaskowyż na wysokości 900 m npm. Jedziemy po jakby dużym boisku ze wszystkich stron otoczonym wzniesieniami widocznymi na horyzoncie. Nie wspomagając się mapą oceniamy wraz z Jarkiem odległość do gór na wprost na ok. 100 km. Droga równiutka jak stół, trawa nie zakrywa butów. Prowadzę nasz podróżny bolid i mam okazję doświadczyć uczucia radości, jaką mają kierowcy uczestnicy rajdu Dakar pędzący 200 km/h po ubitej pustyni. Ja jadę trochę ponad stówkę, momentami hamując prawie do zera, aby bezpiecznie przejechać poprzeczne garby wyżłobione przez wiosenne roztopy lub koleiny innych dróg. Urok tych kilku godzin jazdy, tej szybkości, tego tworzenia swojej drogi, poruszania się w dowolnym kierunku jest niesamowity i przejmujący. Pomimo tej przestrzeni, tej wolności i swobody, jazda wymaga koncentracji większej, niż podróżowanie po autostradach z prędkością 200 km/h. Do godziny jedenastej temperatura nieśmiało wzrasta do 20 stopni, ale przed nami coraz mniej trawy, a więcej żwiru. Pojawiają się pierwsze krzaki saksauł, a to oznaka pustynnych terenów, coraz więcej piachu. Tempo podróży spada, temperatura rośnie, jest już ponad 33 stopnie, w aucie 50 stopni. Wkoło pustynia Szarga, północno zachodni odłam Gobi i rezerwat saksuł. Na piachu widoczne ślady miejscowych kłusowników polujących na tabargany i pustynne lisy. Góry, które ujrzeliśmy wjeżdżając na wspomniany płaskowyż niewiele się przybliżyły. Po następnych kilku godzinach walki z piaskami obliczyliśmy, że było do nich ponad 200 km, a nie 100 jak ocenialiśmy wzrokowo. Klarowność, przejrzystość i czystość powietrza przy błękitnym, wręcz lazurowym niebie, niewystępująca w Europie, jest wyjątkowa i zadziwiająca. Stąd błędna ocena odległości, ale z każdym dniem pobytu w tych bajecznych krajobrazach nabywamy praktyki. Robiliśmy często nawet zakłady w ocenie odległości. Im bliżej miast, tym częściej spotykamy uazy wracające z zakupów. Wspinamy się na wysoką przełęcz, skąd roztacza się widok na ajmakowe (wojewódzkie) miasto Ałtaj (N46’29, E96’22). Na obrzeżach jurty mniejsze i większe, duży nieład i bałagan, centralna ulica ma kawałek dziurawego asfaltu i sygnalizację świetlną na głównym skrzyżowaniu. Zabudowę tworzą drewniane i gliniane domy ogrodzone wysokimi, szczelnymi drewnianymi płotami, na niektórych podwórkach centralnie stoją jurty. Znajdujemy pocztę. Ku naszemu zaskoczeniu okazuje się ona o trzydzieści lat nowocześniejsza od tej zapadłej nam w pamięci w Jaszałcie. Po małych perturbacjach i próbach, udaje się nam nawiązać kontakt z naszymi rodzinami. Z ciekawości zaglądamy do kilku sklepików, ale poza różnego rodzaju mongolskimi wódkami oraz polskimi przetworami Urbanek i cukierkami Chin, nic nie ma. Nic tu po nas, w stepie jest przyjemniej. Wyjeżdżamy na północ, po trzech kilometrach kończy się asfalt. Na prawym poboczu stoi dumnie zapomniany, zardzewiały znak ograniczający prędkość do 50 km/h. Wybuchnęliśmy wszyscy razem śmiechem, bo niewiadomo, czemu ma on służyć. Nie dość, że był to pierwszy i jak później się okazało, jedyny poza stolicą jakikolwiek znak, to stał w miejscu, gdzie nawet Jarek nie dawał rady jechać szybciej niż 20 km/h. Dziury i wyboje były ogromne. Zatrzymujemy się na wczesna kolację, trochę się dzisiaj podgotowaliśmy przez ten pustynny odcinek i postanawiamy odpocząć. Do drugiego dania dokładamy cebulę ze stepu lekko podsmażoną, a na deser kisiel, ale obiecuję Jarkowi, że w najbliższym czasie poświęcę się i zrobię budyń na mleku z proszku lub prosto od kozy. Ciekawe, jakby smakował na kobylim mleku. Chłopaki więcej czasu poświęcają resorom, już czwarty raz je spawają, aby przywrócić nissana do pionu. W nocy mocno świecił księżyc na granatowym niebie, zaglądał do naszej magioliny i nie dawał pospać. Z Ałtaju kierujemy się do kolejnego miasta Uljastay, droga wiedzie taką „normalną” Mongolią. Trawiaste stepy, płaskowyż, górki, pagórki, mało ludzi. Za to warunki jazdy do południa 5. lipca wyśmienite, równiutko i szybko. Należy tylko obrać sobie kurs i trzymać się kierunku, bo jechać można w dowolną stronę, wszędzie jest tak samo. Przy pochmurnej pogodzie, bez kompasu można mieć kłopot. Po kolejnym pokonanym paśmie gór droga zaczyna być wyboista i kamienista, nissan nie nadąża. Wyprzedza nas nawet ził z przyczepą. Po południu temperatura przekroczyła 30 stopni. Miejscowe upały znosimy bez kłopotu, w Kazachstanie było 20 kresek więcej. Największym utrapieniem jest kurz i pył. Jest wszędzie, wszędzie w każdym zakamarku, nawet w kieszeniach, uszach i ustach. Kierownica, deska rozdzielcza, wszystko jest pokryte grubą warstwą pyłu. Nawet już przestaliśmy z tym walczyć i odkurzać, przyjmujemy, że to jakby talk. Przywykliśmy do tego i przestało nam to przeszkadzać. Przed Uljastay wdrapujemy się na wysoką przełęcz (2500m npm), gdzie oczywiście nie może zabraknąć owo. W dół jedziemy szeroką szutrówką, widać, że specjalnie zrobioną przez miejscowy zarząd dróg. Daje się jechać po równej drodze bardzo szybko, pokonujemy kilka fajnych zakrętów, adrenalina nie z tej ziemi. Miasto robi lepsze wrażenie niż Ałtaj, położone jest w kotlinie nad górską rwącą rzeką wśród dużej ilości zieleni. Zdecydowanie bogatsze to miasto i zasobniejsze, duży ruch, więcej sklepów, a w centralnym punkcie jest rondo z resztkami betonowych ruin młota i sierpa. Robimy podstawowe zakupy chleba, picia i masła. Z ciekawości zaglądam do jatki, ruch jak w ulu, mięso przybiera różne kolory. Handlarki zachęcają do zakupów i nie wszystkie chętnie pozują do fotografii. Na środku sali leżą świeżo ścięte łby ociekające nieskrzepłą krwią, w otoczeniu kubłów z łojem. W środku sama piękna płeć, faceci na zewnątrz zajadają się lodami na patyku lub piją piwo. Przy ulicy bazar ze wszystkim wprost z ziemi lub prowizorycznych stołów. Jedni poruszają się pieszo, inni na motorach, a inni konno lawirują między straganami. W dużych metalowych kontenerach sprzedają mąkę w workach z chińskimi napisami. Ruszamy ze stacji po zatankowaniu, a tu głośny strzał spod podłogi gelendy, ale jedzie, biegi działają, wygląda, że jest ok. Po kolejnych dwóch tygodniach okazało się, że to był początek kłopotu z tylnym mostem napędowym. Wyjeżdżamy z miasta na wschód, w kierunku parku narodowego ze świętą górą Mongołów Othon Tenger, lodowiec o wys. 4000 m npm.. Droga wije się wzdłuż rzeki, dużo kamieni i drzew. Momentami jedziemy kilka pięter nad rzeką wąską drogą wyciętą w pionowej skale, przytulamy się do prawej strony i wypatrujemy kogoś jadącego z przeciwka. Minięcie się nie byłoby możliwe, całe szczęście, że w Mongolii jest prawostronny ruch i ten z przeciwka musiałby swoimi prawymi kołami wisieć nad przepaścią rzeki. Ruch mały, więc samotnie przejeżdżamy najwęższy przełom rzeki i wyjeżdżamy na szerokie, bardzo zielone trawiaste polany. Coraz więcej modrzewi, z każdym kilometrem drzew przybywa, łączą się w małe kępy, aby po trzydziestu km przybrać formę lasów. Góry o innym charakterze, niż Ałtaj, inny kolor i rodzaj skał. 35 km od Uljastayu znajduje się turbaza, tzn zgliszcza jakiś budynków, trochę drewnianych domków przypominających kemping, a w nich mongolscy pionierzy na wakacjach. Próbujemy jeszcze parę minut jechać w kierunku lodowca, ale drogi już nie ma, wyboje, przekopy, wysoka trawa, dużo drzew. Wreszcie znajdujemy trochę płaskiego terenu nad wysokim brzegiem rwącej rzeki i postanawiamy stanąć, i tu rozbić biwak na kilka najbliższych dni. Po kilku minutach nadjeżdżają na iżu dwaj Mongołowie, przedstawiają się jako strażnicy leśni parku narodowego i przedstawiają kwity na opłatę za przebywanie na tym terenie po 3000 tugrików od osoby. Targujemy się, śmiejemy, żartujemy. Częstujemy ich polską suchą kiełbasą, odważnie gryzą swoimi zdrowymi zębami, żółtymi i przepalonymi tytoniem, ale z ceny biletu niewiele chcą opuścić i w końcu bulimy po niecałe trzy dolce za pobyt na państwowym łonie natury. Okazuje się, że w tym roku jesteśmy pierwszymi turystami, a w zeszłym roku strażnik parku zarejestrował dwudziestu śmiałków. Niebawem dołączają miejscowi pasterze na koniach, ciekawi niecodziennych gości. Umawiamy się, że jutro z rana podstawią nam pięć koni na początek naszej wędrówki na czubek świętej góry. Widzimy ją z naszego biwaku jak na dłoni, mimo że dzieli nas od niej 50 km, jej biała zlodowaciała czapa góruje nad wielką okolicą. Pakujemy plecaki i cały potrzebny sprzęt, planujemy, że zajmie nam ta wyprawa cztery dni. Przy wieczornym ognisku gaworzymy o naszych przygodach, wspominamy Zdziśka, a ja zachodzę po rozum, jak Grecja mogła zostać mistrzem Europy w piłce nożnej. Nad naszymi głowami granatowe sklepienie z milionami gwiazd i gwiazdeczek. Z rana, we wtorek 6 lipca o 30 minut spóźnieni, przyjeżdżają na koniach zamówieni Mongołowie. Ładujemy nasze bagaże na jednego z koni pełniącego funkcję bagażowego i po godzinie wyruszamy. Konie są małe, takie mongolskie Przewalskiego. Siodła jeszcze mniejsze, drewniane, zdobione różnymi ćwiekami i ozdobnymi blachami. W rezultacie siodełka są niewygodne, uwierają i przeszkadzają w podróży. A do tego krótkie strzemiona. Jarek jest większy od konia z siodłem. Należy znaleźć sobie odpowiednią pozycję i miejsce na siodle, tak się dopasować, aby jak najmniej ono przeszkadzało. Z każdym metrem ćwiczę, próbuję i udoskonalam sobie przejażdżkę. Podpatrujemy, że nasi przewodnicy siedzą raz jednym półdupkiem, raz drugim, okazuje się, że takie balansowanie jest akuratne. Staram się pogodzić i dogadać ze swoim ogierem, obłaskawić go i zdobyć jego sympatię. W przeszłości był dzikim koniem, jest bardzo niespokojny i narowisty, a na grzbiecie przez całą długość ma ciemną pręgę. Mongołowie grzeczni i usłużni, ale śmieją się, że trafił mi się najbardziej nieokiełznany koń. Przeprawiamy się przez rzekę, konie brodzą mocząc swoje brzuchy. Część bagaży zostaje trochę liźniętych wodą. Atrakcji i niepewności nie brakuje. Dno rzeki usłane jest tylko kamieniami, konie potykają się, a my unosimy wysoko nogi chroniąc się przed lodowatą, wartką wodą. Nie jest wesoło, szkoda byłoby zaraz na początku zmoczyć się, w dodatku z aparatem na szyi. Mój konik staje się coraz posłuszniejszy, wybiera sobie takie dróżki jakie chce on, a nie ja. Siodło daje się we znaki coraz bardziej, po dwóch popasach i trzech godzinach przejażdżki dziękujemy Mongołom za atrakcje i końcówkę doliny decydujemy pokonać własnymi siłami. Współczujemy Jarkowi powrotnej drogi na koniach z Mongołami, później Jarek opowiadał jeszcze przez miesiąc, jak wytrzymywał kolejne godziny w twardym siodle na małym koniu i nadążał za galopującymi przewodnikami. Przechadzka w górę doliny okazała się ciężką przeprawą. Po miesiącu podróżowania samochodem nasze mięśnie i kondycja pozostawiały wiele do życzenia. Po dwóch godzinach brodzenia przez mokradła, brnąc przez mongolską kosodrzewinę po pas, wyłania się nam po prawej stronie ogromnej postury Otton Tengry. Znalezienie miejsca z kawałkiem równej, niekamienistej ziemi pod namiot nie jest łatwe. Wreszcie smakujemy liovit z torebki przygotowany na turystycznej maszynce i cieszymy się odpoczynkiem. Jesteśmy sporo ponad trzy tysiące m npm, przeszywa nas głucha cisza. Nie ma tu już ptaków ani szczekuszek, mimo zmęczenia śpi się znakomicie. W środę z rana po wysokogórskim śniadaniu, około godziny 9., z odciążonymi plecakami wyruszamy w górę. Zaśnieżony szczyt wydaje się być blisko, bliżej niż Rysy z Morskiego Oka. Początkowo droga prowadzi mocnym trawersem wśród kamienistych piargów. Po prawej, mocno w dole, znajdują się dwa stawy, duży i mały wyżej. Zasilane wodami z lodowca mienią się różnokolorową wodą, od szmaragdowej przy brzegu, do prawie czarnego granatu na głębinie, gdyby tak można było unieść tę wodę choćby na chwilę i zobaczyć głębokość, i podwodne życie! Zbocze, którym się poruszamy, bo nie jest to wytyczony szlak, usłane jest tylko i wyłącznie kamieniami wielkości od pięści do beczki od północnej strony porośniętymi porostami i mchami w drobne zielone i ceglaste kropeczki. Nie ma już tu roślinności, same kamienne rumowiska. Po dwóch godzinach skakania z kamienia na kamień, na naszej drodze staje stromy źleb prowadzący pod główną grań lodowca. Z dołu źleb nie przeraża, ale w czasie podejścia okazuje się katorgą. Końca nie widać, drogi nie ubywa, a głazy, które z dołu wydawały się niewielkie, w rzeczywistości okazują się wielkości domu. Mordęga trwa prawie trzy godziny. Środkiem żlebu płynie podziemny potok, leży sporo śniegu. Małe kamienie obsuwają się pod nogami, a na duże trzeba się wdrapywać. Na przełęczy pod granią czeka na nas marznący deszcz z gradem i dużą wichurą. Ziąb niesamowity, plandeka kupiona na allegro zarabia na siebie. Szybciutko, korzystając z trzech głazów ułożonych w trójkąt budujemy schronienie przed nieprzyjazną matką naturą. Nawet konserwa prosto z puszki dzielona i jedzona przy pomocy noża myśliwskiego inaczej smakuje. Wykwintny obiadek deserujemy orzeszkami. Po godzinie okolica jest usłana białym gradem, trochę się uspokaja, ale kurtki i czapki są konieczne. Robert i Paweł pełni i obaw, i optymizmu, decydują się mimo wszystko na dalszą wspinaczkę i zaatakowanie szczytu. Uzbrojeni w liny i uprzęże idą dalej. Ja dziękuję za nadmiar atrakcji i wrażeń i ze spokojną głową schodzę w dół do obozu. Mięśnie ud bardzo pracują. Jestem sam w potężnych, ogromnych górach, których moc jest nieobliczalna. Odgłosy ich są przeraźliwe, wzmagane przez duży wiatr nie dodają otuchy, a szum lodowcowego potoku przybiera w tym wszystkim odgłos pędzącego pociągu. Chyba nie ma takiej siły na ziemi, która mogłaby się przeciwstawić potędze tych gór. Za to ja pokornie i ostrożnie kamień po kamieniu lub głazie zbliżam się do obozu. Nawet te duże kamieniska wydające się bezpiecznymi, w pokonywaniu potrafią być zdradliwe. Nierzadko obsuwają się podnosząc u mnie i tak wysoki poziom adrenaliny. Cieszę się ogromnie tą swobodą i samotnością, ale hamuję jakiekolwiek ryzykowne zapędy. Jednak chęć powrotu do cywilizacji jest silniejsza. Znajduję sobie urocze i ciche miejsce, aby chwilę dać odpocząć nogom i podziwiam z góry oba stawy, pod stopami mam malutkie niebieskobiałe kwiatki przystosowane do życia na tych zlodowaciałych kamieniach. Jaka ulga rzucić się na karimatę! Zapomniałem nawet o uwierających w plecy kamieniach. Po odpoczynku nabieram wody z potoku, do którego musiałem się karkołomnie zsunąć ze dwa piętra w dół, a potem z powrotem wczołgać. Zupa grzybowa z polskiej torebki na trzech tysiącach metrów wysokości smakuje jak delicje. Po sześciu godzinach, zmordowani i padnięci, wracają chłopaki. Przeklinają wysiłek i tę górę. Śpimy do oporu, w nocy mały mrozek, odzywa się każdy mięsień, a karimata na kamieniach, im bliżej poranka, tym bardziej przeszkadza. Rano Paweł decyduje się na dwugodzinny marsz w górę, aby zabrać znalezione wczoraj raki. Około dwunastej ruszamy w dół doliny do Jarka i naszych samochodów. Mierząc siły na zamiary żałujemy, że nie zamówiliśmy sobie koni na drogę powrotną. Śmiejemy się, że lepiej byłoby cierpieć w mongolskich siodłach niż maszerować trzydzieści km. Początek drogi makabryczny, sami torujemy sobie szlak. Pokonujemy podmokły, bagnisty teren i wysoką kosodrzewinę. Jest ona tak twarda i ścisła, że długie spodnie i grube ubranie są zbawieniem. Decydujemy się wracać drugą stroną potoku, wierząc na bardziej przyjaznej okolicy. Lodowata woda sięga ud, a buty, spodnie i cały dobytek trzymam nad głową. Dobrze, że jestem silniejszy od nurtu i suchy ląduję na drugim brzegu. Idziemy, idziemy i idziemy. Plecak ciężki, a drogi nie ubywa. Do przerwy obiadowej pokonujemy siedem km, kępy traw do kolan, teren bardzo nierówny i pagórkowaty. Musimy pokonać kilka strumieni spadających z południowych stoków. Ale woda w nich jest życiodajna, krystaliczna i smaczna. Im dalej tym niżej, ginie kosodrzewina i wysoka trawa, pojawiają się małe ścieżki wydeptane przez dzikie konie i zwierzynę. To nam ułatwia drogę i przyspiesza nasze tempo. Mam okazję iść ogromnymi łąkami ukwieconymi małymi i dużymi kwiatami w kolorach od bieli do prawie czerni. Są nawet takie przypominające stokrotki, tak małe, że ich płatki można odróżnić dopiero po nachyleniu się. Samochody i Jarek (N47’40’10 E97’17’30) coraz bliżej. Pozostaje nam wrócić z powrotem na drugi brzeg. Tylko, że ten potok, wzdłuż którego cały dzień idziemy, zamienił się na przestrzeni tych przebytych kilometrów w rwącą rzekę o szerokości stu metrów. Skaczemy z kamienia na kamień posuwając się w kierunku przeciwległego brzegu. Dno składa się tylko z kamieni, te małe leżą na dnie dwa metry niżej, te duże wystają ponad lustro wody. W sumie to tak, jak szukanie wyjścia z labiryntu, aby suchą nogą zeskoczyć na ląd a poślizgnięcie grozi nie tylko zmoczeniem. Zmęczeni i padnięci cieszymy się z powrotu i spotkania z Jarkiem, korzystamy z przygotowanej przez niego ciepłej kąpieli, a później przy ognisku wspominamy i opowiadamy naszą przygodę ze świętą górą Mongołów. Powrotny marsz zajął nam pięć i pół godziny, jakiś lichy przewodnik którym dysponował Robert kazał rezerwować sobie na tę drogę osiem godzin. Kolejny raz uświadamiamy sobie mongolskie zjawisko przejrzystości powietrza. Patrzymy na Otton Tenger, mamy go jak na dłoni, a żeby tam pójść i wrócić potrzeba nam było trzy dni dużego wysiłku. Z rana 9. lipca, Paweł ma znów opanowane już zajęcie, spawa pęknięte resory. Około południa wracamy przez Uljastaj, dalej kawałek w stronę Ałtaju i dalej na zachód w kierunku Karakorum i stolicy. Na wysokiej przełęczy na owoo znajdujemy fajne rogi jaka. Po drodze spotykamy glanc, przydrożny bar. Przed wejściem zaparkowane tatry, potężne cysterny, ale naprawdę bardzo duże. Transportują paliwo między większymi osadami. W jurcie przerobionej na bar dla podróżników pośrodku stoi duży żelazny piec, a na nim jeszcze większa aluminiowa misa. Wejście do jurty jest niskie i wąskie, a próg wysoki. To jest prawie niemożliwe, aby na niego nadepnąć, co jest niemile widziane przez miejscowych. Trzeba się mocno schylić, włożyć głowę a następnie przekroczyć próg. Na wprost i po prawej stoją dwa żelazne pojedyncze łóżka oddzielone kolorową szafką, dalej po prawej, bliżej wejścia stoi kolejna szafka stanowiąca stół kuchenny dla gospodyni. Na jego blacie leżą kawałki baraniego mięsa. Po lewej stronie jurty stoi prowizoryczny stolik i dwa prowizoryczne krzesła dla klientów. Zamawiamy zupę nadziewaną baranim mięsem. Gospodarz sadza nas na ziemi wyłożonej kawałkiem chodnika za piecem, przy stoliku wysokości kolan, częstuje nas kozim mlekiem, a gospodyni przygotowuje posiłek. Do misy wrzuca przed chwilą pokrojone kawałki barana, cebule ze stepu, marchewkę z Chin i coś, co wygląda jak ziemniaki. Misa, gdyby była z żeliwa, byłaby czerwona od ognia, który traktuje ją od spodu. Córka gospodarzy na zawołanie ojca leci z kanką do pobliskiego potoku i przynosi wodę. Gospodyni jednym wyważonym chluśnięciem wlewa odpowiednią porcję do misy, miesza i przykrywa. Komin z piecyka wychodzi pionowo do góry przez otwór w sklepieniu jurty. Boki i ściany wyłożone są różnymi szmatkami, dywanikami i obrazkami. Jest przewiewnie i miło, tylko Jarek jakby nie przejawiał chęci na baraninkę. Od ognia w misie aż kipi, dochodzi makaron nitki własnej roboty i za trzy minuty w metalowych miseczkach na malutkim stoliku lądują pokaźne porcje. Siedzimy po turecku i próbujemy tego rarytasu, bardziej z ciekawości niż głodu. Gospodarz siedzi razem z nami, siorpie niemiłosiernie i wciąga długie nitki makaronu. Zupka zupełnie treściwa bardzo nam smakuje. Baraninę popijamy mlekiem, zagryzamy ruskimi cukierkami podanymi przez panią baru. Przyjeżdża ził i czterech Mongołów, dostają po czarce Mongolie herbaty i zamawiają wódkę. Niby rozmawiamy, wymieniamy uśmiechy ale tak naprawdę to ze słów wzajemnie rozumiemy tylko spasiba po rosyjsku. Mimo to nie ma kłopotu z porozumieniem się i wymianą doświadczeń jakości dróg w tutejszych rejonach. Gospodyni wyciera kubek wyciągnięty z jednej z szafek a gospodarz napełnia go po brzegi wódką z mongolską naklejką i podaje najbliżej siedzącemu, Robertowi. Ten po umoczeniu upija i oddaje z powrotem nalewającemu. Teraz kolej na mnie. Siedzę po turecku na chodniku na stepie, nad moją głową sklepienie jurty i to przypomina aby według miejscowego zwyczaju i aby nie urazić gospodarzy odebrać od podającego naczynie dwoma dłońmi, z godnością i szacunkiem lekko pochylając głowę. W podobny sposób widzę jak za chwilę robią to mongolscy goście baru. I w ten sposób ośmiu facetów i jedna kobieta jednym kubkiem w dwie kolejki opędzlowaliśmy pół litra. Ilość wypijanego napoju przez poszczególne osoby jest dowolna, jak któryś z kolejkowiczów mocniej przechylił kubek zaraz gospodarz dzierżąc butelkę w pogotowiu szczerze uzupełniał jego zawartość. Za poczęstunek płacimy dwa dolary i jedziemy dalej. Turlamy się raz szybciej raz wolniej na ile pozwala nam ukształtowanie terenu, pod wieczór dojeżdżamy do wsi Buyans gdzie widzimy przygotowania do Naadamu. Kilka km dalej za wsią nad urwistym brzegiem rzeki zasypiamy mając przed oczami Othon Tenger prezentujący swe okazałości od wschodniej strony w odległości około 100 km. Jarek ułożył się do snu w ciepłym śpiworku na pięterku a ja jeszcze długo siedziałem sobie w kabinie mercedesa. Pisałem dziennik podróży i patrzyłem daleko w dal, księżyc mocno przyświecał. Ośnieżony szczyt świętej góry skrzył się w jego blasku, głuchą ciszę od czasu do czasu przerywał momentami szum rwącego potoku nisko w dole. Na tle granatowego sklepienia niebios upszczonym milionami srebrnych gwiezdnych punktów wypatrzyłem pikujące w dół od czasu do czasu duże ptaszyska.
Dzisiejszy dzień, sobota 10 lipca nie obfitował w niesamowite niespodzianki. Sprawnie pokonaliśmy 250 km, początkowo dobrymi, mało wybitymi koleinami cały czas wznosząc się stopniowo od 1500 do 2600 m npm. Etap za miasteczkiem Zag miał w duże ilości kamieni porozrzucanych jakkolwiek. Takie białe łby wśród zielonych traw. Samo miasteczko, może większa wioska to drewniano gliniane lepianki i pojedyncze jurty ogrodzone wysokimi drewnianymi płotami. Furtki do takich domostw to już zupełna indywidualność każdej rodziny, zrobione z czego się da lub kolorowo wymalowane. W takiej przeciętnej osadzie, nie każdej, jest ręczna pompa paliwowa na korbę ale rzadko jest olej napędowy. Te wszystkie ułazy i ziły potrzebują zwykłej niebieskiej niskooktanowej benzyny dlatego praktycznie zawsze tam gdzie spotkaliśmy ropę to tankowaliśmy tak na wszelki wypadek bo nie dawało się przewidzieć kolejnej takiej szansy. W okolicach kanionu Galutym mijamy setny południk i po kolejnych pięciu km rozbijamy biwak w sąsiedztwie jurty. Z gospodarzem wymieniliśmy krakowska na kozie sery. Wokoło zielono, trawka jak przycięty dywan wyściela każdy kawałek ziemi gdzie nie spojrzeć. Gospodarz nie opuszczał nas na krok, jedliśmy makaron z sosem i konserwą na ciepło on siedział. Robiliśmy małe porządki on siedział. Zasiadł sobie na naszym turystycznym krzesełku przy turystycznym stoliku i nic nie mówił. Pobawił się lornetką i tylko się uśmiechał przyjacielsko. W tym czasie jego zona i córki krzątały się wokół jurty. Jak zaczęła się robić szarówka około 23 dziewczyny zaczęły spędzać jaki do zagrody a facet porządkował konie na noc. Młode jaki miały obroże ze sznurka aby można było je wszystkie razem w jednym kojcu sznurkiem związać, stare sztuki stały jak wmurowane a inne dokazywały między sobą. Mongołowie każdego z osobna nazywali i mówili do nich a jak zobaczyli jak to fajnie jest się oglądać na displayu aparatu cyfrowego to wybierali najdorodniejsze sztuki i prosili o fotografowanie się całą rodziną. Zrobiło się już ciemno a tu gospodarz przyjacielskim gestem zaprasza nas do jurty. W środku zupełny mrok rozświetla trochę okno w sklepieniu, na środku stoi piecyk. W północnej i wschodniej części stoją dwa łóżka, zaraz przy wejściu po prawej szafka kuchenna ze skarbami gospodyni. W zachodniej (lewej) części mongolskiego domku stoi trzecie łóżko, zapewne ich dorosłej córki. Mongoł zasiada za piecem na wprost wejścia, nas sadza na maleńkich taboretach po lewej stronie od siebie. Pani domu wraz z dwoma córkami i wnuczką siedzą na wprost nas, oddzieleni jesteśmy niskim stołem i piecem. Paweł ciekawy pyta mnie czy wiem gdzie jest mąż tej starszej, ja mu na to, że poszedł na wojnę albo panną z dzieckiem. W każdym razie unikała głębokich jego spojrzeń ale były chwile uśmiechu na jej ogorzałej i owianej twarzy. Młodsza córka mająca na wygląd ze 13 lat nie miała jeszcze tak zmęczonej cery. Jarek z Pawłem skoczyli do samochodu po świeczki, zrobiło się widniej. Gospodyni podała na stół sery różnego gatunku i garść masła z miski spod łóżka. Częstuje nas wódką archi, własnoręcznie zrobionym destylatem araku mającym ok. 12 procent alkoholu. W smaku takie pomyje, popłuczyny kieliszków po wódce. Z małej kanki nalewa do miseczki i po kolei nam podaje, szczerze dolewa jak któryś z nas łyknął większy haust. Na ścianach jurty wiszą plakaty najprawdopodobniej z miejscowymi działaczami aktywu partyjnego. Pomiędzy łóżkami stoją małe szafki z rzeczami mieszkańców. Podłoga wyłożona jest w tej jurcie linoleum. Na kilku sznurkach pod sufitem suszą się wielkości pęt kiełbasy sery arul. Pod jednym i drugim łóżkiem stoją dwie miednice wypełnione masłem. Po opróżnieniu zawartości metalowej kanki gospodyni wyjęła z szafki butelkę płynu hamulcowego mobil i polała do tej samej miseczki którą wcześniej napełniała archi. Lekko rozbawieni i ciut zaniepokojeni jej poczęstunkiem wystawiamy naszego wodza na próbowanie napitku. Plastikowa buteleczka po płynie hamulcowym zawierała kolejną odmianę domowej wódki. W czasie naszej kilkudziesięciominutowej wizyty wymieniliśmy się uśmiechami, gestami uprzejmości i smakowitości poczęstunku. W tym czasie każda z osób znajdujących się w towarzystwie coś robiła. Obie córki, młodsza z warkoczem i starsza z dzieckiem bezszelestnie siedziały na rancie łóżka, gospodarz w bezruchu gestami pokazywał co mamy zjeść i ile wypić. Jedynie gospodyni musiała się więcej poruszać. Grubo po północy aby już nie nadwyrężać gościny odprowadzeni przez gospodarza przyjęcia żegnamy się i wracamy do naszych domków. Chłopakom oczywiście nie chciało się wcześniej rozbić namiotu więc walnęli się do środka nissana a my na pięterko. W nocy jaki jeden za drugim przychodziły do nas w odwiedziny, wysprzątały ładnie wszystkie resztki i wyczyściły garnki i patelnie. Rano zaraz po wzejściu słońca zaczęło się dojenie niektórych sztuk jaków. W jurcie przy wejściu nad dwiema wielkimi miednicami siedziała gospodyni i przelewała duże ilości mleka z jednej do drugiej. Pożegnaliśmy się i dalej w drogę, do Cecerleg. Na początku średnia prędkość 10 km/h, kamienista i wyboista droga w bardzo podmokłym terenie. O g. 10 siadam za sterami mercedesa, Jarek umęczony telepaniem z prawej na lewa i odwrotnie chce chwilę odsapnąć. Szczęśliwie niebawem droga się polepsza, mijamy dolinę za doliną, przełęcz za przełęczą, nawet 2600 m npm. Ostatnia duża dolina przed wojewódzkim miastem to niczym ogromna oaza. Rzeka wraz z dużym rozlewiskiem sprzyja zielonym trawom i rosnącym drzewom. Zbocza gór porośnięte dywanem traw i mchów tak równych jakby je ktoś wygładził walcem lub szpachelką. Dużo pojedynczych jurt, mnóstwo bydła, szczekuszek i tabarganów. Szczekuszki to takie większe chomiki, stoją na tylnych łapkach nieruchomo a jak wyczują zbyt małą odległość od zagrożenia bardzo szybko czmychają do najbliższej nory, wystawiają łepek i dalej obserwują. Są dobrym pożywieniem dla wszelkiego drapieżnego ptactwa. Tabargany za to, ta takie duże koty na krótkich łapach, niezgrabne ale podobno smaczne po wypatroszeniu. Okolice tak urokliwe, że postanawiamy właśnie tu chwilę się zrelaksować, wykąpać i posilić. Ostatnie kilometry przed miastem jedziemy żwirową autostradą mongolską usypaną niczym grobla. Na krawędziach drogi powbijane są drewniane słupki ale bez odblasków. Teren cały czas pagórkowaty i nagle bez żadnych zapowiedzi po lewej stronie zza zbocza wyłania się ajmakowe miasto Cecerleg. Położone w dolinie, domki i chałupki rozmieszczone na zboczach uszeregowane w kwadraty z szerokimi gruntowymi dojazdami. Całe miasto mamy jak na dłoni, wzdłuż i wszerz ma pewnie ze dwa trzy km. Spotkany przygodny i pomocny Mongoł zawozi nas do swojego znajomego, dyrektora hotelu u którego wymieniamy zielone amerykańskie banknoty na mongolskie tugriki (1=1100). Ja oczywiście nie przepuściłem takiej okazji i musiałem dowiedzieć się o cenę noclegu na przyszłość, dwójka kosztuje 20 dolców. Ale po odwiedzinach toalety w holu hotelu wnioskuję, że ta cena jest mocno przesadzona. Przy głównej ulicy częściowo asfaltowej jest poczta. Po wielu próbach i nauce Mongołek obsługi słuchawek udaje nam się połączyć z Polska. Każdy z nas rozmawia z bliskimi, wszyscy tęsknią. Jesteśmy już pięć tygodni poza domem, jesteśmy na ciężkiej i trudnej wyprawie, za nami i przed nami dużo przygód. Odwiedzamy stary podniszczony lamajski klasztor, wszędzie dużo drewnianych figurek i złoceń ale z bliska to mała ruinka. Nie komu i za co o to wszystko zadbać. Z drugiej strony miasta jest stadion, raz w roku wykorzystywany przy okazji święta Naddam. Rozgrywane są wtedy zawody łucznicze zapaśnicze i wyścigi konne. Przy tej okazji mnóstwo straganów i obwoźnego handlu. Sprzedaż odbywa się również bezpośrednio z ziłów i uazów. Cała spożywka i chińskie tisherty. W innym miejscu stoją bezładnie jurty stanowiące gastronomię. Z ciekawości zamawiamy w jednym z barów duże pierogi z baranim farszem smażone na głębokim oleju. Tłuszcz ocieka nam po rękach ale pożywne to jadło i w tych okolicznościach smaczne. Napój z trawy, tłuszczu i mleka już nie jest taki wyborny. Namawiamy obsługujące bar dziewczyny aby poczęstowały nas arakiem ale nie posiadają go i zaprowadzają nas do sąsiadów gdzie za pół dolara we trzech pijemy do woli kobyle mleko. W smaku jak skwaszone przeterminowane mleko, cierpkie ale gasi pragnienie. Wszędzie wokoło ludzie jeżdżą na koniach, tak jak u nas chłopaki na odpuście chwalą się motorami lub samochodami tak tu i kobiety i mężczyźni, młodzi i starzy siedzą na koniach. Zakupy, rozmowy i cały ten rozgardiasz odbywa się z wysokości siodeł. Wszyscy odświętnie ubrani, w kolorowych Delach, kapeluszach ale również w jeansach. Chętnie wypinają pierś do fotografii. Doszliśmy do wniosku, że właściwie my dla nich jesteśmy nie mniejszą ciekawostką niż dla nas cały naddam i jego otoczka. Pod wieczór pełni wrażeń i bliskości mongolskich ludzi ruszamy w kierunku Karakorum, dawnej stolicy. Droga wpierw kawałek asfaltowa, później szutrowa a za chwilę już normalna gruntówka. Śpimy pół km od drogi przy opustoszałej koziej zagrodzie. W nocy przyszły do na dzikie konie, cały tabun. Grzecznie się pokręciły i poszły spać. Rano znajdujemy odbicie na pd-wsch i tak na chybił trafił wierzymy, że właśnie tymi koleinami dotrzemy do stolicy. Po drodze mijamy się z kilkoma landcruiserami z przewodnikami i grupami turystów. Widać, że te tereny są częściej odwiedzane, łatwiej tu dotrzeć i jest trochę historii. Około południa dojeżdżamy szutrówką do Charchorin, tak dzisiaj nazywa się Karakorum. Samo miasteczko położone jest, właściwie przytulone do dwóch zbocz z rzeką pośrodku. Kolejne miasteczko z rozwalającymi się sowieckimi ruderami i chałupami szczelnie obitymi wysokimi drewnianymi płotami. Z tą różnicą, że tu jest zespół klasztorów buddyjsko lamajskich z XVII w. Podjeżdżamy na wytyczony parking i stajemy wśród busików miejscowych biur podróży. Wstęp na cały teren jest bezpłatny. Całość zajmuje kilkadziesiąt ha, ogrodzona jest wysokim murowanym płotem i kilkoma stupami. Kilka świątyń buddyjskich i lamajskich z posągami różnych postaci i wcieleń Buddy. Młodego i starego, jego rodzeństwa i rodziny. Na ścianach malowidła przedstawiające życie ludzi, zwierząt i świątyń. Wiele gadżetów i przedmiotów z życia lamów. Poza terenem na którym są świątynie stoi jeden z dwóch historycznych kamiennych żółwi wielkości małego samochodu. W XVIII w. wyznaczały one bramy Karakorum. Zahaczamy o stragany przygotowane specjalnie pod turystów. Targujemy, żartujemy i kupujemy parę drobiazgów do domu na pamiątkę. W innym sklepie spotykamy Mongołkę znającą parę słów po polsku. Była w Polsce u swoich braci w Katowicach. Jarek upodobał sobie dwie czapeczki typowo tutejsze i utargował przyzwoitą cenę. Mnie udało się zrobić to samo w następnym butiku. Wracamy na parking i podjeżdżamy na obrzeża miasta gdzie odbywa się kolejny dzień naddamu. Już z daleka widać ogrom ludzi, koni i kurzu. Właśnie kończy się ponad dwudziestokilometrowa gonitwa. Jeźdźcami są siedmio, dziesięciolatkowi. Dzieciaki są barwnie ubrane, siodło zastępuje im kawałek grubego materiału. Wszystkie te zabiegi mają spowodować ulgę koniom i małą masę którą mają nieść w czasie wyścigu. Bohaterami zawodów są konie i ich właściciele. Na metę dobiegają zgonione i zziajane, dzieciaki padnięte, niektórzy nie maja siły o własnych siłach zejść z konia. W tym upale i kurzu dystans blisko 25 km jest katorgą i mordęgą. Ojcowie, bracia ,całe rodziny i wszyscy znajomi dopingują, każdy swojego. Rejwach i zamieszanie tak duże, że nie wiadomo tak do końca o co chodzi i kto wygrał. Dopiero za niedługą chwilę organizatorzy wyróżniają zwycięzcę dekorując konia pamiątkową szarfą, właściciel otrzymuje czarkę ajraku którym uroczyście polewa swego rumaka. Wszyscy szczerze gratulują i cieszą się. W koło na dużej przestrzeni stoją stragany zbudowane z namiotów, ziłów i uazów. Handel odbywa się prosto z paki. Jest wszystko co potrzeba w tym upale i kurzu, picie, nawet ciepłe lody i wódka. Zauważyłem, że Mongołowie ale tylko mężczyźni zsuwają z jednego ramienia swoje galowe dele i prezentują swe gołe nigdy nieowłosione torsy. Bo w ogóle mają mały albo nikły zarost, za to prawie zawsze krukowate czarne włosy przykryte akurat w tej okolicy kowbojskimi kapeluszami. Kobiety przywdziane mają bardzo kolorowe, przeważnie czerwone lub różowe z haftami jedwabne dele, coś na wzór szczelnie zapiętego płaszcza od szyi sporo za kolana. Prawie wszyscy i młodzi i starsi mają swój pojazd, albo w większości konie albo na przykład kilkuosobowa rodzina jeździ sobie w koło na motocyklu. Każdy jeździ sobie w swoją stronę, pojedynczo, w większych lub mniejszych grupach. Każdy swoim tempem, nikt z nikim się nie zderza nawet konie z samochodami i motocykle z pieszymi. Ja obleciałem z ciekawości trochę straganów ale nic mongolskiego tam nie spotkałem poza częstowaniem wódką pod różna postacią. Jarek za to obserwował cały ten folklor przez szybę gelendy, ustawił sobie tak nasze autko, że siedział sobie w chłodzie i trochę zasłonięty od tumanów kurzu. Wypatrzył go jednak jakiś tubylec próbujący trochę zarobić i powróżyć Jarkowi z ręki i oczu. Szkoda, że nie mówił co najmniej po rosyjsku. Na wzgórzu nad Charhorin góruje duży monument upamiętniający potęgę i wielkość mocarstwa mongolskiego przed wiekami. Będąc tam spotkaliśmy grupę polskich turystów, którzy wynajęli uaza i zrobili sobie rundkę ze stolicy aktualnej do stolicy starej. Wymieniamy się spostrzeżeniami i doświadczeniem, ich nikłym i naszym pokaźnym. Wyjeżdżając z miasta tankujemy paliwo na solidnej stacji gdzie byliśmy obsłużeni przez elektryczną pompę i dziewczynę w pomarańczowych ogrodniczkach podkreślających barwy firmowe mongolskiego koncernu paliwowego. Nocujemy na zboczu opodal drogi do Ułan Bator. Na zachód słońca wspinamy się spory kawałek w górę na najwyższy okoliczny szczyt. U stóp moich i Jarka rozciąga się duża, rozległa dolina. Wszystko w kolorze brązu i czerwieni zachodzącego słońca, mało zieleni i krzaków, za to samochody ciągnące do stolicy jadą prawie przez całą noc. Ogromna przestrzeń. W każdą stronę gdzie nie spojrzeć są góry, większe i mniejsze. Coś niesamowitego te widoki z lotu ptaka, zupełna cisza nawet wiatr tego wieczoru ustał. Daleko w dole widać świecące punkciki samochodowych reflektorów, przez lornetkę spostrzegamy, że nie każdy szofer korzysta ze świateł.
Wtorek, 13 lipca wita nas słoneczkiem. Jak zwykle z rana, dzisiaj bez większego pośpiechu codzienny rytuał. Poranna toaleta, smaczne śniadanko i w drogę. Z Charhorin do Ułan Bator jest trzysta km, drga jest nieustannie remontowana i poprawiana. Jadzie się trochę asfaltem, trochę gruntem omijając roboty. Tam gdzie nic nie robią asfalt jest jakości kazahskiej, czyli lepiej gdyby go niebyło. Ruch coraz większy. Stare landruisery mieszają się z ziłami i uazami. W nissanie popękany resory uniemożliwiają nam sprawną jazdę, nie chcemy ich zostawic samych sobie na pastwę losu i tak się turlamy, że wszyscy nas wyprzedzają. Nawet ciężarówki budowlane z wysokimi burtami wyładowane i obciążone na maksa, autobusy i motocykle. Po południu wjeżdżamy przez bramy dezynfekcyjne do stolicy od wschodniej strony. Miasto od północy otoczone jest zboczami gór, centrum murowane przez sowietów, na obrzeżach tekturowe i gliniane slumsy. Pełno kurzu i smogu. Pod wskazanym przez Bolka adresem hoteliku brak miejsc. Ale to dobrze bo w naszej sytuacji i z naszym wyposażeniem to nie była szczęśliwa lokalizacja. Nocleg znajdujemy w hotelu „U Ghany”. Możemy bezpiecznie zaparkować samochody i trochę się odprężyć. Gest house, a właściwie ogrodzony plac z drewnianym budynkiem, który mieścił toaletę i stołówkę i cztery jurty oddzielony był rynsztokiem od centrum miasta (N47,52 E106,51). Podobno to popularne miejsce wśród turystów, spotykamy kilkoro Polaków, samotnego czecha na BMW 850 i Austriaków na hondach enduro. Polacy trochę nam zazdroszczą dojazdu o własnych siłach, ich dojazd pociągiem z Irkucka był mniej ciekawy, sami przyznają. Wieczorem wybraliśmy się z Jarkiem na pocztę, jedyną w mieście ale okazałą. Połączenie z Polską kosztowało jednak jakoś sporo, na tyle dużo, że zabrakło nam tugrików a za posiadany przy sobie studolarowy banknot u miłej pani w okienku dostalibyśmy wyjątkowo niekorzystny kurs. Nie pozostało nic innego jak przelecieć się do naszego „hotelu” po drobne. Było już po 23, pozostała tylko niecała godzina pracy urzędu więc Jarek mocno się musiał sprężać bo ja zostałem jako zastaw. Rano spożyliśmy śniadanie w cenie pokoju, właściciel zafundował nam dżem i miód rodem z dalekiej Polski. W Ułan Bator musimy załatwić wizy rosyjskie na powrót, naprawić rozwalającego się nissana i obejrzeć miasto. W konsulacie rosyjskim który mieści się przy głównej ulicy w najbardziej okazałym budynku dowiedzieliśmy się, że potrzebujemy poparcia biura turystycznego za które należy zapłacić 150 usd i czekać 10 dni. Wyciągam więc swoje notatki bo na wodza naszej grupy nie ma co liczyć i dzwonię do konsula Artioma Ganona, ten Bolek jest jedyny, to od niego mam ten kontakt. Artiom szczerze się ucieszył, przyniósł xero przepisu, który umożliwia nam powrót do domu przez Rosję w ciągu 10 dni bez wizy. Chłopaki wiedząc, ze słabymi są kierowcami a źle przygotowanym i nadwyrężonym nissanem nie da się normalnie podróżować są niechętnie do takiej propozycji nastawieni ale wizja 150 dolców 10 dni koczowania też ich nie cieszy. Upili się biedni tego wieczoru tak, ze następnego dnia mocno chorowali i postęp w naprawie ich samochodu nie posunął się do przodu. Na domiar złego Robertowi przypomniało się, że turysta posiadający wizę ponad 30 dniową powinien zarejestrować swój pobyt w Mongolii i tu w stolicy łatwo tego obowiązku dopełni. Oczywiście w urzędzie imigracyjnym zarekwirowali mu wszystkie nasze paszporty bo minęły ustawowe 7 dni od wjazdu na teren Mongolii a on gapa wrócił do nas z gołą ręką. Trzeba zapłacić po 100 usd sztrafu. Chcieliśmy go ukrzyżować i utopić w rynsztoku. Szczęśliwie mój spokój kojąco z każdym dniem wpływał na Jarka i ten darował mu życie. Przyrzekłem sobie, że ostatni raz dostał Szymanowski mój paszport do ręki. Następnego dnia z rana wszyscy idziemy po ratunek do polskiej ambasady. Rozmawiamy tam z konsulem Edwardem Dankiewiczem, zastępującego chwilowo pana Wiącka, który jest na urlopie po wypadku w stepie. Konsul okazuje się konkretnym rzeczowym urzędnikiem, wysyła notę z wytłumaczeniem naszej sytuacji do mongolskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Skutkiem czego jest złagodzenie sprawy i odbiór paszportów następnego dnia. Jesteśmy już czwarty dzień w UB. Jest skwar i gorąc, temp. Przekracza 45 stopni. Do teko pełno spalin, kurzu u hałasu. W przerwach pomiędzy załatwianiem spraw za naszego wodza podglądamy życie metropolii. Zauważa się dwie skrajności, miejscowe bogactwo i nędzę. Obok starych żiguli powiązanych sznurkami i drutami jeżdżą S klasy, landcruisery i kilka hamerów. Większość ludzi a już na pewno młodzi chodzą ubrani w jeansy i chińską bawełnę. Dziewczyny różnych nacji, niby Azjatki ale każda inna, mniej lub bardziej skośna. Dużo pomieszańców. Na którymś z bazarów przezornie wymieniamy kolejną porcję waluty aby w stepie nie być zaskoczonym. Zwiedzamy muzeum historii Mongolii, zespół świątyń i klasztorów buddyjskich. Z bliska niestety to drewniana rudera kolorowo pomalowana, Nikt tego nie restauruje i te dwieście parę lat daje o sobie znać. Wszędzie dużo mnichów i lamów. Młodzi i starzy, ciągle coś jedzą i piją i udają, że się modlą. Wszystko to raz do kupy wzięte, ci mnisi ich dywaniki, poduszki i całe to otoczenie jest mrowiskiem brudu i śmieci ale tu w Azji tak już jest i nie należy zwracać na to uwagi.
Po południu 15 lipca szczęśliwi, że już nic nas nie trzyma w tym mieście wyjeżdżamy na południe w stronę Gobi. Parę dni przerwy i już kłopot z trafieniem w odpowiednią drogę. Trochę błądzimy aż wreszcie spragnieni i zmęczeni znajdujemy właściwą ścieżkę w stronę pustyni. Nawet co jakiś czas z boku szlaku stoją stare drewniane słupki kilometrowe. Nocujemy w szczerym stepie 50 km za Ułan Bator. Na liczniku 11200 km. Początkowo teren pagórkowaty, droga mocno użytkowana w szczególności przez uazy wożące turystów. Kilka nawet kilkanaście kolein. Ruch umiarkowany, co kilkanaście km spotykamy jakiś samochód. Upał się wzmaga, wiatru brak. Podczas krótkiego odsapnięcia podjeżdża uaz z Mongołami. Gruby i wielki Mongoł częstuje nas wódką i chwali się jak jego konie wygrały naddam. W czasie jednej kolejki rozpijamy pół litra, towarzysz rozgląda się co by tu jeszcze wychylić ale my żegnamy się życząc dużo sukcesów i odjeżdżamy. Pewnie można by tak do wieczora raczyć się wzajemną gościną na stojąco. We wsi, może miasteczku Malgangobi tankujemy i szukamy rozpaczliwie bez rezultatu sklepu z napojami. Na końcu zabudowań, przy napisie policja skręcamy w lewo skos w kierunku Dalanzagad. Mamy 300 km. Droga zdecydowanie mniej uczęszczana i mniej wybita. Step coraz bardziej się wypłaszcza, pagórki powoli zanikają, trawa coraz rzadsza. Dzisiaj ja prowadzę, cieszę się ta radością jazdy w takich warunkach, daje się dużo jechać czwartym biegiem i sporymi prędkościami. Jarek mnie podpuszcza i dajemy mocno gazu, gdyby nissan nadążał byłaby jeszcze większa frajda. Koncentracja na maksimum, płaska i równa droga poprzecinana jest poprzecznymi garbami i wysuszonymi strumieniami co zmusza momentami do wyhamowań do jedynki. Wszyscy miejscowi już odpadli i sami pędzimy co jakiś czas tylko śmigając obok kolejnego uaza. Praktycznie od rana jedziemy wzdłuż linii elektrycznej, droga co i rusz krzyżuje się ze słupami i trzeba bardzo uważać aby nie spotkać się z nimi na pustym stepie. Napotykamy studnię i wodopój, mimo, że woda ma mleczny smak daje dużą ulgę i ochłodę. Na 110 km za Malgangobi stoi duża zniszczona stacja przekaźnikowa, urywa się linia elektryczna, kończy się trawa a przed nami żwirowa pustynia. Twarda i ubita. Można jechać jak się chce, w dowolną stronę, dowolna prędkością. Wszędzie tak samo, równo jak na stole. Niesamowite wrażenie. Na horyzoncie pojawiają się pierwsze krzaki saksauł, coraz więcej luźnego piachu. Krajobraz dzisiaj zmieniał się już kilkakrotnie. Biwak rozbijamy przed zmrokiem na zupełnym pustkowiu wśród zaczynających się suchych kęp trawy. Podczas kolacji rozważamy czemu 40 stopni w Mongolii bardziej nam dokucza niż 50 stopni w Kazachstanie. Wnioskujemy zgodnie, że to chyba trudy wyprawy i nasza kondycja daje coraz bardziej znać o sobie mimo zahartowania i odpornością na wszelkie utrudnienia. Do granic rezerwatu Gobi pozostało nam ok. 150 km. Dzisiaj średnia prędkość podskoczyła ponad 60 km/h. dzień zdecydowanie krótszy, ok. 22 słońce zachodzi. Szybko robi się ciemno i zimno, nie śpi się tak dobrze jak w Ałtaju. Do południa kilometry ubywają nam jak z bicza, droga przyzwoita. We wsi Tsagoro tankujemy, pistolet powiązany był sznurkiem a pani pompowała ręcznie. Na nosie miała okulary przeciwsłoneczne, na nogach obcisłe legginsy i w ogóle była ładna jak na tamtejsze okolice. Bała się chyba nieznanych przybyszy i nie dawała się wciągnąć Jarkowi do rozmowy. Ja zerkałem na mapy, amerykańskie, kanadyjskie i rosyjskie. Aha mieliśmy nową mapę kupioną w domu towarowym w stolicy, taka poglądowa ale za to nazwy wsi i miast były chyba najbardziej prawdziwe. Bo na tych pozostałych imperialistycznych mapach ta sama wioska miała zawsze inna nazwę i miejscowi nigdy nie wiedzieli o co nam chodzi a ponieważ nie napotykaliśmy żadnych tablic z nazwami, więc pozostawało zgadywanie lub lokalizowanie według współrzędnych. Po uzupełnieniu zbiorników kierujemy się na zachód chcąc spotkać ciekawe formacje górskie występujące na tych terenach. Dróg takich jakich byśmy chcieli nie ma. Jakiekolwiek napotkane ślady nie prowadzą w naszym kierunku. Poruszamy się do przodu, sami wytaczamy szlak. Frajda duża ale niepokoje też nie mniejsze. Mijamy różne formy pustyni, jedziemy przez małe trawy, jedziemy przez duże trawy, skupiska wysokich kęp i saksauł. Częściej podłoże drobno kamieniste niż piaszczyste. Kolory wszelkie, ziemia i kamienie zmieniają się od białych do czarnych, ostre i obłe. Ogólnie spiekota niemiłosierna, 45 stopni. Zbawieniem są napotykane kilkakrotnie studnie i wodopoje. Korzystamy z nich i żadnej nie odpuszczamy naszej wizyty. Woda w smaku jest trochę mydlana i nie zachwyca ale chłodzi, jest w dostatecznej ilości i nie ma co wybrzydzać w tych warunkach. Co ciekawe, w tych suchych i upalnych warunkach, poza jakimikolwiek szlakami spotykamy jurty. Osamotnione, jakby zagubione w otchłani wyznaczają nam kierunek jazdy. Od czasu do czasu natrafiamy nawet na zapomniane i od lat nie uczęszczane koleiny. Okolice i warunki jakich tu doświadczamy potwierdzają nasze spostrzeżenia, ze zapewne żaden europejczyk tu nie zaglądał, ba nawet Mongołowie nie maja co tu robić. Kręcimy się w tych niższych partiach Ałtaju Gobijskiego, wyższe zostawiając sobie na później. Wreszcie lądujemy gdzieś na ciasnej przełęczy w zupełnej głuszy. Trochę zmęczeni i zrezygnowani po całym dniu niespodzianek nawigacyjnych szykujemy szybką kolację aby zdążyć na zachód słońca. Wspinam się na najwyższy w okolicy szczyt nad przełęczą a Jarek za mną dzielnie mnie goni. Widok jaki ukazał nam się ze szczytu zaparł mój dech a Jarek przysiadł z wrażenia. Duży kawał Gobi jest u naszych stóp. Wrażenia trudne do opisania, polecam każdemu pojechanie tam i doświadczenia tego na własne oczy i duszę. Widok aż na koniec świata, w dowolną stronę. Teren wyżynny, płaskowyż z wypiętrzającymi się górami. Jedne osamotnione, inne zgrupowane w małe łańcuchy. Czerwone, zachodzące słońce dopełnia uciechy. Długie cienie potęgują wrażenia. Kolejny raz cieszymy się z naszego wyjazdu, spełniają się z nawiązką Jarka oczekiwania. Nasza obecność w tak urokliwych, osobliwych trudno dostępnych miejscach gdzie żadne wycieczki ani nawet zdesperowani turyści nie docierają możliwa jest między innymi dzięki niezawodności mercedesa, fachowości Jarka i nieskromnie mówiąc mojej nawigacji. Oczywiści należy tu wspomnieć o niebagatelnej przysłudze Roberta, pomysłodawcy wyprawy. Noc bardzo wietrzna i ciepła, źle się śpi. Rano podejmujemy ryzyko i zapuszczamy się głębiej w pustynię zupełnie bez drogi i żadnych śladów. Podłoże jest twarde, ubite i w większości żwirowe. Z początku podróżujemy wiele km wyschniętym korytem potężnej rzeki. Żeby tak tu trafić z kajakiem w czasie roztopów. Mijamy przeróżne formy skalne, małe i duże, mniej lub bardziej urokliwe. Podziwiając te krajobrazy, dochodzimy do wniosku z Jarkiem, że ktoś wielki i bardzo silny wypchnął od dołu te wszystkie szczyty albo widzimy tylko czubki zasypanych piachem i kamieniami potężnych gór. Przestaliśmy już narzekać tak dalekiej drogi od Ułan Bator, warto było. Po terenie równym jak stół dojeżdżamy do wsi Bułgar. Nie znajdujemy w niej lodówki z zimnymi napojami, ale wstępujemy do domu towarowego. Coś w rodzaju obory z wejściami na szczytach i jednym długim korytarzem przez całą długość. Po prawej i po lewej są małe sklepiki z tworem wszelkiej maści niezbędnej miejscowej ludności. Choć próbuję to jednak nie udaje mi się czegoś kupić, pozostaje tylko chińska coca cola. Bo części do iżów lub chińskich rowerów nie będą nam przydatne. Trzeba pamiętać, ze na takiej wyprawie należy myśleć przyszłościowo i zapobiegawczo, więc nasze zwiedzanie takich centrów handlowych miało również na celu kupienia czegoś praktycznego, pożytecznego i być może przydatnego w dalszej podróży. Tankujemy z pompy na korbkę, facecik obsługujący mocno podniszczony z zewnątrz dystrybutor miał pomysłową i praktyczną ochronę przed upałem w postaci zmoczonej szmaty położonej na czubku głowy. Wokół naszych aut zbiega się kilkoro dzieci z różnymi gadżetami. Ja wypatruję wydłubane nożykiem w kości kozy rogi argali, takie małe mieszczące się w garści. Do tej pory spoglądając na ten drobiazg widzę radość dziewczynki ze sprzedaży. Oboje byliśmy zadowoleni, ja z drobiazgu ona z zapłaty. Wyjeżdżamy przy dużym naturalnym wodopoju dla bydła na zachód w kierunku Dalandzadag aby za 15 km odbić na południe w kierunku piętrzących się gór i granicy z Chinami. Na rozgrzanej, wyschniętej trawie żyje mnóstwo owadów, które natrafiają na nasz samochód. Zderzamy się z nimi, czasami jest ich tak dużo, że niektóre zabłąkane sztuki wpadają przez nawiewy do wnętrza naszej kabiny. Koniki polne, szarańcze i inne kolorowe stworzonka wielkości palca zdziwione są nagłą zmianą otoczenia. Dla nas szczęśliwie, że to bezpieczne robaczki i łatwo wyrzucamy je z powrotem do natury. Przy wysychającym z gorąca bajorku spostrzegamy stado antylop dżereni. Jedna czteroosobowa rodzinka wyrywa się nagle do przodu i pędzi wzdłuż drogi razem z nami. Na liczniku ponad 70 km/h a całą czwórka przecina nam drogę i przed samą maską przebiegają na drugą stronę drogi. Jarek kontroluje prędkość aby ich nie potrącić i mamy rzadką okazję, niecodzienną radość prawie dotknięcia gładkich, lśniących i połyskliwych zwierzątek. Zdziwieni jesteśmy sprawnością antylop, tym bardziej, że dwójka potomstwa wyglądają na tegoroczne. Podjazd prostą ścieżką w pierwsze widoczne pasmo górskie ciągnie się kilka km, niby nie bardzo w górę ale coraz cieplej i co jakiś czas trzeba redukować bieg w dół. Teraz jesteśmy na dwójce, temperatura cieczy chłodzącej silnik przekracza 100 stopni. Wjazd na samą przełęcz wspomaga reduktor. Przed nami rozpościerają się łagodne pagórki wyściełane trawiastym dywanem. Koleiny równe, daje się jechać szybką trójką raz mocno w dół raz mocno w górę. Przy prędkości ponad 80 km/h na łukach tył mercedesa fajnie się uślizguje, szkoda, że mamy ponad tonę towaru, byłaby jeszcze większa frajda. Trawa się powoli kończy i zauważamy, że przy hamowaniach wyprzedzają nas tumany kurzu, pozostaje tylko używanie pedału gazu. Po kilkunastu km wyjeżdżamy na wielką równinę i napotykamy tablicę informującą, że za chwilę przekroczymy granicę Gobijskiego Parku Narodowego. Do wsi Bayandalay mamy 30 km po równiutkiej jak stół pustyni, lekko żwirowatej ze śladami trawy. Włączam nawet piątkę, jest ku temu okazja bo już od ponad miesiąca nie była w użyciu.. Podmuchy wiatru są duże, wypada nam tak pieczołowicie i z dużym trudem włożona w miejsce tylnej bocznej szyby pleksi. Biedne te boczki, wygrzały się w tych upałach i trochę powichrowały. Jest już mocne popołudnie, w zamkniętym guanzu namawiamy gospodynię aby przygotowała nam huszury. Ze smakiem je pałaszujemy mimo, że barek jest bardzo obskurny. Odpadający tynk na ścianach i suficie, na parapecie leży zapomniany od dawna lep na muchy wypełniony po brzegi. Ale cerata na stole jest czysta i mocno się posilamy popijając piwem wcześniej kupionym w sąsiednim sklepie i schłodzonym w lodówce. Tak, w lodówce, tu na pustyni. Jest już późne popołudnie, wyruszamy na wschód w stronę piaszczystej części Gobi. Chcemy na własne oczy zobaczyć duże wydmy Hongory Els, Po niespełna dwóch godzinach jazdy wyłaniają się nam na wprost po lewej, u podnóża południowych stoków Ałtaju na granicy z Chinami piaszczyste wydmy wysokości kilku pięter. Znajdujemy kawałek twardego i parkujemy na niby polanie wśród obłych, smaganych ciągłymi wiatrami górkami piasku. Miałkiego jak mąka. Ścigamy się kto pierwszy wbiegnie na czubek wybranej wydmy. Stopy zapadają się po kostki, upał odczuwa się podwójnie, i właściwie na czworaka wspinamy się ku szczytowi. Na górze wyłania nam się kilkunastokilometrowe pole babek piaskowych, równiutki piasek mącimy swymi stopami. Natura nadaje tym wydmom przeróżne kształty, owiewa je wiatrem tworząc niczym potężne fale. Do tego słońce powoli opadające tworzy niesamowity koloryt i maluje głębokie cienie. Podczas długiego spaceru wierzchołkami spotykam jaszczurki i żuki, do tego co jakiś czas malutkie roślinki z kilkoma listkami. Co one tu porabiają, skąd czerpią wodę? W którą stronę by nie spojrzeć nie ma nikogo, ani śladu człowieka. Patrząc na północ spostrzegamy w dali kolejne pasmo przecinające ze wschodu na zachód pustynię. Im bliżej podjeżdżamy tym coraz wyraźniej ukazuje się nam ich niezwykły kolor. Ułożone są z warstw różnego koloru kamienia, potężne wielkie góry u podnóża różowe a na szczycie brązowe. W tej Mongolii jest tyle do zobaczenia, zaczynamy żałować, że za jedną wizytą nie zobaczymy wszystkiego. Wracając na nocleg do upatrzonej wcześniej doliny podróżujemy żwirowatymi pagórkami w otoczeniu czerwonych kopców wyglądających niczym babki piaskowe tyle, że wysokości kilku pięter. W zaznaczonym wcześniej przez Jarka miejscu na ruskiej sztabówce znajdujemy naturalne źródło wybijające wprost z piachu i żwiru. Woda krystaliczna i smaczna, najadam się wręcz nią jakby to już była kolacja. W oddali spostrzegam samotnego wielbłąda, idzie ku nam. Nie zważając na naszą obecność napełnia swoje garby litrami wody. Ja urządziłem sobie pustynne studio i plener fotograficzny i dzisiaj fotografie mieszkańca Gobi ozdobiły nie jedną wystawę poświęconą Mongolii. Wypatrzona dolina na nasz dzisiejszy biwak okazuje niesamowitym kanionem (N43 40’11, E102 53’22). Jeździmy sobie na razie wyschniętym łożyskiem wiosennej rzeki szerokości dwudziestu metrów a po bokach pionowe skały wysokości wieżowców. Zapowiada się czarująco, rozbijamy się przy kawałku wody, rozpalamy ognisko przy jedynym suchym drzewie w okolicy i odpoczywamy. Tyle wrażeń, tyle myśli, tyle doświadczeń. Noc cicha i spokojna, jesteśmy osłonięci z każdej strony pionowymi skałami, na kawałku nieba tysiące gwiazd. Leżąc już, zaglądam do moich dzisiejszych notatek pisanych w przerwach w podróży. O godzinie 10 było 35, o 15 było 45 a 20 było 40 stopni ciepła. Rano budzę się bardzo wcześnie, przez uchyloną magiolinę spostrzegam grupę koziorożców. Wokoło jest zupełna cisza, słońce już wzeszło a one schodzą do wodopoju. Herszt rodziny z wielkimi rogami i długą brodą stoi na grani i obserwuje okolicę. Reszta czujnie schodzi na sam dół, sto metrów od naszego obozu do wody. Po skałach poruszają się swobodniej niż człowiek po chodniku. Nie zważają na stromizny i trudności. Niesamowite z jaką lekkością i gracją przemierzają niedostępne zbocza. Przez lornetkę patrząc, mam jak na dłoni ich kozi łeb i gładką antylopią sierść. Ciekawe czy jeszcze kiedyś w życiu będę miał taką okazję być tak blisko tych miłych zwierzątek. Kolor skał i gór zmienia się wraz z położeniem i godziną promieni słonecznych. Pustynia Gobi ma przeróżne oblicza, zadziwia i zaskakuje. Wymaga pokory. Piachy, żwiry, kamienie i głazy. Gdzie indziej trawy i stepy, góry, wyżyny i wielkie płaskowyże. Susza i ślady po potężnych potokach, co tu się musi dziać zimą i wiosną?
Dzisiaj jest 20 lipca, imieniny Czesławy, mojej świętej pamięci babci. Robimy sobie dzień urlopu i odpoczynku, jesteśmy w urokliwym miejscu z wodą pod ręką niczym kran w łazience. Od czterdziestu paru dni przemierzamy kawał świata, naszym domem i ostoją jest przygotowany do tego samochód więc dajmy jemu i nam trochę odsapnąć. Jest czas na małe uporządkowanie, pranie i relax. Na późny obiad robię luksusowe kluseczki z sosem grzybowym i Jarek jest w kłopocie bo nie wie już teraz co lepiej mu smakuje, czy wyborne poranne zacierki czy dzisiejszy obiad. Na zachód słońca mój kompan zabiera mnie na najwyższy szczyt w okolicy a chłopaki meandrują po sąsiednich górkach. Gelendą podjeżdżamy w karkołomny sposób, po kamieniach wielkości głowy możliwie jak najbliżej. Wspinamy się po graniach, kamienie są bardzo łupliwe i kruche. Udaję swojego zodiakalnego patrona, koziorożca, ale nie osiągalne są jego umiejętności. Wspinaczka wymaga sporego wysiłku. Mamy godzinę do zachodu, to czas na odpoczynek i podziwianie Gobi z góry. Dobrze, ze dałem się namówić Jarkowi na ten wyskok. Zostając w kanionie miałbym już mocny cień a tu słońce jak na dłoni. Na południe widać Hongory Els, na północ bezkres różnokolorowej pustyni, na wschód góry i doliny, pod słońce, tysiąc km kamienistej pustyni. Jesteśmy dzisiaj jedynymi facetami na świecie, którzy z wysokiej góry delektują się pięknem Gobi. Wiatr cichnie, słońce się czerwieni coraz mocniej. Na przeciwległym zboczu wypatrujemy samotnego koziorożca penetrującego okolicę. Z góry widać ścieżki, którymi porusza się zwierzyna mieszkająca tutaj. Nie wiadomo w którą stronę patrzeć, wszędzie ciekawie a za chwilę będzie mrok. Po zachodniej stronie pojawia się kilka chmur dodając tajemniczości zachodzącemu słońcu. Szybko robi się ciemno i chłodno. Ostrożnie schodzimy w dół do samochodu i na światłach wracamy do obozu. Przy kolacji opowiadaliśmy sobie wzajemnie wszyscy razem co kto widział a ja byłem wdzięczny Jarkowi i sobie, że uwierzyłem w jego namowę gdy mówił, że nie wiadomo kiedy przytrafi się okazja oglądania takich widoków. W nocy podeszły pod nasz obóz dzikie konie, cały tabun. Ostrożnie spenetrowały teren ale nie tknęły naszego basenu z wodą. Rano zobaczyłem ich ślady, sto metrów dalej kopytami dokopały się do wody. Pamiętając wczorajsze spotkanie z koziorożcami, raniutko i cichutko wyślizgnąłem się ze śpiwora i zająłem dogodne miejsce do obserwacji wierząc, że koziorożce dzisiaj też mają pragnienie. Było ich więcej niż wczoraj, ten sam wódz z brodą, jakby wydawał dyspozycje kto teraz ma zejść do wody. Cała wielodzietna rodzina napiła się do woli ale bardzo czujnie nasłuchując cały czas. Gdyby te miłe zwierzątka tak szybko nie poruszały się po skałach to dłużej bym je obserwował. Do tego wymaga to dużej uwagi i wytężenia wzroku bo ich maść upodabnia się do koloru skał. Pomachałem im na koniec na szczęście ponieważ dzisiaj wyjeżdżamy dalej, w bardziej piaszczyste tereny pustynne i należy zakładać, że tam takich spotkań już może nie być. 21 lipca, ruszamy w bezkres Gobi. Fascynuję się jazdą terenową, takich doznań jakich daje jazda grzbietami żwirowych oraz idealnie płaską pustynią trudno szukać w Europie. Trzytonowym autem daje się jechać jak po autostradzie ale z dziesięciokrotnie wzmocnioną dawką emocji i adrenaliny. Po drodze pustynia zmienia kolory i wystroje, od białych pisków przez żwiry różnych wielkości i koloru. Miejscami pocięta jest łożyskami wyschniętych potoków spływających z gór. Śladów i kolein jest co nie miara, w każdą stronę. To wcale nie cieszy bo żadna nie wskazuje konkretnego celu, wszystkie są słabo wyraźne. Trudno trafić tam gdzie się chce, często musimy typować którąś z kolein, czasami wracać. Kolejnym utrudnieniem w porównaniu z Kazahstanem jest ukształtowanie terenu, wszędzie mniejsze i większe doliny i pagórki, rzadko widać horyzont i bieg śladów. Źleby, urwiska i klify dodają niebywałej atrakcji, urozmaicenia i uroku naszej podróży ale przeszkadzają w utrzymaniu właściwego kierunku. Spotykamy miejsca gdzie droga aby ominąć jakiś głęboki wąwóz i trudny teren przez wiele km wiedzie w niechcianą stronę aby po kilkudziesięciu minutach dużym zakolem wrócić tam gdzie chcemy. Trzymając pn-zach kurs dojeżdżamy do kolejnej dużej doliny, poruszamy się dnem wyschniętej rzeki, jest sporo przysychającej zieleni, skalne ściany nie takie strome i wysokie. Też pięknie i dziewiczo. Znowu jazda jak na kolejce górskie, tym razem pagórkami lekko przyprószonymi trawą. Ale co dobre szybko się kończy i dojeżdżamy do piachów, droga ucina się momentalnie. Piasek złocisty i grząski, w oddali stado kilkudziesięciu antylop ucieka na odgłos naszych silników. Trudny kawałek drogi, gorąc, zmęczenie i fatamorgana. Extremalny ofroad. Chwila dekoncentracji i mercedes sunie bokiem, kątem lewego oka widzę pięćdziesięciocentymetrową bruzdę do której lewy nasz bok ciągnie jak do magnesu. Dużo gazu, mocna kontra wyciąga do przodu nas i nasz dobytek a Jarek nawet się ożywił tą chwilą a mnie jakby ktoś polał dwoma wiadrami wody, gdyby jeszcze chłodna. Temperatura na dworze była już obojętna w tym momencie. Jak zdążyliśmy ochłonąć to i po kilku km piach zelżał, jego pył mamy nawet na okularach, w kieszeniach i nosie. Dla odmiany jedziemy teraz przez zupełnie wypalony kawał pustyni, kiedyś było tu jakieś zielsko, teraz suche badyle żółto złociste, mocno kontrastujące ze żwirowym ciemnym podłożem. Susz twardy i ostry, tylko strzela pod kołami. Z dala widzimy czerwone skały, jedziemy do nich. Z bliska okazują się kilkoma dolinami i kanionami wysokości trzech pięter ze śladami zieleni i krzaków saksauł. Kolory zadziwiające a kamienie wszędzie leżące prawie przezroczyste, różnokolorowe. Ścigamy się który z nas uzbiera ciekawsze sztuki. Każdy dzień, każda godzina i chwila przynosi nowe doznania i zadowolenia. Nawet upał, słońce w zenicie i wszędobylski kusz i pył są do wytrzymania mając w zanadrzu te radości i ukojenie oczu. Jesteśmy w niesamowitym kawałku naszego globu, za nami piaszczysty płaskowyż, stoimy prawie u podnóża dwutysięczników na czerwono granatowej ziemi wśród szklistych kolorowych kamieni. Krążymy i meandrujemy sobie z godzinkę po tych głębokich jarach, wyjeżdżamy mocno w górę na płaskowyż równy jak stół prosto na samotną jurtę. W obejściu są tylko dwie dorosłe Mongołki i kilkoro dzieci, faceci wypasają bydło daleko od domy, jak daleko nie wiadomo. W każdym bądź razie nie było ich widać w zasięgu wzroku przy klarowności powietrza na kilkadziesiąt km. Dobytku strzeże kudłaty pies niczym lew, schowany w kawałku cienia pod rowerem. Panie Mongołki skrępowane i zaciekawione naszą obecnością machają nam na pozdrowienie i życzą dobrej drogi. Po kilku km poznajemy kolejne oblicze pustyni mongolskiej. Po przyzwoitej podróży ubitym żwirem natrafiamy na teren poorany bruzdami wyschniętych potoków i strumieni. Jedne są tylko głębokimi bruzdami inne mają 200 m szerokości. Tak czy inaczej przy ich pokonywaniu zawsze trzeba zredukować do pierwszego biegu, średnia bardzo spada. Dłuży się i dłuży, jedziemy tak około 50 km mijając po drodze kilkukilometrowy fragment zupełnie czarnej ziemi usypanej żwirem wulkanicznym. O dziwo na tych bezkresnych pustkowiach przejeżdżamy obok samotnych jurt prawdziwych pustelników. Mijamy tabuny dzikich koni i stada wielbłądów. Od kilku dnia za to nie spotkaliśmy samochodu, trochę potęguje to obawy i żarty w grupie. Zaprawiliśmy się już w tych okolicznościach i dajemy sobie radę, pamiętając o uzupełnianiu zapasów wody. Często sygnałem do znalezienia do znalezienia studni była obecność w niedalekim pobliżu jurty. Właściwie od wyjazdu ze stolicy woda jest przezroczysta i klarowna ale o smaku mydlowin. Mając do tego sprawne auto, Jarka pod bokiem i trochę pojęcia i orientacji w terenie można przeżyć. Przez lornetkę wypatruję coś wielkiego, coś co sie rusza. Podjeżdżamy bliżej i jeszcze bliżej. Oczom nie wierzymy, widzimy cała rodzinę prawdziwych sępów. Potężne i wielkie brunatno białe ptaszyska rozszarpuję jakąś padlinę. Dwa z nich obserwują bacznie naszą odległość a reszta bez opamiętania pałaszuje. Gdy podjechaliśmy zbyt blisko według ich strażników, wszystkie razem i jednocześnie niczym samoloty wpierw biegły kilkanaście metrów machając skrzydłami, aż wreszcie po uzyskaniu odpowiedniej prędkości i ciągu powoli uniosły się w górę. Skrzydła chyba ponad dwumetrowe uniosły ptaki wielkości małych cielaków. Z odległości około stu metrów wyraźnie widzieliśmy ogromne dzioby i pazury. Nasz szlak wiedzie bardziej na północ niż na zachód więc stopniowo zbliżamy się do kresu pustynnych terenów. Przed nami kolejne wysokie pasmo gór do pokonania, wyszukujemy sobie dolinę wierząc, że wyprowadzi ona nas bliżej stepów. Kanion suchej rzeki wije się jak wąż, ciasno w prawo, ciasno w lewo a skały mają dosłownie żółty kolor. W małym miasteczku Bogd znajdujemy 25 litrów ropy, zupełnie prywatnie bo w beczkach na „stacji benzynowej” mają tylko niebieską benzynę do uazów. Jest kilka sklepików jak zwykle wielkości dużej budy dla psa ale oczywiście bez lodówki i prądu. Na nasz widok prawie wszystkie kramy otwierają swoje podwoje ale nic nie kupujemy mimo szczerych chęci. Trafiamy za to do jakiegoś guanzu z szyldem ”karaoke”. W centralnym miejscu baru stoi chiński sprzęt audio wideo i telewizor ale na razie jest wcześnie i prąd nie został jeszcze włączony. Lokal duży i wysoki w przyzwoitym mongolskim standardzie. Posadzka wyłożona jest przypadkowymi kafelkami ułożonymi w bardziej niż amatorski sposób. Zamawiamy budze, takie pierogi na parze z baranim mięsem. Klimacik jest niesamowity, przychodzą po kolei wszyscy mieszkańcy aby nas pooglądać. Gospodyni baru chce od nas kupić krzesła i łóżka jeśli mamy. Okazuje się, że za kuchnią jest jedna izba gdzie matka śpi z czwórką dzieci ale mają tylko porwany siennik i ubite gliniaste klepisko. W kuchni stoi jedna szafeczka służąca też za blat do wałkowania ciasta i piec koza z dużą miednicą służącą do wszystkiego, też do przygotowania naszych zamówionych budzów. Jedzonko smaczne i syte, tłuszcz leje się nam po rękach, obsługa miła i doczekaliśmy się włączenia prądu. Jedna z córek włączyła nam kasetę wideo z nagranym programem mongolskim gdzie zobaczyliśmy i wysłuchaliśmy kilku folklorystycznych piosenek. Najedzeni wyjeżdżamy wysoko, bardzo wysoko w góry na nocleg. Rozpijamy mongolską wódeczkę za sześć złotych z aluminiowym jednorazowym kapslem, popijamy colą też mongolską. Odkażeni zastanawiamy się co było gorsze, ta wódka czy cola? Zaczyna padać, w nocy mocno wieje. Rano wilgo bardzo duża, temp. 4 stopnie, widoczność na parę metrów. Nie wiadomo gdzie jesteśmy i jak tu z tej wielkiej góry zjechać, jak trafić na koleiny którymi tu wczoraj dobrnęliśmy. Musimy pokonać kilka stromych wzniesień wąską dróżką. Chmury łagodzą trochę strach bo widać przepaści. Stopniowo, stopniowo jesteśmy coraz niżej a tam coraz lepsza widoczność. Kałuże bardzo duże, woda tworzy strumienie, kozy stoją ściśnięte jedna przy drugiej chroniąc się przed zimnem i wilgocią. Pierwszy raz widzę mokre jurty. Koleiny wypełnione po brzegi wodą rozbryzgujemy naszymi kołami, używamy wycieraczek i nie musimy uważać na przechodniów aby ich nie pochlapać. Od zachodu trochę się przejaśnia i z każdą chwilą ubywa chmur, nisko zawieszonych i przykrywających niczym kołderką grzbiety gór. Pocieszamy się z Jarkiem, że nie trafiliśmy jak na razie na kilkudniowe ulewy bo wtedy przejezdność byłaby wątpliwa. Horyzont nie chce się przybliżać, jedziemy po otwartej przestrzeni, po prawej, na północ pasmo górskie a na południe od czasu do czasu widzimy pojedyncze stożki. Podczas przekąski Jarek przygotował mi wiadro z wrzątkiem z duża zawartością soli. Mam włożyć w to swoją prawą stopę skaleczoną wczoraj u nasady dużego palca. Solanka parzy ale wyżera i czyści ranę. Mam obietnicę mojego chirurga, że jutro będę jak zdrowy. Droga coraz bardziej pocięta wyrwami i rowami nie do przejechania. W końcu giną jakiekolwiek ślady. Napotkani przypadkowi Mongołowie dziwią się naszą obecnością ale nie wiele są pomocni. Sami nie wiedzą gdzie są a w nasze mapy patrzą jak ciele i oglądają jak obrazki. Za jednym z pagórków wyłania się niespodziewanie pojedyncza skała przypominająca siedzącego psa, może sfinksa. Stoi sobie samotnie otoczona zewsząd głębokimi wąwozami tak, że dojechać się blisko nie da. To nie mała ciekawostka, co spowodowało powstanie takiego tworu, to tak jakby ktoś na swojej niedostępnej kilkuset hektarowej działce postawił jakiś posąg. Zapewne moglibyśmy spędzić w tej okolicy kilka dni i zbadać sprawę ale przed nami jeszcze parę tysięcy oglądania Mongolii i daleko do domu. Kto szuka ten znajdzie, my też znajdujemy kawałek śladów, ale prowadzą one w zupełnie przeciwnym kierunku niż planujemy swoją podróż. Cóż robić, jedziemy. I dobrze bo po około 50 km zataczamy wielkie koło i omijamy te wszystkie wcześniej napotkane wąwozy, dziury i doliny. Coraz lepsza droga wyprowadza nas we wcześniej obrany kierunek pn-zach. Spotykamy kilka grup dziwnie pracujących ludzi, w pobliżu nie ma bydła, więc co oni tu robią. Mieli stracha gdy się zbliżaliśmy bo zapewne myśleli, że to jakaś wizytacja urzędu pracy i skarbówki. To poszukiwacze skarbów, kopia doły, przepłukują ziemię i mozolnie wyłuskują drobinki żółtego kruszcu. W słoiku z wodą pływają płatki złota. Mijamy ostatnie już pasmo gór Ałtaju Gobijskiego jadąc kanionem wśród bardzo wysokich czerwonych szczytów. Zbliżając się do słonego jeziora Orognuur w oddali widzimy jakby białą kotarę na horyzoncie. Po dwóch godzinach drogi okazuje się, że to solny pył z suchych brzegów unoszony przez wiatr. Ciekawe zjawisko, pierwszy raz coś takiego widzę, wszystko zapylone białym słonym piaskiem. W okolicy spotykamy grupę prawdziwych Rosjan. Przemieszczają się gazem 66, są pracownikami akademii nauk i prowadzą badania z życia chomików pustynnych. Włóczą się po pustyni, łapią te małe zwierzątka i robią doświadczenia. Jeden z nich, Paweł Bogumołow mówi po polsku, pogadaliśmy sobie trochę, zrobiliśmy fotki i dalej w drogę. Wzdłuż słupów linii elektrycznej dojeżdżamy do dużego Bogd. Wokół porodówki spory ruch, przy wielkich bekach paliwa odwrotnie, nie ma nikogo. Jak zwykle, nauczeni doświadczeniem zaglądamy do najbliższej jurty. I tym razem sprawdziło się, że mieszka tu obsługujący ręczną pompę paliwa. Jest już po 18 i miasteczko prawie jak nie żywe. Zaglądamy do w pośpiechu otwieranych sklepików ale ich zaopatrzenie jest małe. Parę kilometrów za miastem nissan znów szwankuje, tym razem gaśnie na amen. Brak zasilania, nie reaguje na ruchy stacyjki. Spychamy go z drogi na nasypie i szybko zasypiamy. 23 lipca 2004, stan licznika 13000 km. Rano temperatura niższa od południowej o 30 stopni. W związku z naprawą towarzysza jest czas na placuszki z patelni, wykorzystuję mongolską wodę, polską mąkę, proszek do pieczenia i jajka w proszku. Z cukrem pudrem i nutellą palce lizać. Poruszamy się na północ w kierunku gór Khangaj i wulkanu Khorgo. Minął tydzień od wyjazdu z Ubator, jesteśmy blisko końca przygody z pustynią. Mimo obaw i uciążliwości, trudnej nawigacji, często jazdy na przełaj w obranym sobie kierunku WARTO BYŁO. To co zobaczyliśmy i przeżyliśmy, te wszystkie fantastyczne doznania zostaną nam na zawsze. Coraz częściej wspominamy z Jarkiem nasze domy, różni nas siedem godzin różnicy czasu, my wcześnie wstajemy, u nas dziewczyny kładą się spać. Na wzgórzu przed wsią Jinst na owoo spotykamy okazałe rogi argali, widzimy też mongolski obrzęd obchodzenia w koło kultowego miejsca dla Mongołów. W wiosce miejscowy nadaam. Odbywa się wyścig koni i zawody zapaśnicze. Okolica wygląda na zadbaną. Robert z Pawłem wynajdują mongolską panią, która dowiedziawszy się o naszej ekspedycji załatwia z miejscowymi organizatorami, że będziemy mogli pojechać jako jeden z dziesięciu samochodów sędziowskich na start głównego wyścigu koni. 25 km jedziemy równym jak stół twardym żwirowo trawiastym stepem na linię startu. 180 koni pokonuje tą samą drogę wychodząc dużo wcześniej. Usadowiony na dachu nissana mam komfortowy widok i z góry fotografuję przebieg gonitwy. Jeźdźcami są młodzi chłopcy i dziewczęta, na mecie czekają odświętnie ubrani ich rodzice i starsze rodzeństwo mocno ich dopingując. Koszmarny wysiłek dla dzieciaków i koni. Kilkaset metrów obok na sztucznie stworzonym z ustawionych uazów stadionie odbywają się walki zapaśnicze. Pojedynki toczą się do pierwszego upadku, zwycięzca otrzymuje łyk ajraku, czekoladki, wódkę i gratulacje loży honorowej. Nadaam na prowincji jest dużym folklorystycznym odpustem. Babcie i dziadkowie siedzą oddzielnie, uroczyście i odświętnie ubrani obserwują i rozmawiają. Ludzie mili, przychylni i nieśmiali. Tak się zastanawiam, co sobie myślą widząc białego w szortach, bez włosów i kulawego. Jam mam wszystko, czego nie mają oni i odwrotnie. Grubo ubrani, zakuci szczelnie pod szyję w delle z grubymi skórzanymi nie rzadko do kolan butami. Chodzę i fotografuję, wszystko mnie ciekawi, wszystko jest inne. Kupić nie ma co, bo albo stare buty albo cola ich wyrobu. Połowa facetów pijana ale grzeczna. Stary dziadek serdecznie wita się ze mną, ściska mnie, prawie chce ucałować. Częstuje trzymaną w ręku tabakierką do wąchania. Tak mi zasmakowało, że nie chciałem mu tego szybko oddawać. Pogadaliśmy sobie na migi. Pół dnia spędziliśmy na tych uroczystościach, blisko byliśmy ich radości. Im bliżej pogórza Khangaju tym piaski i żwiry ustępują miejsca trawom. Na nocleg wybieramy sobie dużą samotną polanę, trawiastą w szczerym stepie. Po kolacji jest czas na mały remanent w naszym sprzęcie i zaopatrzeniu. Jest okazja uporządkować zakurzone gobijskim pyłem rzeczy. W sobotę z samego rano Jarek przez lornetkę wypatrzył górujące nad okolicą orły, lądujące na najbliższym szczycie. Podjeżdżamy gelendą ile się da, na szczycie kuśtykając zbliżam się do dwóch gniazd. Stary, wielki orzeł wzniósł się do góry i krążąc obserwuje intruza. Mały, pisklak wielkości jastrzębia daje się podejść na dwa metry aż wreszcie nieporadnie wyskakuje z gniazda. A że jego domek usytuowany był nad trzystumetrową przepaścią to rad nie rad musiał pomachać skrzydłami. I tak przyczyniłem się do jego wymuszonej nauki latania. W sąsiednim gnieździe drugi pisklak nie odważył się zrobić tego samego a ja mam okazję prawie dotykać orła. Nad moją głową zebrały się kolejne sztuki dorosłych orłów i nie ryzykując bliższego spotkania z nimi powoli zacząłem się wycofywać po sesji fotograficznej. Wczesnym przedpołudnie wjeżdżamy do Bayanhongor, jednego z ajmakowych miast Mongolii. Łączymy się z naszymi rodzinami, w Warszawie jest 4.30 nad ranem. Na bazarku robimy proste zakupy w kontenerach, na placykach chłopaki grają w bilard. To tradycyjny widok z każdego większego miasteczka. Pod kamiennym murem, chroniąc się od upału siedzi kilka kobiet, niczym nasze góralki sprzedające oscypki. Tutejsze panie sprzedają ajrak, uśmiechem zachęcają do spróbowania. Wypijam pokaźnych rozmiarów miskę chłodnego, łagodzącego pragnienie kobylego napoju. Przy samochodach długo czekamy na Pawła, który kolejny raz zapomniał, że nie jest sam. Po jego wreszcie powrocie wywiązuje się mała pyskówka, a on nie okazuje pokory i skruchy. Wsiadamy do auta i odjeżdżamy. Nissan przez długi czas nie dojeżdżał do nas a po dwóch godzinach doszło do nas, że nie ma co na nich czekać. Wreszcie nie mamy kuli u nogi, możemy podróżować swoim tempem nie oczekując ciągle na ociągającego się nissana. Jesteśmy w khangaju, góry nie małe, po drodze przełęcze blisko 3000 m. Charakter tych gór jest nieco inny od ałtayu, porośnięte są trawami i mchami z dużymi kamiennymi piargami. Są niższe i nie mniej urokliwe. Po drodze wpierw spotykamy trzech Francuzów pieszo przemierzającymi Mongolię, podjęli takie wyzwanie i zasługują na duże uznanie. Dwie godziny dalej wypatrujemy z daleka kogoś kto na pewno nie jest Mongołem. Okazują się naszymi znajomymi z przed dwóch tygodni spotkanymi w Harchorin. Dwoje Duńczyków na rowerach robią sobie pętlę 800 km ze stolicy aktualnej prze starą, zahaczają o kawałek Gobi i z powrotem na lotnisko do UB. Nie zazdrościmy im wysiłku, obdarowujemy pokaźnym pętem suchej krakowskiej bo po drodze okradli ich z części sprzętu i jedzenia. Pozdrawiamy się i rozjeżdżamy w przeciwnych kierunkach. Droga wije się uroczą, zielona doliną, spora rzeka meandruje. My raz z jej prawej, raz z lewej strony. Biwak rozbijamy pod potężną topolą na rozwidleniu dwóch rzek. Wokoło dużo cebuli i czosnku, podsmażam je na patelni wraz z konserwowym mięsem, dodaję makaron. Jarek schładza piwo i odpoczywamy. Wcześnie zasnąć się nie da bo odwiedza nas kolejno kilku Mongołów. Każdego częstujemy herbatą. To chyba jakaś główna droga, mówi Jarek. Z rozmów z naszymi gośćmi wychodzi, że podróżują po zakupy i w poszukiwaniu małżonek. Do Cecerleg zostało nam 70 km, w nocy chłodno. Rano włączamy ogrzewanie w samochodzie, duża wilgoć. Coraz więcej stad jaków i kóz. Młode jaki wyglądają jak duże kudłate psy, dokazują między sobą i wariują. Zieleni i pastwisk dużo, zagęszczenie jurt. W mieście dawno nie ma już śladu po nadaamie, tankujemy za swoje i pokątnie, prywatnie udaje mi się wymienić 100 dolarów. Pomaga w tym miła pani z artshopu, poznana przy wcześniejszym pobycie w Cecerleg ponieważ dyrektor hotelu u którego wcześniej dokonywaliśmy transakcji wybył w daleką podróż. Nic tu po nas w tym mieście, wyjeżdżamy w kierunku Uljastay aby dotrzeć do wulkanu Khorgo. Jedziemy główną mongolską drogą, ruch spory, co jakiś czas przydrożne bary i sklepiki dla turystów. Sporo dzieciaków z butelkami ajraku. To szlak z Ułan Bator przez Harchorin do wulkanu. 30 km przed celem większości wycieczek jest camp z kilkunastoma jurtami nad pięknym krajobrazowo kanionem i przełomem rzeki Sumym Gob. Przed samym miasteczkiem należy skręcić w prawo, przejechać szlaban wjazdu na park Khorgo (1/os, 3/sam. Usd), nam udało się pod pretekstem wizyty znanych fotografików ominąć opłatę i za chwilę drogi po lewej ukazuje się nam duży kopiec wulkanu, taki stożek ze ściętym czubkiem. Dużym kołem objeżdżamy go, na jego zachodniej stronie są wytyczone miejsca dla aut i naturalne schody do wejścia na szczyt krateru. Wspinamy się po bryłach szlaki i zastygłej lawy, Lej krateru ma ok. 300m średnicy i tyle samo głębokości, robi wrażenie. Można zrobić sobie spacer wokół, śmiałkowie mogą zejść na dół. Wiatr owiewa nas, podziwiamy z góry okolicę. Teren na w promieniu kilku km pokryty jest kamieniami jak pumeks, nie ma odrobiny ziemi. Mimo to wyrastają rzadko zielone modrzewie, ale wszystkie młode. Sprawia to wrażenie jakby je ktoś tu celowo posadził w jednym czasie. Wieczorem okazało się z bliska podczas objazdu okolicy, że są jednak i okazy nawet kilkudziesięcio letnie. Na zachód od kopca w odległości kilku km za małą przełęczą jest jezioro Terchin Caagan, nazywane przez Mongołów białym. Posiada urozmaiconą linię brzegową, kilka różnej wielkości półwyspów i krystalicznie czystą i zimną wodę. Jest najwyżej położonym jeziorem w Mongolii, jesteśmy na wysokości 2000 m npm. Wokoło kilka camp i trochę turystów w zorganizowanych grupach podróżujących uazami. Na kolację robię wyborną treściwą zupę pomidorową z przepisów które podały nam nasze panie, Jarek likwiduje luzy w przednich łożyskach, sprawdza tylne zawieszenie a to wszystko na wulkanicznej lawie w otoczeniu karłowatych modrzewi i w sąsiedztwie mrówek mutantów. Są większe od paznokcia i wtórują im natrętne muchy, które w ogóle nie reagują na odpędzanie. W nocy trochę pokropiło, rano chłodno i wilgotno, zupełnie inne doznania i klimaty niż na Gobi. Dziś jest 26 lipca, urodziny Jarka. Jadąc południowym brzegiem jeziora białego podziwiamy w porannym słońcu jego urok i piękno, ciągnie się kilkanaście km, lazur skrzy. Płaskie dostępne brzegi a kawałek dalej spore gór. Super pięknie, ale nie wiedzieliśmy, że jeszcze dziś zobaczymy jeszcze bardziej urocze jezioro. Zupełnie na uboczu, bez dróg, bez kawałka człowieka za to sporo gęsi, mew i żurawi. Dwa pagórkowate ostro wrzynające się półwyspy i łagodne trawiaste brzegi. Jezioro według amerykańskich map nazywa się Dzuun Nuur i może być wspaniałym miejscem urlopowym . Ale za nim tam dotarliśmy pokonaliśmy kilka godzin drogi od rana. Zjechaliśmy z drogi na Ulyastay i nowym mostem skierowaliśmy się na północ w kierunku Moron. Momentami bardzo padało, droga trudna, górzysta. Duże kałuże, kamienie, bagnisto a ziemia czarna i gliniasta. Coraz więcej modrzewi, wręcz miejscami całe lasy, stare i młode. Ładne okolice. Przed miejscowością Orgit, nad strumieniem, w rzadkim bardzo starym lesie napotykamy na camp z jurtami, turystów brak. W miasteczku pokątnie kupujemy 20 litrów ropy po 750 tugrików po wielkich targach. Znów przejeżdżamy kolejny most tego dnia bo jedziemy wzdłuż dużej rzeki. Mosty w Mongolii jakie spotkaliśmy zawsze były drewniane, poza jednym w pn-zach. części kraju. Drewno im bardziej na północ, czyli tam gdzie są rzeki i występuje konieczność istnienia mostów jest łatwym i dostępnym budulcem. Droga za każdą górą jest inna, nie ma już widoków po horyzont. Sporo pagórków, lasów i łąk. Liczymy na zakup paliwa w Erdenet a tu klops, dwie stacje zamknięte na głucho i bez zaopatrzenia. Jest za to ciąg małych budek zaadoptowanych na sklepiki. Tylko w jednym znajduję kilkudniowy chleb ale przy takich przeżyciach i klimacie smakuje wybornie. Jarek w tym czasie jak ja oblatuję wspomniane sklepiki cierpliwie znosi towarzystwo mężczyzn mongolskich ciekawych naszego samochodu i naszej obecności. Za miasteczkiem w pn kierunku jest kilka dróg, wieczorem okazało się, że powinniśmy pojechać bardziej na NE. Dzięki pomyłce dojechaliśmy do wcześniej wspomnianego urokliwego samotnego i dziewiczego jeziora. Po kilkunastu km nieprzerwanie dyskutując o mijanych atrakcjach dobijamy do głównego szlaku. Te słupy elektryczne zapewne idą od Morun – mówi Jarek i miał rację. Do stolicy kolejnego ajmaku dojedziemy jutro bo zostało jeszcze sporo km a dziś musimy zatroszczyć się o zapas paliwa bo km przybywa, zbiorniki pustoszeją a miejsca do tankowania nie widać. W kolejnej, dużej dolinie wypatruję w oddali z prawej cambus. Prze lornetkę oceniamy kręcących się ludzi na nie Mongołów. Podjeżdżamy. Z bliska okazują się Niemcami odważnie objeżdżającymi Mongolię. Miła pogawędka kończy się zaproszeniem spotkaną parę na wieczorne party urządzane z okazji urodzin Jarka i kupieniem od nich 10 l ropy. Honorowo płacę po 1000 tugrików za litr, najdrożej w całej Mongolii ale to dlatego, że Niemcy nie mieli jednego euro aby wydać. Wieczorem rozpalamy ognisko, tańce gotowe i ciekawi towarzystwa Europejczyków czekamy na ich dojazd. A tu tylko Mongołowie kręcą się po drodze, dobrze, że parkujemy z kilometr od niej i nie zajeżdżają do nas ciekawscy tubylcy. Rano okazało się, że Niemcy spali jakiś km wcześniej, znużeni podróżą i bez wiary na spotkanie nas. Poranna wspólna kawa w rześkiej zarosiałej okolicy ociepla i poprawia nastroje. Po śniadaniu Jarek z moja pomocą naprawia cieknący dodatkowy zbiornik paliwa, likwidujemy kranik powodujący nieszczelności jeszcze z dróg kazahskich. Im bliżej Morun tym cudniej. Bardzo zielone, zadrzewione doliny, szutrowa droga bardzo kamienista ładnie się wije. Widać, że kosztowała sporo pracy wielu ludzi, wycięta jest w półce skalnej. Przed miastem duża rzeka zasilająca Bajkał, nowy most i za prawym winklem ukazuje się nam całkiem spore miasto. Na miejscu okazuje się, że jest przygotowane na odwiedziny turystów, jest kilka turystycznych hoteli, kilka campów i lotnisko z którego za 82 usd można polecieć do UłanBator. Próbujemy zaklejony zbiornik paliwa, stopniowo tankujemy obserwując jego zachowanie i reakcję. Mamy na uwadze, że jadąc przez Syberię musimy być przygotowani na okoliczności i zawsze posiadać sporo ropy przy sobie. W sumie zatankowaliśmy według licznika w elektrycznej pompie 230 litrów za 130 tyś. W Warszawie jest 7.30 i dzwonimy do naszych domów, rozmawiamy z naszymi ukochanymi i stęsknionymi paniami. Kupujemy trochę chleba i nic tu po nas, lepiej jest, fajniej i ciekawiej z dala od miast. Kierujemy się w kierunku jeziora Chubsugul do miasteczka Hatgal. To typowe turystyczne miejsca dla odwiedzających ten mongolski Bajkał. Woda w nim krystaliczna i zimna. Jezioro ciągnie się na długości ponad 150 km, otoczone wysokimi górami. Droga trudna, czasami tylko ślad dla motocykli. Samotnie jedziemy kilka godzin, po południu decydujemy, że ominiemy wschodnią stroną Chubsugul i pojedziemy do Catanów. Najbardziej na pn jak się da, aż pod Tuwę na Syberii. Późnym popołudniem zmuszeni jesteśmy pokonać głęboką rzekę, woda przelewa się przez maskę. Szczęśliwie te kilka minut brodzenia było za krótkim czasem i uszczelki w drzwiach wytrzymały, tak, że w środku mieliśmy sucho. Ale emocji było nie mało, siedząc sobie jak na szpilkach w kabinie gelendy woda sięgała prawie pod łokcie. Dobrze, że nurt był spokojny i nie zabrało nas do morza arktycznego. Schyłek dnia to pora gdzie Mongołowie spędzają bydło do obejść, rodzina zbiera się blisko jurty i przygotowują wieczorny posiłek. Większość tych czynności dzieje się na zewnątrz i mogą nas obserwować, wiwatować na nasz widok i pozdrawiać. My swój nocleg i biwak urządzamy sobie na szczycie trawiastej polany wśród strzelistych wysokich modrzewi. W dole mamy widok na bardzo dużą dolinę. Widać, że jest żyzna, wiele jurt, zieleni i bydła. Prawie z każdego mongolskiego domku pionowo w górę unosi się smuga dymu, po lewej stronie wśród modrzewi daleko za górami zachodzi słońce. Towarzyszy ono nam z kilku godzinną przerwą podczas ulewy na Gobi nieprzerwanie od kilkudziesięciu dni. Bajkowe klimaty i plenery. Dzisiaj w ciągu dnia było 15 stopni, teraz nasz termometr wskazuje 5 na swojej skali. Mydło ciężko wyciska sie z tubki. Rano woda w wiadrze zamarzła, szron na samochodzie, przepierka sztywna od przymrozku. Dobrze jest się napić ciepłego kakao.
Dzisiaj jest już sobota, 31 lipca 2004 roku. Siedzę w jurcie przy rozgrzanym piecu i lampce gazowej. Przez trzy dni nie pisałem naszego dziennika. To były trzy dni pełne wrażeń i emocji, przeżyć i nie małych kłopotów. Dziennik zapewne jeszcze długo będzie wilgotny, wyszukuję najmniej mokry długopis. Ale wróćmy się trzy dni wstecz. W środę, 28 lipca po chłodnym, wręcz mroźnym poranku na sporej wysokości spokojnie przybliżaliśmy się do północnych skrawków Mongolii. Bliżej południa słoneczko mocno świeciło ale, że jako byliśmy w wysokich Sajanach z ośnieżonymi szczytami to temperatura dobijała tylko do 15 stopni. Wjechaliśmy na teren parku narodowego mijając szlaban z wartownikiem. W Ulan Ulade dotankowaliśmy prawie do oporu. Wyboista droga początkowo prowadziła przez bardzo mokrą i bagnista dolinę, po godzinie drogi szczęśliwie odbiła na zachód pozostawiając te mokradła. Dużo zieleni, klimat srogi, jurt mało. Dojeżdżamy do jednego ze źródeł Jeniseju, tej prawdziwie syberyjskiej potężnej rzeki, która przecina z południa na północ przez tysiące km Rosję zaczynając swój bieg w mongolskiej tajdze.. Już od samego początku to rwąca i szumiąca rzeka. Za kilka kilometrów dojeżdżamy do drewnianego mostu zamkniętego u wjazdu szlabanem wystruganym z okazałego modrzewia. Codziennym i naturalnym odruchem nauczonym tu w Mongolii było znalezienie sobie dogodnego brodu do pokonania rzeki. Tak jak dziesiątki razy na całej wyprawie i kolejny raz dzisiejszego dnia Jarek jedzie wzdłuż brzegu szukając bezpiecznego przejazdu. Na przeciwległym brzegu stoją dwa uazy z turystami wędkarzami. W połowie przejazdu przez Jenisej głębokość zaczyna być niepokojąca, woda zakrywa maskę. Stopami wyczuwam jak podłoga zaczyna falować, czuć i słychać uderzające kamienie niesione wartkim prądem. Przez otwory nawiewne nad nogami wlewa sie woda. Momentalnie buty mamy w wodzie. Z lekka zaniepokojony mówię do Jarka, że nie wygląda to wesoło i chyba nie wyjdziemy z tego sucho. Lewym okiem widzę napięcie i poruszenie szofera. Zaczynamy płynąć, nie da się kierować. Nurt i prąd rzeki jest coraz mocniejszy a dno usiane kamieniami. Woda w kabinie juz sięga nam po kolana, nagle w ułamku sekundy auto przechyla się na prawą stronę. Widzę jak Jarek w pośpiechu otwiera swoją boczna szybę w drzwiach, ja puszczam się prawą ręką uchwytu na desce rozdzielczej i unoszę do góry canona wiszącego na szyi. W lewej ręce trzymam kurczowo włączony GPS wyznaczający nam jeszcze przed chwilą szlak podróży. Wodę mam juz po szyję, ręce ze sprzętem pod sufitem. Jarek zaczyna się ewakuować przez szybę w swoich drzwiach. Wreszcie samochód osiadł na dnie, do tej pory nie wiedzieliśmy czy zanurzymy się cali, czy też nasze głowy zostaną ocalone. Jarek juz na zewnątrz, pomaga mi wyciągnąć się. Stoimy na boku gelendy, biedny samochodzik leży sobie w zimnej wodzie na swoim prawym boku. Wokoło woda, szum ogromny, nurt i prąd niewyobrażalny, uderza w podwozie samochodu, bryzga i chlapie. Do lustra wody mamy dwadzieścia cm, ociekamy z wody. Z emocji i radości życia na razie nie czujemy zimna. Turyści z przeciwległego brzegu robią nam fotografie. Po pierwszym opanowaniu sytuacji przyszło nam na myśl ratowanie wszystkiego do czego możemy mieć dostęp. Jarek wskakuje z powrotem do kabiny i wyciąga głęboko z wody nasze paszporty, kamerę i drobiazgi podręczne. Z za mojego fotela wyciąga liny, przywiązujemy do wahaczy. Do brzegu jest za daleko aby je dorzucić, więc odważnie wskakuje do wody nieświadomy konsekwencji. Prąd jest tak duży, że miota Jarkiem jak chce i ciągnie go bezsilnego po kamiennym dnie głęboko pod wodą. Jednak siła i moc ratowania życia jest silniejsza od natury i po trzydziestu metrach walki Jarek łapie grunt i wychodzi na brzeg. Później długo jeszcze opowiadał jak kurczowo trzymał linę, która była jedynym dla niego ratunkiem w tej sytuacji. Ja stoję z dobytkiem na boku gelendy i zaczynam marznąć. Wszytko trwa wydaje się wieczność. Wołam do wędkarzy aby rzucili mi błystkę a ja zahaczę jedną z lin i w ten sposób będziemy mieć pierwszy pomost z brzegiem. Mercedes jeszcze się trochę niebezpiecznie osunął ale chyba osiadł juz na dobre myślę sobie. Kibiców jest coraz więcej, właściwie poza miasteczkami to chyba tylu Mongołów na raz nie spotkaliśmy nigdzie wcześniej. Po kilku próbach łapania błystki lina jest zawiązana do jedynego krzaka na skalistym brzegu. Ładuje co cenniejsze rzeczy do plastikowego worka i po linie transportuję je do Jarka na brzegu. Wreszcie ja opasam się linką asekuracyjną, odważnie zsuwam się do lodowatej wody i myślę sobie, trzymaj się liny i wierz, że Mongoły wyholują cię na brzeg. Prąd i szok jest tak silny, ze próbuje wyrwać mi linkę z rąk a ja na przekorę co najmniej trzymam ją jedną ręką. Miotany nurtem niczym spławik na żyłce i holowany przez nie znajomych jeszcze pomocników na brzegu walczę pod wodą i pamiętam aby nie poddać się bo roztrzaskam się o kamienie. Na plecach po kamieniach docieram do brzegu, bez Mongołów byłoby cienko. Jaka ulga czuć stały ląd pod nagami, nic wtedy nie jest ważne, ani to, że zgrzytasz zębami z zimna, ani to, że cały dobytek jest pod wodą. Najfajniejsze jest to, że oddychasz. Zgromadzeni kibice okazali duże serce. Rozpalili ognisko, poczęstowali wódką i zaofiarowali pomoc. Co prawda niektórzy cwaniacy zwietrzyli zarobek na naszym kłopocie ale Europejczycy maja swój rozum, zaraz zaprowadziłem porządek w szeregach i ustaliłem wszystkie szczegóły akcji ratunkowej wydobycia naszego samochodu. Najpierw przyjechał po dwóch godzinach ciągnik z młodym Mongołem, który bardzo chciał wykazać się zaangażowaniem. Rzeka była jednak za głęboka i silna, utopił się biedaczek bardzo blisko gelendy bo nie chciał sie słuchać naszych spostrzeżeń. Właściwie to trochę polepszyło naszą sytuację, ponieważ już nie tylko my mieliśmy kłopot. Jeden z posiadaczy motoru po negocjacjach pojechał po gruzawika dostając wpierw 10 dolarów na paliwo, którego rzeczywiście mało miał w baku. Suszymy sobie to co najbardziej potrzebne przy ognisku, rozkładamy na szybko paszporty oraz między innymi ten dziennik. Pod nieobecność tubylców suszę na słoneczku nasze dewizy i tugriki które miałem przy sobie. Reszta moczyła się w mercedesie. Później okazało się, że schowek okazał się skuteczny, oparł się sile i naporowi rzeki, mimo, ze wiele rzeczy i podręcznych drobiazgów wypłukało nam z kabiny. Po ośmiu godzinach od kąpieli, ratowaniu czego się da przyjechał gaz 66 ze stalową lina na pace średnicy kilku centymetrów. Jarek chciał nie chciał, już w samych slipach po linie dopływa do mercedesa, po kilku próbach dorzucamy mu naszą linę kinetyczna. Wiąże ją do ramy i wraca na ląd. Gaz przymierza się, mocuje i mocuje. Auto zadomowiło się między kamieniami a do tego musimy ciągnąć go pod prąd. Lina pęka i operację powtarzamy raz jeszcze, Jarek nie czuje nawet chłodu, jest już szarówka. Przy drugiej próbie samochód staje na kołach, przy czym z dziesięciu Mongołów siedziało na pace gaza i dociążało koła napędowe buksujące na rozmokłym nadbrzeżu. Jarek znów zanurza się w lodowatym Jeniseju, tym razem mocuje linę do haka. Tylna oś mercedesa blokowana jest przez kamienie, samochód stoi z mocno zadartym przodem ku górze. Lina znów pęka, Jarek znów nurkuje, tym razem mocuje ta stalową linę Mongołów. Martwię się o nasz samochodzik, gdyby nie ogromny szum wody zapewne słyszelibyśmy trzask naciągania metalowych elementów. Jarek siedzi w kabinie gelendy, ja fotografuję całą akcję. Po kolejnej próbie gaz wyciąga mercedesa, im bliżej brzegu tym więcej wylewa się wody z każdego zakamarka. Jarek najpierw siedzi po pachy w wodzie, później po kolana aż wreszcie wraz z samochodem wypływa na brzeg. Nawet najładniejsze cacuszko na giełdzie samochodowej nie ma tylu gapiów i ciekawskich jakich miał nasz mercedes. Wianuszek kilkunastu miejscowych okrążył go wokoło, wszystkiego byli ciekawi, wszystko chcieli dotknąć. Prawdę mówiąc ja z Jarkiem byłem jeszcze bardziej zainteresowany stanem naszego domu i środka powrotu do domu. Lewy bok na całej długości trochę pokiereszowany, zbity kierunkowskaz i tylna boczna szyba. Dobrze, ze Jarek zrobił ją ze sklejki, także jej uszkodzenie nie miało znaczenia. Przeleżał się nasz biedaczek długi czas w tym rwącym i zimnym Jeniseju. Część drobiazgów i nasze boczne reklamy z pleksi popłynęły przez Syberię do morza arktycznego. Najbliższe dwa i pół dnia żyjemy u Baty, przyjaznego Mongoła obsługującego pobliski szlaban na moście. U tego, którego mieliśmy wcześniej znaleźć aby przejechać rzekę. Dni spływają na mozolnej i ciężkiej pracy przy remoncie auta i generalnym przemeblowaniu go. Rozebranego do goła suszymy i czyścimy, łącznie z przedmuchaniem silnika z którego ciągle wypływa woda. Spuszczamy oleje ze skrzynki biegów, reduktora, mostu i silnika. Gotujemy je przez pół dnia i odparowujemy nadmiar wody. Potem mozolnie strzykawką wlewamy do poszczególnych zespołów. Przy tej okazji pozbywamy się całego kurzu z każdego zakamarka, opróżniamy reflektory z kilku litrów wody. Suszymy ubranie, słońce i porywisty wiatr sprzyjają nam. Pozostało jeszcze przecedzenie dwustu litrów paliwa zmieszanego z wodą. Rozłożeni jesteśmy z całym swoim dobytkiem w sąsiedztwie małego drewnianego domku wielkości 3 m na 3m. Pierwsza noc gdy wszystko mieliśmy mokre, nawet majtki, śpimy z Jarkiem pod kocem od Baty na kawałku szmaty, szczęśliwie na drewnianej podłodze we wspomnianym domku własnej roboty, jako, że nasz gospodarz jest zdolnym znanym miejscowym i przydatnym stolarzem. Wykonuje stelaże do jurt, małe roboty ciesielski przydatne okolicznej ludności i różne drobiazgi z drewna. Na przykład miski i talerze codziennego użytku. Tulimy się z zimna do siebie plecami. W środku księżycowej nocy widać szpary między balami w ścianach chałupki a do świszczącego między nimi wiatru do rana szło się przyzwyczaić. Metr nad moją głową w ciemności zobaczyłem i poczułem kozią gicz. Dobrze, że była już wcześniej lekko podsuszona i owiana wiatrem i nie kapała tłuszczem. Następnego dnia okazała się ta sztuka mięsa smacznym kąskiem. Ranek, wraz ze wschodem słońca rozpoczynał się napaleniem w piecyku bo temperatura w domku nie przekraczała kilku stopni. Piecyk szybko rozpalał się do czerwoności, Bata gotował wodę z Jeniseju a słońce dopełniało radości nowego dnia. Przez cały czas pobytu nad rzeką, od rana do wieczora odwiedzali nas miejscowi, przyjeżdżały całe wycieczki. Z zaciekawieniem oglądali każdy nasz ruch, gest i zachowanie. Dotykali każdy suszący się przedmiot. Jak dokopaliśmy się do głęboko leżących od czasu przejazdu przez Rosję męskich czasopism, Mongołowie wykazali ogromne zainteresowanie. Przyjechało nawet kilka kobiet dowiedziawszy się o takiej ciekawostce. W tym wszystkim zamieszaniu i odwiedzinach moja baczność chyba była zbędna, Mongołowie nic sobie nie przywłaszczyli mimo, ze posiadaliśmy przecież wiele rzeczy bardzo im przydatnych. To zupełnie inni ludzie niż wcześniej spotykani Rosyjscy i Ukraińscy milicjanci. Bata wiele nam pomógł, to uczynny i posłuszny kompan. Na pożegnanie zostawiliśmy mu dużo jedzenia i patelnię z Hitu. Bardzo mu sie spodobała a my uznaliśmy, że bardzo mu się przyda. Posiadał w swoim kuchennym zestawie tylko kociołek służący do wszystkich czynności a złowione ryby do tej pory gotował. My pokazaliśmy mu sposób na smaczne smażone rybki właśnie na patelni. Drugiego dnia naszej gościny do Baty przyjechał jego kuzyn przywożąc mu chleb własnego wypieku. Cóż to smakołyk był, do tego masło i sery z koziego mleka. Do dzisiaj pamiętam ten smak, lepsze niż miód w gębie. Mocno urobieni po pachy, umordowani ostatnimi wrażeniami mimo wszystko byliśmy szczęśliwi. Okazuje się, że można żyć bez prądu, z dala od zgiełku i hałasu miast. Rytm dnia wytycza nam słońce a pod bokiem mamy wyśmienitą źródlaną wodę z naszej znajomej rzeki. Szkoda było odjeżdżać. Troskliwy Baty niczym znachor zaopiekował się moją biedną głową gdy juz któryś raz w Mongolii zawadzam jej czubkiem o niską futrynę. Napluł na kawałek papieru i przyłożył do mojej zakrwawionej rany. Po dwóch dniach skruszony papier odpadł a po kilku prawie nie było śladu skaleczenia. Za nasze podarki Bata odwdzięczył się własnoręcznie wydłubanymi w drzewie miskami do jedzenia, to jeden z najbardziej naszych oryginalnych suwenirów mongolskich. Zamieniłem się z nim nożami, w zamian za amerykański nóż komandosa wziąłem sobie ruską finkę z własnoręcznie dorobioną rękojeścią i skórzaną kaburą po ruskiej lornetce. Zapewne jeszcze przez wiele lat będziemy miło wspominać pobyt w tej samotni u serdecznego Mongoła. Obiecujemy Bacie, że wracając z tajgi postaramy się taka jechać drogą aby nie ominąć jego domostwa. 31 lipca około południa żegnamy się i kierujemy się dalej na północ, w stronę granicy z Syberią. Jedziemy do siostry Baty, Ojunceceg. Ją i cała jej rodzinę poznaliśmy dwa dni wcześniej przy okazji naszej kąpieli. Byli oni kolejnymi kibicami. W rozmowie wyszło, ze dobrze znają Bolka Uryna. To właśnie do nich przez kilka ostatnich lat przyjeżdża nasz dobry znajomy i przyjaciel mongolista. Przed wyjazdem z polski dużo i długo rozmawiałem z Bolkiem o Mongolii. Jest on zapalonym sympatykiem tego kraju, wspominał również o rodzinie Ojunceceg i Erdene u których się zatrzymuje na czas pobytu w północnych rejonach Mongolii. A tu taki traf, na końcu świata spotykamy ludzi z którymi od razu nawiązuję się nić znajomości i przyjaźni, ludzi z którymi mamy wspólnych znajomych. Dwie godziny jazdy i na sporym długim podjeździe mamy kłopot. Pończochy wiezione z Polski nabierają ogromnej wartości, tu daleko od czegokolwiek są niezastąpione. Naprawiamy nimi sprzęgło wentylatora chłodnicy, które nie przetrzymało długiego moczenia w zimnej wodzie Jeniseju. Teren mocno pofałdowany, podmokły, trawa mocno zielona, sporo modrzewi. Żeby móc tak wysoko z góry na nas spojrzeć jak sami w promieniu kilkudziesięciu km podróżujemy. Na wschód wysokie, miejscami ośnieżone Sajany a za nimi jezioro Chubsuguł. Na północy Rosja a na wschodzie mongolska tajga. Rodzina Erdene jest gościnna, korzystamy z samodzielnej sporej jurty. Czujemy się jak w apartamencie dobrego hotelu. Mamy piecyk i łóżka pod ręką, nasze śpiwory i materace są już prawie suche. Możemy siedzieć, leżeć, na głowę nie pada i jest ciepło. Rozpalamy do czerwoności kozę, Jarek przymyka okno w sklepieniu bo zaczyna padać. W obejściu mieszka jeszcze kilkoro członków szerszej rodziny. Wszyscy chętnie nas odwiedzają a dzieciaki podpatrują co porabiamy. Ojunceceg jest nauczycielką rosyjskiego w miejscowej szkole, dzięki temu porozumiewamy się i dowiadujemy się różnych ciekawostek i mongolskich historyjek. Niedziela pierwszego sierpnia jest gospodarcza trochę z przymusu bo pada spory deszcz i nie da się łowić ryb. Robimy trochę przy mercedesie. Wokoło klimat iście wiejski, zamiast świń są jaki i kozy. Jest również duży stary byk, którego domownicy zaprzęgają do zwózki suchego siana. Gospodarze budują domek z bali dla turystów, którzy tu w ilości kilku osób rocznie zaglądają. Okres letni dla Erdene bywa tłusty finansowo, zdarzają mu się różne transporty i miejscowych i pojedynczych turystów do stolicy lub Moron. Dowiaduję się, że przejażdżka tam i z powrotem do UBator wyceniona jest na 500 usd, koń na dzień 5000 tugrików. I aby odwiedzić Catanów trzeba poświęcić około pięciu dni przy sprzyjającej pogodzie. Najlepsze bicia tajmieni są w czerwcu gdy są one po zimie wygłodniałe i dla zaoszczędzenia trochę kosztów można pokusić się o przelot z Moskwy bezpośrednio do Moron. Noc i ranek chłodny, ale z my jeszcze w śpiworach dosypiamy a mała Pućma, córka gospodarzy przyniosła drewno i rozpaliła piecyk. Leje do późnego popołudnia, jest kilka przelotnych silnych burz z czarno granatowym niebem, nici z łowienia ryb. Jest za to biała ryba z sieci z pobliskiego jeziora. Gospodarze dali nam ryby, więc my zapraszamy ich na kolację do naszej jadalni. Smażymy polskim sposobem na dużej ilości oleju z vegetą i patrzymy jak goście się zajadają. Dobra, świeża rybka wybornie smakuje. Przed kolacja przyjechał żołnierz na motorze chcąc obejrzeć nasze rozjeszenie, takie pozwolenie na pobyt w strefie nadgranicznej. My oczywiście czegoś takiego nie mamy, Bolek nam nie wspomniał, my nie domyśleliśmy się i klops, idziemy siedzieć do ciupy. Sytuacja staje się coraz bardziej nerwowa, Jarek gotowy jest zlać gościa z karabinem, nie chcemy mu dać naszych paszportów a on chce uraczyć nas wysokim sztrafem. Gospodarze łagodzą sytuację, długo dyskutują z żołnierzem, kończy sie przeprosinami z jego strony za najście. Ale racje chyba miał, taka jego praca aby bronić granic. Nauczka dla nas jest taka, że w Moron należy wstąpić do służby granicznej i zgłosić chęć pobytu w Tsagaanuur, blisko granicy z Rosją. Rano jedziemy z Bau, szwagrem Erdene na ryby w miejsce gdzie nasz jenisej łączy się z kolejnym dopływem, Tanges. Po drodze wstępujemy do drewnianej budki pograniczników i na podstawie ksera wizy i strony tytułowej naszych paszportów dokonujemy rejestracji naszej obecności. 8 km za somonem, jak nazywają miejscowi Tsagaanuur dojeżdżamy do przeprawy promowej. Niestety prom jest na drugim brzegu a rzeka tu ma 10 metrów głębokości i nie da rady przejechać nawet naszym autem. Jarek z Bau jadą szukać obsługanta promu a ja zostaję sam. Nie ma ich z godzinę ale wierzę, że wrócą. Rzucam sobie nożem w drewniana opuszczoną chałupkę i podpatruję okoliczne ptactwo. Chłopaczek przyjechał za nimi na koniu. Zwinnie i sprawnie przeciągnął sie na linie nad wodą pomagając sobie oficerkami do kolan i długim delem prawie do kostek. Przy pomocy odpowiednio wystruganego kija przyciągnął po linie dwie duże banie żelazne połączone deskami i za pięć tysięcy tugrików przeciągnął nas z powrotem na drugi brzeg. Wjazd i zjazd podniósł trochę emocje, każda deska ruszała się z osobna, wszystko sie chwiało i bujało. Do łowiska zostało nam ok 25 km, mijamy lądowisko dla małych samolotów i wjeżdżamy w ciemny las. Gęsta modrzewiowa tajga, duża wilgoć, miejscami bagnisto. Kilka stromych zjazdów i podjazdów. Gdyby nie pasażer Mongoł, jadąc samemu pewnie byśmy zwątpili w możliwość dalszej jazdy. Po kilkunastu km trochę łatwiej, zjechaliśmy bliżej rzeki. Mijamy rodzinny dom Bau, czeski camp dla wędkarzy i amerykańską dużą chałupę dla wytrwałych. Pierwsze próby spiningowania nie dają rezultatów. Próbujemy różnych przynęt, różnych sposobów. Wykorzystujemy nawet sztuczne szczury z arsenału Bau, i nic. Jarek zostaje przy aucie ze sprzętem gotowym na tajmienie a ja z Mongołem idziemy około kilometra do łodzi i wypływamy na głęboką, spokojną część jeniseju. Przez godzinę rzucamy i szukamy ładnych okazów. Ale nawet jednego bicia. Porozumiałem się z Bau, że on odwiedzi rodzinę, ja wrócę do Jarka i wracając podjedziemy po niego. Porządkując wędki i żyłki, mając akurat lekki zestaw poczułem silne szarpnięcie, Jarek krzyczy: uważaj żeby cię nie wciągnął a ja widzę łeb wielkości wiadra, przez moment. Za chwilę cienka żyłka luźno zwisała nad wodą. Ogromny tajmień odgryzł dwudziesto centymetrowy wolframowy przypon wraz ze szczurem Bau. Sądząc po wielkości łba należy przypuszczać, że rybka była wielkości ponad metra. Wychodzi na to, ze należy w przyszłości zakładać 50 cm druciany przypon i zrezygnować z lekkich zestawów. Wracając podjeżdżamy zobaczyć te bazy, czeską i amerykańską. Czesi maja nawet łazienkę i instalację do ciepłej wody. Dom z bali na pewno jest bardzo przydatny w tych warunkach i okolicach. Na ścianach fotografie największych okazów i rankingi połowów. Zwycięzca chwalił sie 150 cm okazem. Amerykańska hacjenda trochę starsza i skromniejsza, za to jak mówi mongoł opiekujący się tym domem przylatują tu śmigłowcami z lotniska w Moron. Matka naszego dzisiejszego przewodnika mieszka z jego braćmi, jeden z nich ma podbite oko. Dowiadujemy się, że wdał sie w bijatykę na weselu. Ugaszczają nas serdecznie, posilamy sie chlebem własnego wypieku i masłem własnej produkcji. Obserwuję jak gospodyni podgrzewa, przelewa i zajmuje sie mlekiem. To cały proceder, część idzie do bezpośredniego spożycia, część na masło, reszta do zrobienia serów. W połowie drogi do promu, na spokojnej płytkiej wodzie wyciągamy na osłodę cztery półmetrowe lenoki. Z promem poszło nam szybciej i łatwiej, nawet 10 m głębokości pod dziurawymi deskami nie robiło wrażenia. Na brzegu spotykamy dwie stare, wielkie i brzydkie francuzice. Wynajęły sobie konie i Mongołów i zamierzają odwiedzić Catanów. Mijamy się pozdrawiając, my na południe one na północ. Jest 22.30, siedzę na sporym kamieniu na wierzchołku jednej z tysięcy gór mongolskich, patrzę w dal. Po prawej na wschodzie, miejscami ośnieżone długie pasmo Sajanów, na północy gdzieś za dwieście km Bajkał w Rosji, po lewej nie do końca spenetrowana mongolska tajga. Kilkaset metrów w dole duże jezioro i miasteczko Tsaaganuur. Jutro rozpoczynamy drogę powrotną do kraju, trzeba wracać do naszych domów. Przed nami ponad osiem tysięcy km ale jeszcze spory kawał bezdroży mongolskich do wschodniej granicy z Rosją. Planujemy dojechać do niej za trzy dni, w jej pobliżu przenocować i z rana wjechać na teren wschodnich braci. Z tego miejsca będziemy mieć dziesięć dni na przejazd przez Syberię, Ural i zachodnią Rosję. Trzeciego sierpnia 2004 około 11.30 wyjeżdżamy od rodziny Erdene. Serdecznie dziękując i płacąc za gościnę Ojunceceg i Bau żegnamy się ze wszystkimi. Po drodze wstępujemy do Baty, fotografujemy się i Bata z dumą przewozi nas przez swój most. Ja spoglądam na miejsce naszego utopienia, uśmiechamy się razem z Jarkiem. Nabieramy sobie życiodajnej wody z nie wybaczającego błędów Jeniseju i dalej w drogę. Kilka godzin jedziemy znaną nam już wcześniej drogą z podróży z przed kilku dni. Na przyzwoitym kawałku dobrze wyjeżdżonej szutrowej drogi w lesie przejazd tarasują dwie spore ciężarówki. W okolicy jest sporo mężczyzn, chyba leśników, żołnierzy lub złodziej drzewa. Zaskoczeni naszym nadjechaniem lub przekonani łatwego łupu natarczywie żądają naszych paszportów. Z przejazdem jest ciasno a sytuacja z każdą minutą staje się coraz bardziej nerwowa. Podłączam reduktor bo stoimy mocno pod górę, gwałtownie ruszam i wyrywam drzwi mercedesa z rąk jednego z Mongołów. Prześlizguję się, delikatnie obcierając lusterkami między ciężarówkami a Jarek przez otwarte okno próbuje ździelić w wystający mongolski łeb w omijanej szoferce. W lewym lusterku widzę jak jeden z Mongołów nerwowo odgarnia łachy i odpina kaburę. Nie wiem czy miał tam pistolet ale sierota zaplątał się a my za moment byliśmy już schowani za lewy winkiel. W drodze na Moron odbijamy w prawo, bardziej na południe. Robimy skrót, przejeżdżamy drugi raz w ostatnich dniach wioskę Sambre i dalej na SW. Drogi coraz to bardziej mizerne, ślady często zanikają. Docieramy do karkołomnej wąskiej na kilkanaście miejscami na kilka metrów i głębokiej na dziesięć pięter doliny. Robi się już szarówka a kanion ciągnie się i ciągnie. Jedziemy przełomem jakiegoś potężnego potoku, po kamieniach i dużych nierównościach. Gdyby nie to, ze jesteśmy już ponad miesiąc w Mongolii to zapewne trafiając tu na początku mocno byśmy się wystraszyli i zwątpili w możliwość dalszej podróży. Po godzinie turlania się wyjeżdżamy na ogromne wyschłe rozlewisko porośnięte świeżą bujną i zieloną roślinnością a po lewej szumi rzeka Selenga. Jesteśmy w zupełnie odludnym miejscu, o południa ani śladu człowieka. Ogromna zielona polana średnicy kilku km otoczona z trzech stron wysokimi górami. Niebotycznie pięknie, widoki jak z bajki. Zbocza gór do trzy czwarte ich wysokości porośnięte mchami, głęboko soczysta zieleń roślinności. Mimo, że to już po dwudziestej to jest zdecydowanie widniej niż w tym wąwozie, po lewej daleko za górami czerwone słońce powoli chowa się za horyzontem a u nas w ojczyźnie jest wysoko na niebie. Kierunek nas interesujący prowadzi przez rzekę, za dziesięć km stąd jest droga prowadząca północnymi krańcami Mongolii ze wschodu na zachód. Znajdujemy bród, ale... Wpierw Jarek przechodzi rzekę tam i z powrotem i jeszcze raz. Głębokość ok. 80 cm i silny nurt. Pewnie jeszcze kilkanaście dni temu nawet byśmy się nie zastanowili przed przejazdem ale dzisiaj jesteśmy ostrożniejsi. Długo się zastanawiamy, planujemy i dyskutujemy. Pusto w około, żadnej asekuracji, żadnego drzewa, niczego co mogło by nas ubezpieczać. Spokojniej będzie jak nadrobimy pół dnia i pojedziemy przez Moron i most na rzece, mówię do Jarka, on na to, że zrobimy tam zakupy i wymienimy trochę dolarów na pozostałe trzy dni drogi do granicy rosyjskiej. Z pokorą przyjmujemy zwycięstwo sił natury i póki widno kierujemy się na wschód w stronę miasta. Spanko uwiliśmy sobie na wysokiej górze wśród płaskich potężnych głazów leżących jeden na drugim niczym chłopki albo bałwany. Czwartego sierpnia przed południem jesteśmy na lotnisku w Moron. Dziesięć minut temu wystartował samolot do Hatgal nad jeziorem Chubsugul, następny wylatuje za dwa dni. Szkoda mogliśmy zrobić sobie wycieczkę, wieczorem byśmy wylądowali z powrotem. Bilet do stolicy kosztuje 80 usd, loty są co dwa dni i większość samolotów dolatuje do celu. Można też przelecieć się do Olgy na zachodzie, właśnie tam gdzie zamierzamy dojechać za dwa trzy dni. W mieście tankujemy 100 litrów oleju, na tej samej poczcie co wcześniej wymieniam nasze kolejne 100 dolarów, dokupujemy trochę chleba na najbliższe dni. Z Moron na południe przez most i w prawo. Od 11 do 17 pada, kałuże coraz to większe, droga śliska. Mazia gliniasta nie pozwala efektywnie hamować. Przez pierwsze godziny jazda na jedynce, czasami na dwójce. Chmury nisko wiszą, szczyty gór zatopione w obłokach. Przy dużym przeciwnym wietrze odnosimy wrażenie jakbyśmy dotykali głowami tych chmur niczym niski sufit. Ta swoboda podróżowania, pięć kolein w jednym kierunku wyprowadzają nas w manowce, mylą nas i przed Tsagaan Ul za bardzo odbijamy na południe. Nadrabiamy sobie z 50 km, w miasteczku Sagoo pytamy o drogę trzy miejscowe land cruisery. Ich właściciele to chyba przedstawiciele miejscowych gangsterów, ubrani po europejsku w chińskie ciuchy wyróżniali się z pośród innych gości miejscowego baru. Ale może błędnie ich oceniłem i odebrałem bo wcale nie pojechali za nami i nie ograbili. Z Tsecerleg na SW, za mostem na zachód, ciągle pada. Mimo opadów droga coraz to lepsza, inna ziemia, bardziej wsiąkliwa. Zbliżamy się do rzeki Tes, jej rozlewiska zajmują dużo terenu, góry coraz wyższe, więcej zieleni. Zaludnienie spore, od razu więcej bydła i jurt. Malownicze okolice, pojawiają się modrzewie, żyzna gleba. Droga równiutka, pozwala momentami używać czwartego biegu. Kurs na zachód w kierunku Bayantes. Tankujemy tam do oporu, wchodzi 59 litrów, średnia 18 l/100 km. Okolice coraz ładniejsze, dolina za doliną, falujemy tak jeszcze kilka godzin i na nocleg lądujemy na jednym ze szczytów. Pod sobą mamy całą okolicę, dolinę tętniącą życiem, sporo jurt i bydła. Rosa niesie echo i słyszymy jak pasterze gonią swoje stada. Na północ bezkresny widok na rosyjską Tuwę, robię sobie mały plener fotograficzny. Podziwiamy niesamowity krajobraz i ukształtowanie terenu. Jarek wspomina swoje loty motolotnią, oj przydała by się tutaj. Powietrze aż zapiera dech, krystalicznie czyste inhaluje nasze płuca. Cera zdrowiutka, owiana wiatrem i codziennie smagana słońcem, żyć nie umierać. Ale zbliżamy się do cywilizacji z każdym dniem, wrócimy do szarości i spalin, chemii i trucizn. Na razie smacznie śpimy i wypoczywamy przed pokonaniem kilku tysięcy km. Startujemy z samego rana po małym śniadanku, droga do Tes przyzwoita, nawet są słupy i linia elektryczna. Samo miasto to już nie mała ruinka, jakieś po rosyjskie koszary i pozostałości wojskowe. Za miastem nabieramy trochę wody gospodarczej ze zmąconego potoku i na NW w kierunku Zuungovi. Początkowo droga cudowna, trawy różnej wysokości z tysiącami zielonych krzaków saksauł. Góry jak monumenty wystaja pojedynczo z ziemi. Dalej zaczyna się równina, coraz bardziej pustynny krajobraz, dużo dziur i kałuż. Po prawej, na północy, majaczą daleko na horyzoncie piaszczyste wydmy Borog Els. W zagmatwanym i poplątanym miasteczku Barunturum pomagają nam dwaj Mongołowie i uprzejmie wyprowadzają nas swoim uazem na obrzeża w interesującym nas kierunku. Przeprawiamy się brodem przez rzekę Tes ale most jest już na ukończeniu, spojrzeliśmy się na siebie z Jarkiem i wiemy o co chodzi. Jak tu wrócimy to przejedziemy rzekę mostem. Z każdym kilometrem pustkowie coraz większe, stepopustynia żwirowa bez końca. Pół dnia jedziemy zupełnie sami, w ponurym i słabo zaludnionym miasteczku Zuungovi dolewamy sobie z zapasowego zbiornika odpowiednią porcję ropy. Życie w tym miasteczku koncentruje się w centralnym jego punkcie przy studni, wiatr zawiewa cały bałagan. Ciężkie maja tu warunki mieszkańcy, wypalona ziemia, ciągłe wiatry i żar z nieba. Gliniane chałupki przeplatają się z jurtami. Kolejne 150 km dzisiejszej naszej marszruty wiodącej na zachód do ajmakowego miasta Ulaangoom pokonujemy zupełna ubitą, owianą żwirową pustynią. Jedziemy środkiem trzymając zachodni kurs mając do dyspozycji autostradę szerokości co najmniej stu km ograniczoną od północy wysokimi wydmami a od południa łańcuchem górskim. Sprawnie pokonujemy kolejne km, nawierzchnia w większości równa nie wyjeżdżona ani nie wybita. Ta sielanka i prażące słońce może trochę uśpić czujność najlepszego nawet drivera. W ułamku sekundy krzyczę do Jarka:
Jarek mocna skręca, wytraca prędkość i ratujemy się przed urwaniem lewego przedniego koła. Ominęliśmy dziurę wielkości połowy naszej gelendy. Jechaliśmy właśnie kawałek meandrując między pustynnymi krzakami, które pojawiły się w okolicach przejeżdżanego ogromnego słonego jeziora Uvs. Od krzaka do krzaka, taki slalomik a tu nagle w prawym mocnym łuku po lewej ukazała się wyrwa dwa metry głębokości. Całe szczęście, że udało się to ominąć. Mieliśmy ok. 50 km/h i nagłe zatrzymanie lewym przodem źle by się skończyło dla zawieszenia i blach. Droga się ciągnie i ciągnie aż wreszcie dojeżdżamy do Ulaangoom. Kupuję chleb i masło, tankujemy za ostatnie tugriki. Miasto jak miasto, miejscowy ruch ruskich automobili miesza się z podążającymi konno i chmarami dzieciaków. Jest nawet zasięg gsm ale tak jak wcześniej na terenie całej Mongolii tak i tu nie mogę nawiązać połączenia z Polską. Wyjeżdżamy z miasta asfaltową drogą wiodącą do przejścia granicznego z Rosją w republice Tuwy. Po 40 km, za mostkiem, pod słupami wysokiego napięcia skręcamy w lewo w widoczną od kilkunastu minut drogę wiodącą na wysoką przełęcz niczym siodło. Poruszamy się sprawnie pod górę na południe wprost pod słońce. Jak zwykle samotni w promieniu kilkunastu km. Nagle spory hurgot, z każdym przejeżdżanym metrem coraz głośniejszy. Zatrzymujemy się mocno pod górę, olej w skrzynce biegów po potopie miał więcej wody w sobie niż masła i zagotował się. Woda wyparowała i niewiele środka smarnego zostało w naszej biednej zmęczonej skrzynce. Dolewamy wszystek olej który posiadamy w zapasie i decydujemy o powrocie do Ulaangoom aby kupić świeży olej. Na pierwszej spotkanej stacji jest prawdziwy chiński mobil!!!. Od razu wymieniamy na miejscu olej i dokupujemy spory zapas. Przy tej okazji penetruję z bliska, dotykam i delektuję się prawdziwym rosyjskim ziłem. Te samochody pachną Związkiem Radzieckim, ta sztuka miała różne folklorystyczne dodatki typu maskotki i breloczki w różnych kolorach. Przy wyjeździe z miasta mijamy ten sam szlaban, ale 200 tugrików, które zostawiłem trzy godziny temu starczają. Jeszcze daleko przed przełęczą najeżdżamy na potężną burzę. Od strony Tuwy widać było nadciągające czarne chmury. Zrobiło się niemal ciemno, bardzo wiało i lało grubymi kroplami. Kilkanaście km dalej słoneczko w pełni a ludzie zbierający siano nawet o tym nie wiedzieli. Dolina i podjazd niesamowite, żwirowa ubita droga ciągnie się kilkanaście km. Odgłosy ze skrzynki biegów są niepokojące, słychać je bardziej niż pracujący silnik. Jedynka i dwójka bardzo rzęzą, trójka trochę mniej. Ze szczytu przełęczy kierujemy się w prawo na zachód w kolejną dolinę, na kolejną przełęcz i tak do późnego popołudnia. Rozmawiam z Jarkiem, ze znamy już coraz bardziej realia podróżowania po Mongolii, należy mieć w pierwszej kolejności dużo cierpliwości. I ta właśnie jeszcze dziś była wystawiona na próbę. Wpierw na przykładzie jeziora położonego wysoko w górach, widzimy je już od godziny, jedziemy w jego stronę ale co jakiś czas musimy omijać lub wspinać się na kolejne pagórki. I tak minęło parę godzin nim dojechaliśmy do granatowego idealnie płaskiego lustra wody. Następnie nasza cierpliwość znosiła kilku godzinne wdrapywanie się na kolejną przełęcz. Na górze zgodnie doszliśmy do wniosku, ze był to najmniej wdzięczny podjazd spotkany na trasie naszej wędrówki. Ciągnął się kilkanaście km i gdy już kolejny raz miał się kończyć okazywało się, że to jeszcze nie ostateczne siodło. Mozolnie na dwójce i włączonym reduktorze, po kamieniach obłych i ostrych, małych i wielkich zbliżamy się do celu wspinaczki. Mordęga niesamowita dla opon, zawieszenia i przełożeń. Na górze (2600 m npm) pada deszcz z gradem i mocno wieje aż głowę urywa. Jak by było mało, zjazd po bagnistym terenie z dużymi dziurami w koleinach. Na dole w dolinie okazuje się, że jesteśmy w wiosce Hotgal, a to nam nie po drodze. Zadupie ogromne, rudery ulepione z gliny ledwo się trzymają. Całe szczęście, ze otaczające góry osłaniają je od wichur. Wygląda na to, że wioska przed laty żyła z odkrywkowego wydobycia węgla, wszędzie dużo hałd a okolica jest czarna od wrośniętego pyłu. Spotkana Mongołka miła i zadowolona z życia, zaprowadza nas do swojego kuzyna mówiącego po rosyjsku. Ten, wytrawny kierowca, chętnie i szczegółowo objaśnia nam nasze położenie, wtórują mu wszyscy okoliczni sąsiedzi. Zbiegowisko na pół wsi, pewnie przez następne lata nie będą mieć takich gości. Odwozimy Mongołkę z dwoma różnymi klapkami na nogach to jej jurty a sami wyjeżdżamy na pd-zach. Pierwszy raz od wyjazdu z domu jedziemy nocą, w światłach reflektorów nawet dobrze się podróżuje. Dziury i kamienie tworzą cienie i zawczasu można zareagować, ale na dziś starcy. Jedziemy już ponad trzynaście godzin, jeszcze żeby asfaltem. Ciągła koncentracja i skupienie na drodze. Nawet nie chce nam się jeść ze zmęczenia. Rano obserwujemy okolicę, nocowaliśmy u podnóża pionowej skały w dolinie wyschniętej rzeki porośniętej różnymi krzakami na kamienistym podłożu. Cofamy na wyczucie zegarki o jedną godzinę i śmiejemy się jakie to ma znaczenie, Rozumiemy Mongołów posługujących się położeniem słońca a nie zegarkiem. Poranna mongolska toaleta czyli obtoknięcie się z kurzu, stepowe śniadanko i w drogę. Zamierzamy dzisiaj dotrzeć w okolice granicy z Rosją. Jedziemy wzdłuż dużego górskiego jeziora. Krajobraz jak na obcej planecie, gołe nieruchome jezioro wśród gołych gór. Na S i W majaczą w bardzo dalekiej oddali zaśnieżone góry Ałtaju. Tak jak wczoraj nam opisał ten ruski Mongoł, jezioro kończy się po dwóch godzinach drogi. Następnie sześć km i rozwidlenie dróg. Na S do Olgy, na W w kierunku Tashanty. Chwilę się zastanawiamy czy nie wpaść raz jeszcze na bazar w Olgy. Jednak ciekawość zobaczenia inny okolic zwycięża i jedziemy na zachód. Okolice i straszne i dziwne i piękne. Pojedyncze wielkie skały stoją niczym wieżowce na żwirowej pustyni. Ani jednego skrawka zieleni, ani śladu życia tylko żar trzydziesto stopniowy. Kompletne bezludzie aż strach, tym bardziej, że opis trasy wczoraj otrzymany do tej pory sprawdzający się dokładnie, teraz wziął w łeb. Po 50 km mieliśmy przejeżdżać przez wioskę a tu w promieniu 100 km nie ma nic. Do tych naszych niepokoi przyłącza się prawa tylna sprężyna dzielnej gelendy. Pęka i żąda wymiany. Stoimy na zupełnym kamienistym pustkowiu, ani grama wody i zieleni. Do słonego jeziora z 50 km, do potężnych pionowych gór ze 20. Sprężyna jest grubsza od mojej nogi i łatwo się nie poddaje. Rozkładamy narzędzia i walczymy z nią. Idą w ruch lewarki i siłowniki olejowe, znoszę różnej wielkości kamienie przydatne przy lewarowaniu. Pomagam Jarkowi i myślę, że szczęście nas nie opuści. Uporaliśmy się z wymianą pękniętej i założeniem nowej sprężyny i za niedługą chwilę wypatrujemy wąską dolinę, która z daleka wydawała się cienka jak nić i nie wróżyła możliwości przejazdu. Okazała się jedynym przesmykiem na drugą stronę tego pionowego łańcucha gór. Jak to dobrze, że tu przyjechaliśmy do tej Mongolii. Po takich przeżyciach i przygodach stajesz się innym facetem. Odpornym i wytrwałym, uświadamiasz sobie, że człowiek może dużo znieść i przeżyć. Doświadczamy kolejnych oczarowań, dolina jest czarująca. Droga stanowi półkę skalną, nisko w dole resztki górskiego potoku, który wiosną pewnie z ogromnym hukiem przetacza się zasilając dwa cudowne i dziewicze jeziora. Ale to dopiero za kilkadziesiąt km, bo dolina okazuje się trudną i długą przeprawą. Niewyobrażalne dla przeciętnego Europejczyka widoki, prawie pionowe ściany wysokich gór potęgują wrażenia. W szerszych miejscach, na wyschniętych i zazielenionych połaciach koczują miejscowi pasterze, wracamy do życia. Dojechaliśmy do TsagaaNuur, miasteczko mizerne stwarza wrażenie. Gliniane kwadratowe domki w większości opuszczone, dzikie bezpańskie psy i dwa sklepiki. Sprzedawcami są dzieci a na półkach papierosy, wódka i cukierki. Chiński towar. Dowiadujemy się, że miasteczko zamieszkiwane jest w większości przez Kazachów, powoli przenoszą się do siebie opuszczając te przygraniczne tereny szukając szczęścia u siebie. To chyba najbardziej smutne przez nas napotkane miasteczko. Dobrą drogą kierujemy się do granicy, podjeżdżamy do szlabanu. Tego samego co przy wjeździe, facecik chce 8000 tugrików twierdząc, ze to opłata na ochronę środowiska i przyrody. Pokazuje mu papier który wydał nam grubo ponad miesiąc temu. Ucieszył się na jego widok, ostemplował go jeszcze w kilku miejscach tam gdzie popadło. Pośmialiśmy się trochę, on swoje, ja swoje i stanęło na paczce papierosów przed chwilą kupionych w sklepie u dzieci. Uradowany życzył nam sczastliwo puti (szczęśliwej drogi) i odwiązał drut zwalniając przejazd. Porządkujemy nasze kartony i pakunki, od jutra będziemy podróżować asfaltami i pokonywać duże odcinki drogi. Odwiedza nas ciekawski Mongoł polujący na tabargany. Trochę pogawędziliśmy, objaśnił nam sztukę przechytrzania mongolskich susłów. Spytałem naszego gościa o aktualną godzinę a on z dokładnością 15 minut bez użycia i posiadania zegarka powiedział, że jest 19. Wiedziałem, że nie muszę sprawdzać, było za 5 minut 19. Robię krótkie podsumowanie naszej drogi. Po Mongolii przejechaliśmy 6500 km, zużyliśmy blisko półtorej tony paliwa. Zdobyliśmy wielką wiedzę i doświadczenie w poruszaniu się po tym uroczym kraju. Zobaczyliśmy cudowne krajobrazy, poznaliśmy miejscowe zwyczaje i życie ludzi. To znaczy trochę liznęliśmy tego wszystkiego na ile pozwoliło 40 dni pobytu w ogromnej wielkości kraju. Dojazd prze pół Azji i pobyt wymagał wielu wyrzeczeń, siły i pracy. Przywykliśmy do cierpliwości, nabyliśmy jeszcze większego hartu ducha i odwagi. To co zobaczyliśmy, doznaliśmy i zobaczyliśmy nikt nam nie odbierze, to wielka przygoda. Z rana siódmego sierpnia podjeżdżamy na granicę, na liczniku mamy ponad 16000 km, do domu pozostało około 8000. Przed drucianym szlabanem stoją dwa kamazy, kierowcy, którzy nie raz już tu jechali mówią, że prace na granicy zaczynają około 9. Widzimy jak z budynku dla służby granicznej powoli wychodzi co jakiś czas kolejna osoba. Bez Roberta sprawnie i bez kłopotu odprawiamy się, pogranicznicy odnotowują sobie w dużych zeszytach nasze dane sprawdzając również datę wjazdu. Doswidania, daswidania. Mijamy budujący się nowy okazały terminal i po kilku kilometrach za lewym wzgórzem dojeżdżamy do połamanego szlabanu i napisu Rosyja. Z budki podobnej do wychodka podszedł sowiecki sołdat, dał nam kawałek kartki i wskazał na asfalt za szlabanem. Po dwudziestu km zupełnego bezludzia stanowiącego pas graniczny, widząc tylko setki susłów przybywamy na rosyjski posterunek. Musimy przejść odkażanie od zarazy, my i nasze auto. Później jeszcze musieliśmy za to zapłacić 80 rubli. W sumie te wszystkie okienka przebrnęliśmy dość sprawnie i o 12 oddając ten kawałek kartki wcześniej otrzymany otwiera się przed nami ostatni szlaban. Wcześniej strażnicy dokładnie oglądali nasze auto, zaglądali w różne zakamarki ale co mieli znaleźć nie znaleźli. Niestety nie udało się nam ominąć opłaty 1200 rubli za strachowy polis i wremiennyj wwoz. Ubezpieczenie na teren mocarstwa było konieczne a drugi dokument stanowi zabezpieczenie przed sprzedażą samochodu w Rosji. Od Tashanty jest 500 km czujskiego traktu, piękniejszej drogi niż urokliwe drogi alpejskie. Podróżuje się przyzwoitej jakości asfaltem dolinami i przełęczami wśród ośnieżonych wysokich na blisko 4000 m szczytów gór Ałtaj. Miejscami droga prowadzi blisko dużej górskiej rzeki na której co i rusz widać śmiałków na pontonach i tratwach walczących z bystrym nurtem. Mijamy wpierw małe drewniane wioski, później coraz większe miasteczka, aż dojeżdżamy do autostrady która jest obwodnicą Barnaul. Po drodze mijaliśmy miejsca naszych dwóch noclegów sprzed grubo miesiąca. Aha, tak na przyszłość, w Tashancie i miasteczku przed nią są stacje z paliwem po 12 rubli. Z obwodnicy Barnaul kierujemy się na Nowosybirsk, hurgot ze skrzynki biegów nasila się, biegi coraz to oporniej wchodzą. Jarek zarządza wymianę olejów w czym się da i jakie dostaniemy. Na stacjach benzynowych jednak olejów nie sprzedają bo spełniają one jedynie funkcję napełniania zbiorników. Składają się z budki z małym okienkiem w której siedzi przeważnie kobieta, zamknięta na cztery spusty. Podchodzisz do takiego okienka, płacisz wybraną przez ciebie kwotę, pani włącza pompę a ty lejesz sobie. Po wykorzystaniu zapłaconej kwoty pompa się wyłącza. Zamykasz korek i w drogę. Olej przychodzi kupić nam w kontenerach przy drodze, takich miejscowych sklepikach motoryzacyjnych, ale nie ma takiego jak my potrzebujemy już w którymś z kolei. Przy jednym z awtoserwisów spotykamy grupkę miejscowych cwaniaczków po kilku wódkach w amerykańskich samochodach. Są mili i uprzejmi, za symboliczne dwadzieścia rubli na gorzałkę sprzedają nam z bagażnika swój posiadany litr dextronu. Dalej po drodze udaje się nam kupić potrzebny olej i o 23, przy latarce, na betonowym poboczu wymieniamy olej w skrzynce i reduktorze. Po czym czmychamy 200 metrów dalej w pole kukurydzy i śpimy do 6 rano. Od Granicy mongolskiej przejechaliśmy 750 km. Rano, bez śniadania ruszamy dalej w Syberię. Za niedługo, w miasteczku Iskitim zatrzymuje nas GAJ do kontroli. Ponieważ już od dawna mamy gdzieś tych ruskich milicjantów, więc Jarek nawet nie ujął gazu na ich żądanie. Bardzo się to im nie spodobało i za miastem czekali już na nas z kałasznikami. Długo trzeba nam było się tłumaczyć, chciałem nawet dla rozładowania zrobić wspólne zdjęcie z obietnicą przysłania im. Nic to nie dało, aresztowanie było już niedalekie aż w końcu Jarek swoją nieustępliwością przekonał tych ruskich służbistów. Stanęło na życzeniu sobie wzajemnie wsego dobrego. Nowosybirsk to miejscowy ośrodek przemysłu, ruchliwe gwarne rosyjskie miasto ze zniszczonymi ulicami. Nie widać żadnych nowych inwestycji, Ob jest intensywnie wykorzystywany, widać wiele portów i pracujących barek. Za miastem tablica: Omsk 750 km, Czelabińsk 1500 km. Prosta droga bez poboczy na wysokim nasypie wiedzie przez bagniste tereny. Po prawej i po lewej duże kępy drzew, same brzozy, wysokie trawy i zupełny brak miejscowości i ludzi. Po południowej, lewej stronie federalki, w odległości pół km kolejowa magistrala transyberia. Kręgosłup transportowy Rosji. Duży ruch pociągów, w większości towarowych. Na naszej drodze natomiast co jakiś czas spotykamy tira. Aż tu nagle ciekawostka, z przeciwka zbliża się kolumna samochodów. Jadą szybko i bardzo blisko siebie, dwa landcruisery a w środku hammer. Ciekawe, gangsterzy czy bogaty oligarcha? 150 km przed Omskiem po lewej stronie zatrzymujemy się przy jedynym od rana barze. Kupujemy od młodego właściciela osiem kanistrów solarki po 9 rubli, płacimy dolarami sprzedanymi temu samemu właścicielowi (150 usd x 28 Rb). Fundujemy sobie szaszłyki z wieprzowiny, inne mięso niż baranina jemy pierwszy raz od wyjazdu z domu. Omijamy Omsk obwodnicą kierując się na Tjumen aby objechać wrzynający się jęzor Kazahstanu. Na przedmieściach, za Omskiem stoją przy drodze kamazy czekające na jakąś robotę. Próbujemy kupić ropę ale oni też by chcieli kupić. Ale Kola, kierowca skody, troszkę wstawiony bo od dwóch dni stoi i pije trzymając towarzystwo i gadkę z kumplami odstępuje nam cztery kanistry dowiedziawszy się, że jesteśmy z Polski. Z wielkiego zbiornika spuszcza ropę grubym jak ręka wężem nie bacząc na spore ilości rozlewanego paliwa. Na odchodne przyjmuje zapłatę po 7 rubli i prosi aby mówić, że ruskie kierowcy to fajne chłopy. Napełnieni do pełna jedziemy dalej i dalej, słońce schyla się mocno ku zachodowi a przed nami ponad 6000 km. Tirowcy w rozmowach śmieją się z takich odległości, oni przywykli do takich tras. Jedziemy, jedziemy, nawet nie mamy czasu i okazji sprawdzić która jest godzina. Jak zrobiło się mocno szaro, 40 km przed Isimku skręciliśmy w lewo w okolice przydrożnego gaiku. Śpimy w brzozach i owsie, kręcą się jelonki, cisza i zapach. Dzisiaj jechaliśmy 18 godzin, pokonaliśmy 1100 km. Droga którą podróżujemy, przez Rosjan nazywana federalka jest jedynym szlakiem transportowym wschód – zachód, im bliżej Uralu i Europy coraz większy ruch, coraz więcej ludzi i miejscowości. Tajga powoli ustępuje miejsca, zaczynają się pola uprawne. Cały ruch lokalny z furmankami, traktorami i kombajnami miesza się z dalekobieżnymi tirami i handlarzami samochodów. Jedni ciągną auta z dalekiej azji, z kierownicami po prawej stronie. Inni jadą z naprzeciwka, z Polski i Niemiec, często bez rejestracji. Zupełne bezhołowie. Ruszamy z rana, o szóstej. Śniadanko po drodze, wcinamy konserwę i mleko w proszku i dalej na Czelabińsk. Na polach zielona pszenica, miejscami ścięty owies. W miejscowości Jakutorosk w lewo na Isebskoy i Sadrinsk gdzie stoimy na przejedzie kolejowym i przepuszczamy pędzący szybko pociąg do Władywostoku. Zaczynają się lekkie pagórki przeduralne. Po wjechaniu do Czelabińska zaraz znajdują się jakieś nygusy, którzy zagradzają nam drogę i żądają 100 euro za konwojowanie nas przez miasto. W ten sposób okazują nam troskę i chcą naszego bezpieczeństwa. Ostrzegają, że na pewno spotka nas jakaś krzywda jęsli nie wspomożemy ich finansowo. Stoimy na ruchliwej ulicy, chodnikami przechodzi dużo miejscowych ludzi. Wszyscy szarzy, skromni, natomiast nasi opiekunowie ubrani w jaskrawe modne na tutejsze warunki koszule i drogie spodnie. Na nogach nie rosyjskie pantofle a na szyjach i rękach złote łańcuchy. Za chwilę podjeżdża już trzecia samara i towarzystwo robi się mało sympatyczne aczkolwiek ruskie łobuziaki są grzeczne. My ich zbywamy, twierdzimy, że niewiele nam zostało i dziękujemy za ochronę. Targi trwają tak z pół godziny, aż w końcu rozstajemy się w niepewności. Miasto bardzo ruchliwe z dziurami i krawężnikami większymi od naszych kół. Przejazdy przez torowiska tramwajowe to istne bezdroża. Rozglądając się na wszystkie strony przejeżdżamy przez to brudne od kurzu, spalin i dymu miasto. Na wyjeździe okazało się, że od północnej strony jest obwodnica. Obiadek w zagajniku pozwala nam trochę ochłonąć po przygodach. Ural ciągnie się dwieście kilometrów, góry i pagórki. Wąska droga bez poboczy, ruch bardzo duży, nawierzchnia tragiczna. Tir za tirem i dużo milicji. Omijamy stojące na poboczu dwie lory wypełnione autami osobowymi, wszystko kompletnie spalone. Czuć bandytyzm i bezprawie. Milicja najchętniej zajmuje się łapaniem na radar. Na jednym z przydrożnych bazarków stoi mała cysterna. Zabawiamy się w cinkciarzy, sprzedajemy kolejną porcję zielonych po 27 Rb i kupujemy 175 litrów ropy po 9 Rb. Na obrzeżach Ufy jest duży posterunek milicji, wszystkie auta przejeżdżające to miejsce po g. 23 obowiązane są do zameldowania się. Polega to na tym, ze należy podejść do kamandira w okienku podać dokumenty które on przepisuje do dużego zeszytu i macha ręką aby jechać dalej. Ponieważ było już przed północą to i nas to nie ominęło. Zmęczony był biedaczek ten kamandir lub mało rozgarnięty bo spisał nasze dane z tego co mu podałem, a podałem ksero pierwszej strony naszych paszportów. Ciemna noc, z lewej ciągle jakiś pociąg a z prawej lasy a my musimy się przespać. Znajdujemy po omacku jakąś polanę z dala od ruchliwej drogi a ciemno jest tak, że nawet ciężko się umyć. Ruszamy rano i widzimy jak wiele aut śpi na poboczach, jest sporo wypadków z nocy, straszny bałagan. Przed Samarą, w prawo na Moskwę, my w lewo na Saratow i Wołgograd. Szczęśliwie jedziemy drogą mniej uczęszczaną bo ten odcinek Czelabińsk – Samara miło wspominać się nie da. Tragiczna nawierzchnia, ciągłe roboty drogowe, potężny ruch i mała średnia. Na objeździe Samary dwukrotnie zatrzymuje nas milicja. Pierwszym razem tak sobie bo nikogo w okolicy nie było, drugim razem za prędkość. Wykłócamy się walczymy o swoje bo taki ruski cham, jakiś naczelnik z młodym żołnierzem z wycelowaną lufą kałacha w nas chciał sobie wziąć bez pytania parę drobiazgów które wpadły mu w ręce po otwarciu moich drzwi. Myślę sobie albo będzie strzelał albo nas aresztują i wtóruję Jarkowi a Jarek jest pierwszy do udupienia tych ciemnych ruskich. Stanęło nam tym, że już odjeżdżając stara świnia prosił aby mu sprzedać latarkę ale wytłumaczyłem mu, że jest droższa od ich radiowozu i zrobiliśmy mu papa. Druga grupa milicjantów to kultura. Pokazali nam wskazania radaru i porosili o sztraf w wysokości 50 dolarów. Grzecznie pogadaliśmy i obdarowaliśmy ich paczką mongolskich papierosów, trochę wybrzydzali, że ich są lepsze ale w końcu dali się przeprosić za zajmowany im czas a we mnie jeden z nich upatrzył sobie znanego aktora filmowego. Okolica upstrzona sporą ilością szybów naftowych, to i solarka przydrożna po 8 rubli. Pola porośnięte po horyzont słonecznikami, całe kombinaty, tysiące hektarów. Wzdłuż Wołgi sporo zakładów przemysłowych. Zbliżamy się do miast Marks i Engels ale wcześniej nasz kierunek skręca w prawo na most przez Wołgę, potężna to rzeka. Wraz z rozlewiskami drugi brzeg jest parę km dalej. Po obu stronach mostu potężne posterunki milicji DPS i stanowiska bojowe wojska. To chyba strategiczne miejsce. Po lewej widać światła Saratowa a my na obwodnicy na zachód na Woroneż. W nocy trochę padało i wiało ale lasek w którym się zatrzymaliśmy trochę nas ochraniał. Dziś mamy już 11 sierpnia, do Ukrainy zostało nam 900 km. Droga nie wiele uczęszczana, milicja chowa się po krzakach z radarami ale ruscy kierowcy solidarnie migając światłami ostrzegają przed posterunkami. W Voroneżu bardzo złej jakości ulice, torowiska jak krawężniki, Kursk trochę mniejszy i czyściejszy. Siedemdziesiąt km przed granicą na rżysku po owsie robimy sobie późny obfity obiadek i ucinamy drzemkę, to znaczy ja czuwam bo nie mogę usnąć a Jarek trochę przysnął. A wszystko to wiąże się z naszym planem aby na granicę ukraińską dojechać w nocy, rano być w Kijowie. Na granicy bałamucimy ze dwie godziny bo spory ruch. Ukraińska strona buduje nowy budynek odpraw. Zaprawieni już jesteśmy w tych wszystkich kwitka i papierach. Rosjanie sprawdzają czy nie sprzedaliśmy naszego auta w Rosji, oddajemy wremiennyj wwoz, Ukraińcy trochę nas trzepią i oglądają i chyba nie bardzo dociera do nich, że wracamy z Mongolii. Cofamy zegarki o jedną godzinę, jest 0.30. Nocny przejazd do Kijowa (400 km) dobrze nam schodzi, gwieździsta widna noc, puste miasteczka i przyzwoita droga. Z Kijowa wyjeżdżamy o piątej rano, więc omijamy lokalny ruch. Tak jakbyśmy przyjechali na zamkniecie dyskotek i lokali. Brzask, do Równego dwupasmówka i mało policji a skrzynka biegów coraz częściej nie przyjmuje wkładanych biegów. W Zosinie na granicy stoimy pięć godzin. Tylko pięć bo Jarek zrobił awanturę, ponieważ kolejka tworzy się przez handlarzy paliwem i kumoterstwem z pogranicznikami. Jedni stoją a drudzy przeciskają się bokiem. Każdy wracający z Ukrainy ma pełen zbiornik paliwa, strażnicy sprawdzają czy nie jakiejś butelki wypełnionej paliwem bo o kanistrze nawet nie ma mowy. A u nas jeszcze rosyjska ropa w dodatkowym zbiorniku w ilości 150 litrów. Zbyszek, dyrektor szkoły bardzo się ucieszył widząc nas całych i zdrowych po 70 dniach. Opowiedzieliśmy mu trochę przygód, obdarowaliśmy kazahskim koniakiem i umówiliśmy na przyszłość. Droga do stolicy po tych wszystkich doświadczeniach i doznaniach to super autostrada świetnie oznakowana. Do domu dojechaliśmy 12 sierpnia 2004 po 70 dniach podróży pokonując blisko 25000 km, tankując przez ten czas na ponad pięćdziesięciu różnej maści stacjach 3100 litrów paliwa. Gdyby można było zaraz byśmy tam do Mongolii mogli wrócić, ale trzeba trochę w domu pomieszkać.
|