Santa Maria do Rio Negro

Z Olsztyna do amazońskiej parafii ”Santo Angelo”...

 

Parafia po obu stronach równika...

Osada Novo Airâo nad rzeką Rio Negro w brazylijskiej Amazonii. Jest połowa stycznia, dopiero wczesny poranek ale i tak wilgotny, czterdziestostopniowy upał oblepia mnie i pozbawia sił. Pot zalewa mi oczy. Przedramiona i kark już mam purpurowe od słońca. Drapię się nieustająco, bo jeszcze nie wyruszyliśmy a już jestem cały pogryziony przez komary. No cóż – pod baldachimem lasów deszczowych żyje ich straszniedużo...

Po błocie i śliskiej desce chybotliwego pomostu noszę na pokład łodzi - barku a mo’tor -

nasze graty, prowiant, pojemniki z wodą pitną. Wędki i broń. Jeszcze musimy jakoś załadować sześć dwustulitrowych beczek z ropą i beczkę benzyny i nasz stateczek Santa Maria do Rio Negro będzie gotowy do kilkutygodniowej wyprawy. Mnie czeka przygoda w lasach deszczowych a ksiądz Jan będzie odwiedzał maleńkie chrześcijańskie wspólnoty caboclos żyjących daleko od cywilizacji. Ludzi do których normalnie nie może dotrzeć z powodu braku pieniędzy na paliwo do łodzi. No i niebezpiecznie samotnie wyruszać do Indian, gdzie już kiedyś zginął jeden z księży.

Bawimy się z podpływajacymi do pomostu dzikimi, słodkowodnymi delfinami. Te bardzo łagodne zwierzeta dają się nam karmić i głaskać.

Z Olsztyna do amazońskiej parafii ”Santo Angelo”...

Pomysł rodził się przez rok i nie doszedł by do skutku gdyby nie życzliwa pomoc grupy osób. W Brazylii sprawami organizacyjnymi zajął się Wojtek Kordecki. Dyplomata i łowca węży. Tu w Polsce nieocenioną pomoc otrzymałem od Urzędu Marszałkowskiego w Olsztynie, oraz organizacji charytatywnej MIVA Polska (pomagającej polskim misjonarzom) Nie, nie chodziło o pieniądze, ale o kontakty, informacje i poparcie dla mojej inicjatywy. Pomoc niezbędną, ponieważ w swojej pracy lansuję survival „z ludzką twarzą”. Wyprawy na peryferia cywilizacji ale będące - poza ekstremalnym wyczynem, wyprawami poznawczymi. Uwielbiam w ich trakcie odkrywać - tam daleko w świecie - cenne dokonania Polaków. Byłe i współczesne. A tym razem wymarzyłem sobie nie tylko poznać lasy deszczowe Amazonii ale tam pracę polskich księży pallotynów. Dorzucić swoją cegiełkę do tak ważnego i dobrego dzieła jak ich praca misyjna. Złowić bajkową rybę takunare, upolować kajmana i... odkryć powołanie pracy misjonarza. Przekroczyć równik i na własne oczy zobaczyć czarne wody ogromnej rzeki. Fotografować życie Indian, tukany, anakondy i piranie...

 

Ksiądz Jan Sopicki - polski misjonarz

Nad brzegiem rzeki, na palach stoi malutki domek. To azyl dwóch pracujących tam Polaków. Księdza Jana Sopickiego i księdza Józefa Maślanki. Ksiądz Maślanka żyje i pracuje tu od bardzo dawna. Już jest na emeryturze, w podeszłym wieku (74 lata) i poważnie chory, ale i tak właśnie wrócił z kolejnej wyprawy misyjnej. Pływał łodzią motorową po Rio Negro wraz z piloteiro o imieniu Fidêncio. Ten wiecznie uśmiechnięty Indianin zna ponoć labirynt Czarnej Rzeki jak własną kieszeń. Przeżył tu ( a właściwie to – przepływał...) całe życie. Teraz ks. Józef odpocznie a my, tą samą łodzią, popłyniemy w Amazonię z księdzem Sopickim.

Ksiądz Jan Sopicki pochodzi z Frydrychowic. Już w seminarium udzielał się w kleryckiej wspólnocie misyjnej. Po spotkaniu z jednym ze świeckich misjonarzy zainteresował się Brazylią do której przybył po święceniach w 1979 roku. Przez pierwsze 20 lat pracował w Rio de Janeiro i Niterói. Potem – jak mówi – ziściło się moje marzenie i trafiłem do Amazonii...

Parafia ks. Jana w Novo Airao obejmuje kilkadziesiąt wspólnot rozrzuconych na 30 tys. km kw1. Są one wyłącznie nad brzegami Rio Negro i jej dopływów. Ponieważ nie ma tam dróg więc dotrzeć do nich można jedynie łodzią, taką motorową, mieszkalną barka. Każda taka wyprawa to jednak setki litrów paliwa oraz leki i żywność zawożone dla miejscowych, dlatego w bardziej odległych miejscach ksiądz bywa zaledwie raz do roku. W niektórych – tylko przy okazji takich szalonych podróżników i sponsorów z Polski, jak my.

 

W tym roku mija setna rocznica obecności pallotynów na ziemiach polskich. Zawsze pracowali oni jako awangarda kościoła i pierwszej linii misyjnej. Aktualnie polscy księża obsługują w Brazylii dwanaście parafii. Praca ich jest niezmiernie ważna i odpowiedzialna. Głównym zadaniem misjonarzy jest bowiem nie tylko ewangelizacja, ale także kształcenie miejscowych księży, bo brakuje tam kapłanów. W całej, bardzo katolickiej Brazylii jest ich zaledwie 15 tysięcy. Pomocą są szafarze, którzy np. w odległych zakątkach amazońskiej parafii, w zastępstwie księdza udzielają w niedzielę komunii. Niestety – tam, na peryferiach cywilizacji, najczęściej ludzie sami spotykają się, modlą i rozważają Słowo Boże... Ogromnym zadaniem kościoła katolickiego w Brazylii jest także pomoc i nauka niesione dzieciom i młodzieży. Zwłaszcza tam - w biednej Amazonii. Np. w centrum parafialnym Santo Angelo, dofinansowywanym w ramach rządowego programu, uczy się dzieci, karmi je i oświeca. Bo jest to świat, gdzie jedenastoletnia dziewczynka (zdarza się, że nawet dziewięcioletnia!!!) często już bywa matką, a potem kilkunastoosobowe rodziny składają się z samych, głodnych dzieci. To świat, gdzie nie byłoby formalizowania związków małżeńskich czy chrztów i rejestracji narodzin, gdyby nie odwiedziny księdza. Ksiądz wykonuje bowiem także te czynności urzędowe...

 

Wyprawa misyjna w Amazonię

Nasz środek transportu - nazywany tu gaiola - to malutki, drewniany stateczek typowy dla Amazonii. Długi na 17 metrów, szeroki na 4, przykryty daszkiem i z iluzorycznymi ścianami. Pod pokładem ma wbudowany silnik na ropę, z przodu sterówkę z kołem. Ciasną i śmierdzącą, bo stoją tam także beczki z ropą. Płaskie dno barki pozwala na wpływanie daleko w płytkie dopływy rzek. Na wyposażeniu ma kuchenkę i butlę z gazem. Spanie? Na noc, pod daszkiem kajuty i na pokładzie rozwiesza się hamaki zastępujące łóżka i zapala lampę naftową. A radiostacja, echosonda, baterie słoneczne, lodówka – zapytacie? Niestety, na taki luksus parafii jeszcze nie stać.

Wybór przewodnika po rzece jest ważny – przestrzegał nas ks. Józef, będziecie płynęli koło Praia do Padre (Plaża Księdza), miejsca gdzie utonął Marian Skorżyński - jeden z polskich misjonarzy... Niestety, Fidêncio – ten słynny indiański przewodnik, nie mógł z nami popłynąć. Inny, znany miejscowy piloteiro niedawno zginął na rzece w wypadku. Udało nam się w końcu zwerbować młodego chłopaka – Nelsona. Życie pokazało, że wybór był dobry.

 

Rio Negro – znaczy – Rzeka Czarna

Rzeczywiście woda w rzece Rio Negro (negro – znaczy „czarna”) jest ciemna. Przeźroczysta, ale w kolorze ciemnobrunatnym. Nawet brazylijscy naukowcy nie wiedzą skąd pochodzi ten kolor. Różnice widać szczególnie gdy jej wody łączą się z drugą, ogromną rzeką Solimões. Negro w miejscu naszego startu miała kilkadziesiąt kilometrów szerokości, ale tego się nie zauważa bo tworzy ona labirynt długich wysp. Ciągnące się na dziesiątki, setki kilometrów dzielą one koryto na węższe. Map i GPS-u nie mamy, którym korytem zatem będziemy płynąć...? Wiedział to tylko miejscowy piloteiro. A w planie mamy zapłynąć tak daleko, na ile starczy nam czasu i paliwa. Najpierw w górę Rio Negro, potem w jej dopływy - rzekę Unini i dalej , w kolejne rzeki- Paunini i Rio Branco. Chcemy dotrzeć tak daleko aż przepłyniemy na drugą stronę równika. Tam, gdzie - ponoć - kryje się tajemnicza kraina El Dorado... Plan ambitny, zadecydowaliśmy zatem, że wszędzie gdzie będzie to możliwe to popłyniemy dzień i noc bez przerwy. Nelson będzie sterował nocą a ja z Janem - przy dobrej widoczności - w ciągu dnia. Ks. Jan postanowił także, że aby nie powodować zbędnych postoi barki, to będzie przesiadał się w małą motorówkę, płynął nią do osad nadbrzeżnych a potem doganiał nasz statek – bazę, płynący wolno, ale nieustająco.

 

Wreszcie płyniemy

Pierwszy postój wypadł w niezmiernie ciekawym miejscu. Na wysokim brzegu rzeki stało kilka chat zamieszkałych przez rodziny caboclos. Dobiliśmy do brzegu serdecznie witani przez miejscowych. Jan wziął teczkę i harmonię i razem zeszliśmy na brzeg. Ksiądz grał na harmonii i witał nadchodzących. Wierni zgromadzili się pod wiatą i wtedy Jan odprawił tam dla nich Mszę św. Bardzo podobała mi się jej forma. Miejscowi przejawiali ogromną radość i szczęście. Uroczystość przerywana była radosnym śpiewem i nawet tańcem, bo w życiu Afrobrazylijczyków muzyka zaspokaja także potrzeby religijne. Na koniec ksiądz Jan poprosił abym powiedział kilka słów do parafian zaciekawionych moją egzotyczną tam osobą. Opowiedziałem im o sobie i Polsce. Z kolei ja zapytałem się o znanych im Polaków. Okazało się, że słyszeli tylko o Janie Pawle II i... piłkarzu Lato, który kiedyś strzelił Brazylijczykom bramkę na mistrzostwach. Po mszy zaproszono nas do domu, gdzie pod strzechą z liści palm poczęstowano nas „czym chata bogata...”, czyli malutkimi bananami z dżungli, wodą z orzechów kokosowych i mięsem z małpy. A potem zaproponowano mi wycieczkę do ruin starego, portugalskiego miasta – Airão Velho. Kiedyś dawno temu miasto to kwitło i było ludne, ale dżungla zwyciężyła ludzi. Wygnała ich z tego nieprzyjaznego miejsca. Dziś można podziwiać tylko resztki wspaniałych budowli i ulic pożartych przez dżunglę. Zalane zielenią fragmenty dawnej świetności tego miejsca. Byłem, sfotografowałem i serdecznie żegnani popłynęliśmy dalej...

 

Po obu stronach równika

Podróż barką była niesamowitą przygodą. Przesuwający się o krok od burt łodzi, nieustająco zmieniający się kalejdoskop tropikalnej dżungli z jej bujnym życiem - zapewniał niesamowite atrakcje i wspaniałe plenery fotograficzne. Przepiękne, kolorowe tukany i papugi wdzięczyły się do obiektywu mojego aparatu. Czarne wody Rio Negro dawały nam – wędkarzom, wielkie ryby. Takie piękne i kolorowe, jakie można zobaczyć tylko w akwarium lub na rafie koralowej. Krokodyle atakowały nasze przynęty wędkarskie (przy okazji - mięso krokodyla smakuje jak kurczak...). Nieustająco płynąc dalej i dalej dzieliliśmy czas na wizyty w chatkach usytuowanych na brzegu rzeki i na przygody. Ksiądz Jan codziennie odwiedzał kolejnych coboclos, natomiast my robiliśmy małą łodzią krótkie wyprawy w głąb zalanych wodą lasów deszczowych.

Po zmroku gitara kolegi i harmonia ks. Jana umilały nam życie...

Ale tropiki serwowały wyprawie i problemy. Najpierw mieliśmy awarię silnika. Piasek uszkodził pompę wodną i unieruchomił nas w głuszy. Zaczęliśmy niebezpiecznie dryfować. Ratunkiem okazały się kwalifikacje mechanika okrętowego jednego z kolegów. Potem zaczęły nas nękać liany płynące rzeką i oplątujące się wokoło śruby napędowej. Nurkowałem między piraniami i nożem odcinalem to paskudztwo. Wreszcie dotarliśmy tak daleko, że skończyła się znajomość rzek naszego przewodnika – Nelsona. Musieliśmy zabrać z brzegu miejscowego Kreola który dalej pokazywał nam drogę. W pewnym momencie zobaczyliśmy, że rzekę przegradza stalowa lina a na brzegu oczekują nas uzbrojeni wartownicy. Dopłynęliśmy bowiem już do terenów zamkniętych i dla turystów i dla miejscowych. Rezerwatu Indian. Moje pisma polecające i autorytet księdza Jana otworzyły nam jednak tę bramę. Jedynie musieliśmy poddać statek szczegółowej rewizji strażników i pozostawić w depozycie sprzęt wędkarski. Nic to – najważniejsze, że popłynęliśmy dalej a ja miałem aparat fotograficzny i notes.

 

Wampiry i malaria

Po kolejnym tygodniu podróży byliśmy już cali w ranach i opuchnięci. Niestety – w lasach deszczowych Amazonii nie ma obrony przed owadami. Na koniec mieliśmy nocną - dosłownie – krwawą przygodę. Dwóch śpiących uczestników wyprawy pogryzły nietoperze – wampiry (Desmodus rotundus). Latają one bezgłośnie, najczęściej właśnie wzdłuż koryt rzecznych. Po zlokalizowaniu ofiary taki nietoperz siada cicho w jej pobliżu i zaczyna zbliżać się do niej na łapkach. Najpierw liże wybrane miejsce ciała ofiary, później swymi zębami „goli” porastające je włosy, nadgryza skórę i pije wypływającą krew. Nietoperze atakują miejsca dobrze ukrwione o cienkiej skórze – zwykle jest to szyja, uszy lub nogi (nas pogryzły właśnie w palce stóp wystających z hamaków). Nagryzając skórę robią to tak delikatnie i sprawnie, że „pokarm” rzadko kiedy budzi się ze snu. Jest to możliwe dlatego, że ich zęby są bardzo ostre, a ślina zawiera specjalne substancje najpierw znieczulające a potem zapobiegające krzepnięciu krwi (antykoagulanty). Dlatego właśnie koledzy obudzili się dopiero mając nogi w kałuży krwi, której wypływu nie można było długo zatamować. Wampir potrafi wypić jednorazowo 20 mililitrów krwi a przy tej okazji roznosi liczne choroby, w tym – wściekliznę i pogryziony musi szybko zgłosić się po ratunek (szczepienia) do Instytutu Pastera np. w São Paulo. Tak zrobił mój kolega...

Na samym końcu podróży powrotnej przytrafiła nam się jeszcze jedna niebezpieczna przygoda. Na środku Rio Negro nasz stateczek dopadła burza tropikalna. Straszna wichura mało nie przewróciła naszej barki i zupełnie zahamowała jej ruch. Niesamowicie intensywny deszcz chciał ją zatopić. Nasz piloteiro sprawił się jednak na medal. Zamiast walczyć z huraganem, zawrócił stateczek i ukrył go za wyspą. Wbici głęboko w przybrzeżną dżunglę, zalewani tropikalną ulewą, przeczekaliśmy nawałnicę...

Po powrocie z wyprawy jeszcze ks. Jan i ja mieliśmy atak malarii (zimnicy). To przez te cholerne komary. Przez cztery dni wspomagany lekami organizm zwalczał pasożyta. W tropikalnym upale ledwo żyłem trzęsąc się z „zimna”.

Novo Airao powitało nas polską gościnnością księży i wytęsknioną „cywilizacją”...

 

Szczęść Boże księże Janie...

Nasza wyprawa dotarła daleko w Amazonię. Operowaliśmy po obu stronach równika. Odwiedziliśmy ludzi żyjących nad brzegami rzek i poznaliśmy ich życie. Ksiądz Jan wizytował swoich parafian niosąc im posługę kapłańską, oświecał i formalizował urzędowe sprawy. My mieliśmy satysfakcję ze sponsorowania działalności misyjnej rodaka i udziału w jego niecodziennej pracy. Przeżyliśmy wspaniałą przygodę i poznaliśmy tropikalną Amazonię. Przywiozłem tysiące zdjęć, film i ... zasuszoną piranię.

 

Jestem dumny z poznania niezwykłego człowieka – polskiego misjonarza, pallotyna - księdza Jana Sopickiego z parafii Santo Angelo będącej na brzegu rzeki Rio Negro w Amazonii*.

 

Bolek Uryn

 

* z ostatniej chwili... praca w Amazonii jest pełna niebezpieczeństw utraty zdrowia. Malaria, wampiry, owady, piranie... Kilka dni temu chirurg usunął mi spod skóry głowy rozrastająca się tam jakąś wielką, pasożytniczą larwę. Pamiątkę z Amazonii...

 

O działalności organizacji charytatywnej wspomagającej polskich misjonarzy można więcej dowiedzieć się w Internecie na stronie www.miva.pl , o pracy misjonarzy pallotyńskich poczytać w kwartalniku Horyzonty Misyjne a pisać do ks. Jana można na adres jansopicki@op.pl

1 porównawczo - powierzchnia całego Województwa Warminsko – Mazurskiego wynosi 24 tys. km² .