„W
POSZUKIWANIU MONGOLSKIEGO AŁMASA”
Bolesław „Boleebaatar” Uryn
Jubileuszowa wyprawa
Od dawna obiecuję sobie, że to już po raz ostatni jadę do Mongolii. Że w
przyszłym roku pojadę gdzieś indziej. Na przykład w cieplutkie tropiki.
No wiecie – gambijska plaża, roznegliżowane mulatki, leżaczek, palmy...
Narty wodne i zimne napoje. Miód na mój reumatyzm. Że zobaczę,
obfotografuję i przeżyję wreszcie coś nowego, oryginalnego. A tymczasem
- ciągle wracam do tej cholernej Mongolii. Bo jakoś to tak jest, że
każdą mongolską wyprawę kończę z wielkim uczuciem żalu, martwiąc się, że
to już koniec..., że tak szybko minęło i trzeba wracać do domu. I
jedyną pociechą jest myśl, że może jeszcze tu przyjadę w roku przyszłym.
Jeszcze tylko ten jeden, ostatni raz – oszukuję się. I tak wracam... i
wracam... już 10 lat. Niektórzy nazywają to mongolioholizmem, inni
mongoliofobią. No bo przecież dla postronnych trudno w męczących
wyprawach w ten koniec świata doszukiwać się szczególnej przyjemności...
Dlaczego i czym Mongolia tak mnie zafascynowała, zapytacie? Przecież...
...survival zaczyna się już gdy lecę samolotem Aeroflotu z Warszawy do
Ułan Bator (osiem tysięcy kilometrów - trwa to dobę). Potem będąc
jeszcze zmęczonym i śpiącym - powoli dochodząc do siebie po
nieprzespanej nocy i zmianie czasu aż o 7 godzin, muszę przesiąść się w
najgorszy z możliwych terenowych samochodów – w rosyjskiego UAZ’a (z
drugiej strony - świetny wóz, niezastąpiony w warunkach mongolskich).
Potem jadąc autem przez tydzień od rana do nocy pokonuję tysiąc
kilometrów bezdroży, trzęsąc się na nierównościach szlaku wiodącego
przez stepy i górskie kotliny, bądź wręcz przedzierając się przez góry.
Cały czas kurczowo trzymając się kierownicy lub uchwytów, a mimo to z
uczuciem, że urwą mi się nerki, żołądek lub płuca. Po kilku godzinach
takiej jazdy jestem cały obolały. Skąd guzy i siniaki – pytacie? Od
uderzeń o karoserię, ponieważ auto okropnie trzęsie się i podskakuje na
nierównościach, bo moja droga (jaka tam droga - szlak...) wiedzie
koleinami wyrytymi w stepie, po głazach, kamieniach, przez doły,
bagniska, brody w rzekach itp. Pnie się stromo w górę po stokach, albo
opada niebezpiecznie w dół. Meandruje przez gąszcz modrzewiowej tajgi
między głazami i pniami drzew.
Jadąc po najgorszej
(ale utwardzonej) drodze, „łyknąłbym” tę odległość w jeden dzień...
Wreszcie
docieram np. do osady Cagaan Nuur. Wydaje się Wam, że to upragniony
koniec podróży. A skądże! To dopiero początek wyprawy i teraz dopiero
„zaczynają się schody”. Przywiezione bagaże i żywność wędrują teraz z
auta na konie juczne, a ja ląduję w twardej kulbace drewnianego,
mongolskiego siodła. Przez kolejne tygodnie domem staje się ciasny
namiocik, rozbity w tajdze lub tundrze, na wysokości 2-3 tysiące metrów,
tam gdzie już wieczna zmarzłoć. Tyłek boli, a w górach na zmianę bywa
upał i mróz. Wichura. Tygodniami jem tylko to, co dam radę upichcić na
ognisku. Mięsko muszę złowić lub ustrzelić. Ablucje odbywane w lodowatej
wodzie strumienia są okropne i potem odzywają się w domu reumatyzmem...
I po co to wszystko
– zapytacie? Za te pieniądze (albo i taniej, a na pewno przyjemnej)
można byczyć się na plażach Azji. Mieszkając w hotelikach pod palmami
podziwiać tropiki. Zwiedzić cały, niezmiernie interesujący Tybet. Albo -
wreszcie – na przykład zobaczyć festiwal w Rio. Jeśli ktoś się uprze
wędkować, to można choćby w Kazachstanie łowić 100-u kilowe sumy.
Wygodnie, z łodzi i śpiąc w łóżeczku. Itd... Itp...
Wszystkie te
męczarnie podróży do i po Mongolii cierpię tylko po to, bym potem mógł,
przez kilka krótkich tygodni, podziwiać góry i darchacką Ułan Tajgę.
Piękny, unikatowy kawałek świata pozostałego niezmienionym od XIV-o
wieku, od czasów gdy jurtę rozbijał tu Temudżyn. Przyrodę nie skażoną
niszczącą obecnością człowieka. Skarb który mają u siebie tylko
Mongołowie.
Ułan (Czerwona)
Tajga to najodleglejsza północ Mongolii. Strome góry sięgają tam swoimi
ośnieżonymi szczytami do prawie czterech tysięcy metrów. Nawet przełęcze
są na wysokościach ponad 2000 m. Przemieszczanie się polega na wolnej,
mozolnej wędrówce konnej. Wielokrotnie muszę przeprawiać się przez
rzeki, ponieważ ich brzegi stanowią często jedyną, dostępną drogę.
Tajga rośnie tam na
wiecznej zmarzłoci. Ziemia nasączona jest po wierzchu wodą, nie mogącą
wsiąkać w zamarzniętą w głębi ziemię. Spływa zatem po zboczach setkami
strumieni, łączącymi się niżej w rzeczki i rzeki. W dolinach,
zagłębieniach i nawet na równiejszym terenie, woda gromadzi się pod
postacią bagien i wielkich mokradeł. Ziemię, czy to w dolinach, czy na
zboczach, pokrywają kamienie i głazy. Między nimi zalega masa starego,
spróchniałego drewna, leżącego tam od dziesiątków, czy setek lat.
Gnijącego i powoli zamieniającego się w grubą warstwę próchnicy. Wolną
przestrzeń porasta mech i dywany krzaczków jagód i borówek. Na samym
wierzchu leżą suche gałęzie i konary, niedawno obłamane przez wiatr i
tworzące zasieki nie do przebycia. I leżą wielkie drzewa, olbrzymie
pnie, już od lat martwe, wyglądające na jeszcze mocne, a rozpadające się
na spróchniałe drzazgi przy próbie oparcia się ręką lub stąpnięcia na
nie. Albo inne – jeszcze zielone, świeżo wyrwane przez wichurę z
korzeniami, lub rozwalone w strzępy uderzeniem pioruna. W takich
warunkach marsz pieszy jest udręką. Wędrowca ratują mongolskie koniki.
A nad głową nie
widać nieba taki gąszcz modrzewi i limb. Tam wysoko w górze zielonych,
ale w niższych piętrach i tuż nad głową czarnych, martwych gałęzi i
konarów. Z wiszącymi jak wdowi welon wstęgami szarego mchu. Wiele drzew
jest okropnie pokaleczonych przez pioruny.
Tajga intensywnie
pachnie a jesienią jest złota (od koloru igieł modrzewi) lub czerwona od
ściółki leśnej.
W
górnych partiach gór, gdzieś na wysokości około 2500 m, zaczyna się
tundra. Tam wokoło już tylko mchy, porosty i kamienie. Wszystkie
kamienie i głazy są tam zielone – porośnięte jakby pleśnią. Wieje silny
wiatr. Pada deszcz, grad, śnieżna krupa (nawet latem). Ale za to jakie
widoki...?
Tam spotkać można
już tylko orły i... mongolskiego AŁMASA (Yeti!). Czasami samotny namiot
Cataanów – hodowców renów.
Powiecie – tajga jak tajga. Jak na Syberii...
Nieprawda. To Zaginiony Świat... To CZERWONA TAJGA – odludna, piękna,
unikatowa…
Potem znowu zaczyna
się męczący powrót konno do cywilizacji, znowu jazda UAZ’em i znowu lot
samolotem Aeroflotu do domu. Koszmarna noc przespana na betonowej
posadzce strefy tranzytowej lotniska w Moskwie (sic!) i – jak zawsze -
wygłaszane tam obietnice – „nigdy więcej Aeroflotu i Mongolii”!
Ale zimą przychodzi list od Erdene i dzwonią przyjaciele z pytaniami - „co
tym razem montujesz..?” I znowu zaczynają się plany. Pojawiają nowe
pomysły i nowe wyzwania – dotrzeć jeszcze dalej i żeby było jeszcze
trudniej i ciekawiej (łowić jesiotry...? a może spływ na pontonach...?
canoe... albo wyprawa nurkowa...?) I znowu ten czas tak wolno płynie...
I tak jest co roku
od lat dziesięciu! Gdyby tak pozbierać do kupy te wszystkie miesiące
spędzone przeze mnie w namiocie, w Mongolii, to by się znalazło
wytłumaczenie czemu „zrobiły mi się skośne oczy” i czemu nazwali mnie
tam „Boleebaatarem”.
Rośnie sterta
notesów z notatkami i tysięcy zdjęć.
Jubileusz
I
tak, nadszedł jubileuszowy, 2004 rok. Mój dziesiąty rok wypraw do
Mongolii. Musiałem go wyróżnić w sposób szczególny, prawda? Najsłuszniej
i najprzyjemniej kolejną odkrywczą wyprawą, idącą jeszcze dalej...,
jeszcze wyżej..., docierając już tak daleko w głąb Ułan Tajgi, że dalej
nie można. A jubileusz trzeba świętować w doborowym towarzystwie.
Dlatego w tym szczególnym roku zaplanowałem, wielką „unijną” wyprawę
survivalową. Unijną bo międzynarodową a i rok był szczególny –
historyczny (2004). Z przyjaciółmi:– znanym już Wam Andrzejem „Masakrą”
z Belgii (kolejna, wspólna wyprawa) i jego synem Krzysztofem „Juniorem”
oraz Mirkiem z Niemiec. Ja chcę w ten sposób uczcić 10 lat moich pobytów
w świecie jurt i tajmieni, a Andrzej pragnie „przekazać” Mongolię
swojemu synowi. Tak jak kiedyś zrobił to Putrament - Stępowskiemu, prof.
Kisieliński – mnie. Jak ja - jemu i teraz - Wam. Mirek, po długiej
wyprawie do Australii, szukał kolejnego, ambitnego wyzwania...
Założenia wyprawy
opierały się ma moich poprzednich
pobytach w „czerwonym trójkącie” – Ułan Tajdze, najbardziej odludnym,
północnym skrawku gór Sajan. Miejscu które przecina rzeka Sziszchid
(Jenisej). Ale – tym razem, wybierałem się dalej na północ i na zachód,
aż po syberyjską granicę z Tuwieńcami. Do całkowicie bezludnej
lasotundry.
Wielokrotnie już eksplorowałem te
tereny, za każdym razem idąc coraz dalej i wyżej. Wracałem zmordowany,
ale i zachwycony. Zawsze chciałem iść jeszcze dalej ale... na
przeszkodzie stawała konieczność powrotu, powodowana końcem
zaplanowanego czasu pobytu. Tym razem postanowiłem poświęcić na wyprawę
dwa miesiące.
I tu „zaczęły się schody”, bo barierą w
takich przypadkach staje się prozaiczna sprawa żywności. Ile można
zabrać bagaży na dwa juczne konie – zastanawiałem się? Sześciu
uczestników (nas czterech i dwóch Mongołów) będzie miało minimum 100 kg
bagaży. To maksymalnie tyle co mogą ponieść dwa konie juczne. A gdzie
zapas żywności na tak długi okres czasu? A na dodatek – przyznam się Wam
- jestem zwolennikiem zdrowego, prostego jedzenia a nie liofilizatów i
chińskich zupek, a makaron, tuszonka i cebula ważą. Więc będzie
potrzebny trzeci koń? Może nawet czwarty? A przecież na takiej
survivalowej i długiej wyprawie górskiej ilość uczestników, koni i
sprzętu musi być jak najmniejsza. Nie na darmo ograniczyłem liczebność
grupy do trzech osób + Erdene. Do dwóch koni jucznych. Planowałem
bowiem, że jednego jucznego będzie prowadził Mongoł, drugiego ja.
Nemrodzi będą mieli wystarczający problem z tym pod sobą.
Niech to cholera!
W końcu zdecydowałem się na inne
rozwiązanie. Nie praktykowane przez Mongołów sprawnie i szybko
wędrujących po górach. Postanowiłem wykonać w Polsce, zabrać do
Mongolii i użyć na wyprawie, dodatkowe juki na wszystkie konie pod
siodłem. Obszerne, mocne i wodoodporne pojemniki mocowane po obu
stronach za jeźdźcem. Pojemne. Wprawdzie utrudniające „galopowanie” ale
jakże praktyczne i – w ten sposób, zmniejszyć obciążenie koni
bagażowych.
Zaprojektowałem je, a zaprzyjaźniony
Zakład pokleił. Mając pojemności blisko 50 litrów jeden, para pozwoliła
każdemu z nas na zabranie dodatkowych 100 litrów lekkiego bagażu. A
także na posiadanie pod ręką sprzętu i rzeczy szybko potrzebnych do
użycia w trakcie całodziennej jazdy konnej, bez potrzeby zdejmowania
worów z koni jucznych. takich jak np. ciepła kurtka, poncho
przeciwdeszczowe, aparat fotograficzny czy kamera, napoje, apteczka,
siekiera, liny itp. Zakład, na co dzień klejący plandeki samochodowe,
zrobił mi juki – cudo. Na dodatek wielokolorowe, by nie myliły się które
– czyje.
A więc jeden problem miałem z głowy.
Zawsze uczyłem innych, że logistyka i
przygotowanie to najważniejsza część Wyprawy (i jakże przyjemna), zatem
przez kilka miesięcy dopinałem kolejne szczegóły. Przede wszystkim tam –
w Mongolii. E-majle krążyły, informacje przepływały, robiłem rezerwacje
i słuchałem nowości.
Korespondowałem z partnerem – moim
przewodnikiem i przyjacielem Erdene z Cagaan Nuur. Wprawdzie list szedł
miesiąc, a paczka dwa, ale miałem pewność, że chłopak wszystko co mu
poleciłem przygotuje. I dostałem z Mongolii miłą wiadomość –
niespodziankę. Erdene zrobił prawo jazdy i kupił samochód - ruskiego
UAZ’a. Zrobił to, co mu od lat radziłem. „ Erdene – powtarzałem
mu co roku - oszczędzaj, nie wydawaj zarobionych pieniędzy na życie,
ubranie, wódkę itp. Zbieraj i kiedyś kup samochód.” Kupił.
Więc pozostało mi tylko wysłać paczką do
Erdene drobiazgi do zamontowania w naszym samochodzie, a niezbędne dla
wyprawy. Dwa gniazda zapalniczek (dla zasilanie ładowarek akumulatorków)
i zewnętrzną antenę do radia CB. I jeszcze prezent – samochodowy
radiomagnetofon umilający jazdę na tych koszmarnie długich, nudnych (dla
mnie) i monotonnych przejazdach.
Postanowiłem jeszcze uzupełnić mój
wyprawowy analogowy sprzęt fotograficzny o aparat cyfrowy. Długo
szukałem najlepszego (na wyprawę) czyli profesjonalnego, mocnego i
taniego aparatu. Dodatkowo zasilanego akumulatorkami AA, z możliwością
stosowania filtrów, ręcznym zoomowaniem obiektywu itp. Żadnej
plastikowej, torebkowej zabawki, ale puszki lustrzanej z mocnym
metalowym korpusem, maksymalnie pyło- i bryzgoszczelnej i z dobrą
optyką. Na dodatek sprzętu taniego. W końcu rozwiązałem tę „kwadraturę
koła” i stałem się właścicielem Olympusa Camedia E 20. Jeszcze dokupiłem
„bank zdjęć” mieszczący ich tysiące, solidny zapas akumulatorków AA i
dobre ładowarki 220 i12 V.
Pozostały drobiazgi jak - przeróbka
namiotu (dopasowanie go do ciężkich, bo już zimowych, warunków wyprawy),
skompletowanie odpowiedniego sprzętu, czy załatwienie wiz mongolskich i
„biczika” z Ambasady. No i najważniejsze – określenie ambitnego celu
wyprawy. Mając tym razem możliwość spędzenia w Mongolii aż dwóch
miesięcy, postanowiłem podążyć w najodleglejsze partie gór Ułan Tajgi,
by w tundrze szukać śladów mongolskiego Yeti – ałmasa. Zweryfikować
opowieści jurtowe (i prace naukowe) o tym dziwnym, nieznanym stworzeniu,
okrytym mrokiem tajemnicy. Starać się wyjaśnić dziwną przygodę którą
przeżyłem tam kilka lat temu.
Człowiek śniegu
Azja Centralna jest największą na świecie koncentracją terytorii
niedostępnych dla człowieka. Wysokogórskie, odludne i dzikie tereny
Afganistanu, Bhutanu, Chin, Indii, Kazachstanu, Kirgistanu, Nepalu,
Pakistanu, Uzbekistanu, Rosji i Mongolii są domem wielu rzadkich
zwierząt i … yeti. Dane przemawiające na korzyść istnienia ałmasa –
yeti, o małpiej, niedźwiedziej lub wręcz ludzkiej naturze, stanowią
dzisiaj materiał imponujący swoim bogactwem i różnorodnością. Na
poparcie przytaczane są takie dowody jak legendy, zapiski w starych
księgach, szczątki przechowywany w świątyniach, olbrzymie zęby
znalezione przez profesora Koenigswalda, relacje ze spotkań i zdjęcia
m.in. zrobione przez Erika Shiptona, kierownika brytyjskiej wyprawy
alpinistycznej w 1951r, czy ślady znalezione przez słynnego himalaistę
Hillarego. Liczne relacje naocznych
świadków itp.
Od czasu do czasu
w Mongolii pojawiają się nowe informacje o spotkaniach z ałmasem, czy
znaleziskach szczątków i relacje naocznych świadków, którzy twierdzili,
że spotkali dzikiego, czy leśnego człowieka. Ma tam różne nazwy w
zależności od regionu występowania, np. – w tundrze i tajdze nad
Jenisejem zwą go – „tung”, gdzie indziej – „czuczunaa”, ponadto bywa
zwany - „girkyczawylin”, „uten-ehti-agen” itp.
Autorzy publikacji
zwracają uwagę na fakt, że – w odległych od siebie regionach Azji,
niezależnie od miejscowej nazwy - stwór ten był i jest zawsze prawie
identycznie opisywany, pomimo, że prostych ludzi którzy go widzieli
oddzielały znaczne odległości (brak możliwości przepływu informacji),
dzieliły języki, kultury i lata. Dlaczego - pomimo tych barier - tubylcy
wszędzie podobnie opisują dzikiego, śnieżnego, górskiego człowieka -
pytają naukowcy? Nawet podobne jego zachowanie, reakcje, charakter?
Poważni naukowcy twierdzą, że świadczy to pośrednio o tym, że ałmas
istnieje. Niestety - dotychczas nikt nie udokumentował naukowo lub
wiarygodnie istnienia huminidów w Mongolii.
W 1951 roku alpinista Eric Shipton zrobił pierwsze wyraźne zdjęcie
śladów stworzenia ye-teh. Potem w 1956 roku poważny, argentyński
profesor Orlando Rene Brave poinformował prasę o spotkaniu w Himalajach
yeti zwanego tam metohkanami. Wywołało to burzliwą światową dyskusję
naukowców dotyczącą pytania - czy żyją w wysokogórskich obszarach tego
regionu jakieś nieznane dotąd nauce zwierzęta? Wbrew pozorom nie jest to
pytanie niedorzeczne - jak by się wydawać mogło - ponieważ w okresie
ostatniego stulecia, poszukiwania badaczy, rozpoczęte właśnie na
podstawie legend ludowych lub współczesnych doniesień, doprowadziły do
odkrycia w tym regionie wprawdzie nielicznych egzemplarzy, ale NOWYCH
gatunków zwierząt np. irbisa - pantery śnieżnej, zwierzęcia kin [złotorune
ta-kin], białego niedźwiedzia pei-hsiung i małpy wysokogórskiej
Thinopitecusa. Życie tych nowoodkrytych zwierząt jest ciągle tajemnicą,
bowiem niewielu ludzi widziało je w warunkach naturalnych. Ale – tym
niemniej - fakty te bezspornie wykazały, że odludne obszary
wysokogórskie Azji Środkowej kryją w sobie liczne zakątki nietknięte
stopą człowieka, w których żyją [lub mogą wciąż żyć] nieznane nauce
zwierzęta. I uwaga! W każdym z powyższych przypadków informacje o
istnieniu tych zwierząt odnajdowali najpierw sinolodzy i historycy
sztuki na bardzo starych naczyniach i obrazach, oraz w legendach.
Mongolski ałmas [yeti] od dawna wzbudza zainteresowanie światowych
uczonych. Powstała specjalna komisja Rosyjskiej Akademii Nauk do badania
„śnieżnego człowieka”. Główna tezą jej pracy było twierdzenie, że
„śnieżny człowiek” jest reliktowym huminidem. Duże zainteresowanie
małpoludami mongolskim istnieje również w Stanach Zjednoczonych. Również
polscy naukowcy interesują się ałmasem, dokonując nawet penetracji
terenowych w Mongolii.
Ogromne, odludne regiony Mongolii (powierzchnię połowy Europy
zamieszkuje zaledwie nieco ponad dwa miliony ludzi, z czego połowa
zgromadzona jest w kilku miastach) nie były eksplorowane przez badaczy
i wciąż stanowią białą – naukową – plamę! Wysokogórska tundra, śniegi i
lodowce, mrozy, mordercze wichury, straszne burze itp., oraz ogromne
odległości od zaplecza cywilizacyjnego (i brak akceptacji poszukiwań
przez władze mongolskie ) - utrudniają eksplorację i nie pozwalają na
zdecydowaną odpowiedź - czy w Mongolii żyją ałmasy, będące endemicznym,
nieznanym gatunkiem zwierzęcia? Na to pytanie nie udało się odpowiedzieć
nawet słynnemu himalaiście Reinholdowi Messnerowi, który przez
dwadzieścia osiem lat (30 wypraw) poszukiwał (również w Mongolii)
dowodów na istnienie yeti.
Бусийн
Тайга (Mongolia północna),
sierpień 1998 r
Doskonałe
przygotowanie, uczestnicy – profesjonaliści o wysokich kwalifikacjach,
świetnie dobrany sprzęt, broń, przewodnik - miejscowy myśliwy - Mongoł
który „zęby zjadł” polując w tajdze, wszystko to gwarantowało
bezpieczny przebieg tamtej wyprawy. I rzeczywiście – obyło się bez
przykrych niespodzianek, poważniejszych wypadków, chorób, ale nie bez
przygód. Na szczęście wszystkie zakończyły się szczęśliwie, dzięki
czemu mam dzisiaj co wspominać...
[...] obóz
rozbiliśmy w bezludnej, górskiej tajdze, tam gdzie strome stoki gór
dochodzą do samej rzeki, a ta przełomem, na wysokości ponad 2000 m npm,
przebija się do Sziszchidu - Jeniseju. O tym pięknym, zapomnianym
jeziorku na dnie krateru wulkanu, opowiedział mi kiedyś Erdene i pokazał
mi je na mojej starej żanżin sztab [wojskowej] mapie z 1942 r. Wg mapy
miało około 100 ha i nazywało się Oszig nuur, a jego lustro wody było na
poziomie 1816 m. Mapa jeszcze mówiła: „Mongoł szar dawaa 64 km”, co
zrozumiałem jako odległość od umownej – gdzieś tam w górach - granicy z
Syberią. Miejsce na obóz było fatalne i z trudnością znalazłem maleńki
skrawek równego terenu na rozstawienie namiotów, za to konie miały wiele
zielonej trawy. Dotarliśmy aż tutaj by zobaczyć jezioro w którym zimują
tajmienie.
Noc jest chłodna.
Można nawet powiedzieć, że jest zimno, bo temperatura spadła solidnie
poniżej zera. Dobrze, że profilaktycznie ubrałem ciepłe skarpetki i
czapkę. Mam wygodny śpiwór, poduszeczkę pod głową, jest mi ciepło, a
jednak długo nie mogę zasnąć - zbyt wiele wrażeń miałem dzisiaj w ciągu
dnia. Zamiast się męczyć postanawiam więc spisać myśli które latają mi
po głowie.
Wypraktykowałem
technikę pisania w nocy w namiocie – obracam się w śpiworze na brzuch,
nad głową wieszam latarkę i skrobię w notesie ołówkiem, bo długopis
zamarza. Dzisiaj jednak nie mogę zebrać myśli i przelewać je na papier,
bo blisko, w ciemnościach nocy, od stoku góry na przeciwległym brzegu
rzeki, echo odbija głośne ryki jakichś dzikich zwierząt. Wali się tam
coś z hukiem do wody. Wygląda na to że, w pobliżu rozgrywa się jakiś
zwierzęcy dramat. Może to poluje irbis – pantera śnieżna i napastowana
ofiara uciekając skoczyła z wysokiego brzegu do rzeki? Może rosomak?
Przydałby mi się noktowizor.
Cienka ścianka
namiotu jest iluzoryczną osłoną od świata zewnętrznego. Pierwszy raz
żałuję, że nie jestem myśliwym i, że nie mam pod ręką broni. Odruchowo
wyciągam ręką do góry i dotykam rękojeści wiszącego tam noża.
Rezygnują z
pisania bo przez te ryki myśli mi się nie układają. Wreszcie morzy mnie
sen. Gaszę latarkę. Zmarzłem, więc zagrzebuję się z głową głęboko w
śpiwór i zasypiam.
W tajdze śpię zawsze bardzo czujnie, dlatego nad ranem obudził mnie
hałas przewracanych naczyń kuchennych pozostawionych przez nas wieczorem
koło wygaszonego ogniska. Ktoś tam się po ciemku tłucze. To pewnie Jurek
albo Erdene wyszedł nad ranem zmuszony przez pitą wieczorem herbatę i
nie zabrał latarki - oceniam i natychmiast znowu spokojnie zasypiam...
Świt i pobudka.
Zaspany wyczołguję się z namiotu . Tropik jest mokry. Obwisły pod
ciężarem kropli rosy wielkich jak ziarna grochu. Przy wychodzeniu z
namiotu cały zamoczyłem się, bo wywołałem lawinę wody cieknącej z
tropiku na moje plecy. Po kilku krokach także nogi mam mokre do kolan.
Silna rosa powoduje, że świat wygląda jak po ulewnym deszczu. Sikam,
podziwiając jak ze stoku gór w dolinę rzeki spływa rzeka mgły gęstej
jak mleko. Wyżej wszystko widać wyraźnie – góry, tajgę ale tu, w dole
mgła ogranicza widoczność do kilku metrów. Ale słonko już zaczyna
przygrzewać. Czuje to na mokrych plecach i wiem, że – jak zwykle - za
godzinkę będzie już sucho i ciepło. Trawa zacznie żyć tysiącami
świerszczy i ogromnych szarańczaków.
Obozowy poranek w
tajdze – jak co dzień – ładuje mój akumulator radości z życia,
optymizmu, wręcz poczucia wielkiego szczęścia i szczególnego
wyróżnienia. Nawet ten prozaiczny, poranny rytuał mycia zębów w
lodowatej wodzie strumyka, wydaje mi się cudem. Z głębi serca dziękuję
Bogu za to, że ten świat jest piękny i ciekawy i, że dane mi było tu
dotrzeć! Rozbieram się do pasa i postanawiam bohatersko hartować się
zimną wodą ze strumienia, ale przy pierwszej próbie rezygnuję,
poprzestając na pochlapaniu twarzy i szyi. Co tam…
Wstałem pierwszy,
więc muszę iść i rozpalić ogień ogniska.
A tam przykra
niespodzianka. W naszej obozowej kuchni znajduję straszny bałagan. Stoję
jak głupi, klnę i nie mogę uwierzyć własnym oczom. Gary są porozrzucane
wokół ogniska. Śniadania nie ma bo wczorajsza zupa zostawiona w kociołku
na rano jest rozlana. Pojemnik na wodę pusty – też leży przewrócony.
Gorzej - wodoodporny wór z żarciem jest rozerwany, konserwy rozsypane, a
makarony, ryż i herbata walają się mokre w trawie.
Na moje wrzaski z
namiotu wychodzi zaspany kolega i wstaje Erdene.
Kiedy ja z Jurkiem
obwiniamy się nawzajem o spowodowanie nocą szkód, to mój mongolski
przewodnik [zawodowy myśliwy], po dokładnych oględzinach śladów na
ziemi, nagle krzyczy – AŁMAS..! AŁMAS..!, biegnie po karabin,
przeładowuje go i pędzi do koni. Wygląda na to, że przestraszył się
czegoś, obawia się o konie i chce sprawdzić czy nic im się nie stało.
Na szczęście okazuje się, że pasą się spokojnie i są wszystkie.
Erdene wraca, ale jest wyraźnie mocno wystraszony. Stwierdza
autorytatywnie i zupełnie poważnie, że szkody w nocy nie zrobił żaden z
nas. Również nie było to zwierzę – pantera czy niedźwiedź - mówi. Do
obozu, nocą przyszedł pożywić się gospodarz gór - ałmas! To odgłosy
jego – prawdopodobnie nieudanego - polowania słyszeliśmy nocą. Był
głodny i przyszedł do obozu – twierdzi mocno zdenerwowany Mongoł.
Najlepiej abyśmy natychmiast stąd odjechali – mówi.
Erdene z karabinem
ostrożnie obchodzi całą okolicę i szuka śladów bytności człowieka gór. W
końcu woła nas i okazuje wyraźne ślady wielkich stóp odciśniętych w
błocie na brzegu. Jurek - doświadczony myśliwy i tropiciel [strzelił
wiele niedźwiedzi w Kanadzie] – dokładnie ogląda ślady i zadziwiony -
stwierdza, że rzeczywiście - nie są to doskonale mu znane ślady misia!
Zbyt duże, zbyt wąskie, zbyt płytkie, odciśnięte są paluchy a nie widać
pazurów – mówi zadziwiony. No i wyraźnie widać, że była to istota
dwunożna, a niedźwiedź przecież chodzi na czterech łapach!
Też oglądam wyraźne,
ogromne ślady stóp odbite w błocie i mokrej ziemi zaledwie kilkanaście
metrów od naszych namiotów i dreszcz emocji przeszedł mi po plecach.
Uświadomiliśmy sobie gdzie jesteśmy i, że trzeba zacząć uważać,
obojętnie czy kuchnię zdemolował nam ałmas, pantera śnieżna czy
niedźwiedź! Decydujemy, że nie będziemy więcej gasić ogniska na noc.
Wyciągam zestaw survivalowy, a z niego petardy hukowe. Postanawiam nie
rozstawać się z moim Tactical P 99 Walthera. Jurek składa swój łuk
myśliwski, a do kołczanu mocuje strzały z grotami na grubego zwierza.
Radzi, by – tak jak w Kanadzie - jedzenie następnej nocy zawiesić wysoko
na drzewie. Erdene – nie wiadomo po co – cały czas chodzi po obozowisku
z karabinem przewieszonym przez plecy i obiecuje, że w przyszłym roku
zabierze na wyprawę psa – swoją łajkę, która nikogo i niczego się nie
boi i będzie stróżować w nocy odganiając ałmasa.
Już kolejny raz
wracam oglądać pozostawione ślady. Bardzo żałuję, że nie mam ze sobą
gipsu do wykonania odlewów śladów widocznych na wilgotnej ziemi, bo
wciąż wyraźnie widać wypełnione wodą odciski wielkich stóp. Niestety,
jedyne co mogę zrobić by mieć dowód wizyty ałmasa, to wykonać kilka
zdjęć tych charakterystycznych wgłębień. Fotografuję je pod różnymi
kątami – może będzie coś widać? Choć wątpię – bo czarne błoto
zagłębienia wypełnia mętna woda. To tak jakbym fotografował czarnego
kota na pryzmie węgla... Kombinuję, czy nie da rady zrobić odlewu z…
mąki, ale okazuje się, że już jej nie mamy.
Po pośpiesznym
śniadaniu, Jurek z łukiem a Erdene z karabinem, wyruszają konno
skontrolować okolice obozu i szukać w jakim kierunku idą ślady ałmasa.
Sprawdzić czy aby na pewno oddalił się od obozu. Erdene odgraża się, że
go wytropi i dopadnie! Jurek, że sfotografuje. Odpuszczam sobie te
poszukiwania, bo uważam, że nocny gość – obojętnie, zwierzę czy ałmas –
musi być już bardzo daleko, a jego ślady na skałach na pewno nie będą
widoczne. Potrzebny by był pies tropiący, ale my go nie mamy. W ciągu 10
godzin [lub więcej] od wizyty w obozie zwierzę może być Bóg wie gdzie, a
już na pewno tak daleko, że do zmroku nie dadzą rady go wytropić. Trzeba
było od razu, rano, po rosie... Ja jutro o świcie wyruszę z
teleobiektywem i lornetką obejrzeć okolicę, postanawiam. Zresztą ktoś
musi zostać w obozowisku. Ale obu myśliwych nosi! Poszli, a właściwie to
pojechali konno...
Ąłmas śmierdzi,
gwiżdże i nie znosi wody...
Nie poszedłem na
ryby bo wrócili koledzy (oczywiście z niczym) i nastał „kocioł”,
ponieważ wraz z nimi przyjechali goście – napotkana grupa Mongołów
podróżujących w kierunku „zielonej” granicy. Typy malowniczo
podejrzane, wszyscy uzbrojeni, ale nie musimy się niczego obawiać, bo –
okazuje się, że są to znajomi mojego przewodnika. Parzę więc herbatę i
serwuję posiłek, bo zgodnie z mongolskimi obyczajami, gościa –
podróżnego trzeba nakarmić, napoić i przenocować.
Jestem wciąż pod
wrażeniem niedawnych, nocnych odwiedzin w obozie i trafia się okazja
pogadać o ałmasie z miejscowymi ekspertami, zatem daję gościom w
prezencie paczkę papierosów i proszę przewodnika, aby zapytał ich co
sądzą o naszej przygodzie i o dzikich ludziach gór?
Potoczyła się przy
ognisku wartka opowieść...
Okazało się, że są
doskonale zorientowani w temacie. Wiedzą już o nocnej wizycie w obozie
i potwierdzają, że to musiał być ałmas. Ale traktują go w sposób
naturalny - jak jedną z wielu żywych, myślących istot, a spotkanie z nim
tak jak z odległym, rzadko odwiedzanym sąsiadem. Twierdzą, że żyje on
wprawdzie głównie na zachodzie Mongolii, w górach Ałtaj, ale często
przywędrowuje i tutaj, ponieważ tu – wysoko w górach i już blisko
granicy - nikt go nie niepokoi. Nie ma tu ludzi i turyści nie
docierają do strefy przygranicznej bo im nie wolno. Zdarza się – mówią,
że zimą porywa im bydło, ale rzadko, bo wielkie i rogate jaki potrafią
się przed nim obronić. Tak więc raczej żyje w przyjaźni z pasterzami.
Więcej szkód robi Caatanom, bo gdy zapanują straszne mrozy to bywa, że z
głodu zabija im renifery. Czasami, ałmasa widują myśliwi, którzy w
trakcie polowań na sobole tygodniami koczują w najdzikszych i
najwyższych odstępach górskiej tundry po obu stronach granicy. Ale udaje
im się go zobaczyć tylko zimą i to z daleka, gdy jego sylwetka jest
dobrze widoczna na białym śniegu. Trudno go wytropić bo zawsze pierwszy
zauważa człowieka i tak szybko ucieka w góry, że nawet na koniu nie
można go dogonić.
Kilkanaście lat temu
– opowiada nam jeden z Mongołów – słyszał, że samica ałmasa zeszła
z gór, porwała i zniewoliła samotnie koczującego pasterza. W odległej
dolinie w Ułan Tajdze kosił on samotnie siano na zimę. Uciekł z tej
„słodkiej” niewoli dopiero po tygodniach spełniania obowiązków
małżeńskich. Inny opowiada, że jeszcze nie tak dawno miejscowy Naadam
wygrał ich znajomy zapaśnik, olbrzym i siłacz nad siłacze, wykarmiony
mlekiem ałmaski.
A było to tak -
matka codziennie wyjeżdżała doglądać bydła i pozostawiała w otwartej
jurcie samotne, małe dziecko. Maluch rósł jak na drożdżach. Kiedyś matka
- wracając - zobaczyła uciekającą z jurty ałmaskę. Dziecku, które tamta
mamka tygodniami karmiła piersią, nic się nie stało. Wprost przeciwnie,
karmione mlekiem ałmaski wyrosło na siłacza.
Nasi goście
prześcigają się w kolejnej opowieści o tym, że gdzieś tu niedaleko, po
syberyjskiej stronie żyje stuletni pasterz – olbrzym, syn ałmasa
i zniewolonej przez niego Mongołki. Ma podobno dwa i pół metra wzrostu
i jeszcze dzisiaj wyróżnia się ogromną siłą i... niespotykanie bujnym
owłosieniem. Owłosioną ma nie tylko twarz, ale nawet ramiona, ręce,
nogi, piersi i plecy – twierdzą Mongołowie. Ma większą brodę niż ty –
śmieją się ze mnie.
Inny z naszych
gości opowiada nam jak to kiedyś jechał zimą na stronę syberyjską
polować na sobole i jego koń [posłuszny, stary towarzysz wypraw] w
pewnym momencie zaprał się i nie chciał iść dalej, a potem poniósł jak
oszalały, nie reagując na wysiłki jeźdźca starającego się go opanować.
Chłopak mówi, że koń poczuł smród ałmasa i dlatego spłoszył się. Ten sam
myśliwy opowiada nam także, jak to jego ojciec z towarzyszami wytropił
gawrę - zimowe legowisko - jak przypuszczali – niedźwiedzia. Gdy
myśliwi usiłowali wypłoszyć zwierza to rozległy się przerażające
wrzaski. Tak groźne ryki, że mógł je wydawać tylko wściekły ałmas.
Zrezygnowali z polowania i uciekli!
Erdene - mój
inteligentny przewodnik, dokłada do tych opowieści swoje informacje.
Twierdzi, że jak odbywał służbę wojskową w Ułan Bator, to czytał w
gazecie o znalezieniu w Mongolii czaszki ałmasa i że nie gdzie indziej,
a właśnie w Polsce [sic!] badali ją naukowcy, potwierdzając jej
autentyczność, zaś jego mama – znana mi szamanka – ma flet zrobiony
z kości „człowieka gór”. Jest on bardzo stary i dostała go dawno temu od
innego szamana, a ten od jeszcze starszego. Możesz go u niej zobaczyć -
proponuje mi - jak wrócimy do domu. Mówi też, że wie na pewno, że mnisi
w jednym z klasztorów mongolskich mieli skórę ałmasa – też o tym czytał
w gazecie. Radzi też, bym – jak wrócę do Ułan Bator - zasięgnął
informacji o ałmasie u jego wujka pracownika naukowego Uniwersytetu i
oferuje się, że może w przyszłym roku poprowadzić mnie do miejsca gdzie
ponoć żyją ałmasy.
Na konkretne pytanie
- czy i gdzie moi rozmówcy widzieli ałmasa, nie dostaję jednoznacznej
odpowiedzi. Owszem – twierdzą - spotkał go ktoś inny, oni natomiast
widzieli tylko wielokrotnie jego ślady na ziemi i śniegu, szczątki
upolowanych przez niego zwierząt i znają w górach jaskinię, w której
mieszkał. Mogą mi ją pokazać – oferują się - choć to daleko stąd! Z
tydzień jazdy konno. Jest tam legowisko i kości...
Umawiam się na tę
wyprawę w przyszłości, a Erdene szczegółowo wypytuje gości o lokalizację
jaskini.
Na pytanie – „jak
wygląda ałmas...?” – dostaję liczne odpowiedzi. Jest wielki – mówią - ma
ze trzy metry wzrostu, małą głowę i wielkie kły. Inny – dobrze
poinformowany – twierdzi, że wzrostem i wyglądem przypomina człowieka,
tylko pokrytego czarną sierścią, chodzi z wielkim drągiem i brzydko
śmierdzi. Czasem bywa okręcony skórą zdartą z upolowanego zwierza. Po
intensywnym zapachu [a raczej okropnym smrodzie] jaki pozostawia za sobą
można poznać, że tędy niedawno przechodził, lub że jest w okolicy.
... Jerry, ciągle
wściekły na nocnego gościa za wyrządzone nam szkody, burczy i odgraża
się, że … w roku przyszłym już żaden ałmas nie zrobi mu bałaganu w
obozie, bo zabierze do Mongolii swojego kanadyjskiego „strażnika” –
odstraszacza niedźwiedzi. Działa on w ten sposób, że obóz otacza się na
noc cieniutką linką, która po naciągnięciu przez intruza uruchamia
mechanizm odpalający nabój hukowy, który odstrasza nawet grizliego
głodnego na wiosnę. Ja już teraz kombinuję jak tu takie urządzenie
raczej przystosować do wyzwolenia spustu migawki mojego aparatu
fotograficznego uzbrojonego w lampę błyskową. Kombinuję jak w
przyszłości ustawiać taką fotograficzną zasadzkę i pytam się Erdene co
użyć jako przynętę na ałmasa. Co on najbardziej lubi...?
Ten śmieje się i
mówi, że najlepiej „ładną dziewczynę...”
Pasjonująca rozmowa
przeciągnęła się na „trzy kociołki herbaty”. Dawno już zapadł zmrok
ale nasi goście jakoś nie kwapią się jechać dalej. Jemy wspólną kolację.
Popalamy skręty. Wąchamy tabakę. W końcu dwóch starszych Mongołów idzie
spać do namiotu Erdene. Reszta gości rozkulbacza i pęta konie, rozkłada
koło ogniska wyjęte spod siodeł płaty wojłoku. Sprawdzają swoją broń i
naboje w magazynkach. Jeden z Mongołów strzela w powietrze. Raz, drugi,
trzeci... Zwariował? Erdene tłumaczy, że… na postrach! Potem okręcają
się w deli i kładą się spać na ziemi. Zahartowani... My idziemy spać do
naszych namiotów.
Jeszcze do ognia
dokładam kilka grubych pni drzewa – będą się palić do rana. Erdene
opatula się się w deli i siada z bronią przy ognisku. Trochę jeszcze
posiedzę – mówi. Dodaje jeszcze po cichu – „oni uradzili, że dziś nie
pojadą, bo boją się spotkać w nocy ałmasa...!”
Postanawiam jutro
powłóczyć się konno po górach. Szukając śladów ałmasa obejrzeć okolicę
przez lornetkę i teleobiektyw. Dotychczas widziałem niedźwiedzia,
fotografowałem orły, orłosępy, bobaki, dzikie wielbłądy - baktriany,
burundiuki ale żadnego dwunożnego yeti. Może teraz... tutaj...? Szkoda
tylko, że przed nami jeszcze zaledwie tydzień wspaniałej przygody i
nikła szansa na spotkanie z mongolskim człowiekiem gór i śniegów -
ałmasem...
Niestety, przez
pozostały, krótki okres pobytu w tundrze nic ciekawego nie odkryłem[...]
Tak to było kilka
lat temu. Potem, w Ułan Bator, nasza przygoda nie wywołała specjalnego
zdziwienia. Na moje pytanie o mongolskiego człowieka gór i śniegów,
usłyszałem, że [...] „oczywiście,
ałmas żyje w Mongolii i pewnie już niedługo go znajdziemy!”
Tak, z głębokim przekonaniem, powiedział mi Nyambat - poważny,
utytułowany naukowiec z Uniwersytetu w Ułan Bator. „Są
zachodni sponsorzy i szykuje się poszukiwawcza wyprawa naukowa
wyposażona w noktowizory, kamery termowizyjne, śmigłowce itp. sprzęt”.
Kogo spodziewacie
się znaleźć – zapytałem go?
„Człowieka śniegu”, albo inaczej -
„człowieka z gór”. Yeti nazywanego u nas ałmasem, co znaczy – „dzikim
człowiekiem”. Jest on nagi, czarno brunatny, człekokształtny olbrzymi
jak żydowski golem [wzrost
około 2 m uw. wł.], chodzący na tylnych łapach [nogach], z długimi
rękoma, silnie owłosiony, z małą głową, ale twarzą większą niż u
człowieka. Ma grzywę zasłaniającą oczy i większość twarzy. Szybko biega,
nie mówi, a przeraźliwie gwiżdże, czasem wrzeszczy i ryczy, a głos ma
wówczas wstrętny, chrapliwy. Najczęściej jest samotnikiem. Śmierdzi
okropnie. Żyje wysoko w górach, gdzie kończy się tajga, a zaczyna
tundra.. Żywi się polując na dzikie renifery i jelenie, choć gdy jest
głodny to nie gardzi owcami z dolin. Je także jagody leśne i grzyby.
Mieszka w norze lub jaskini. Nie pływa, nie lubi wody, wręcz boi się
jej. W zimie, gnany silnymi chłodami i głodem, schodzi w niższe partie
gór i pojawia się w pobliżu siedzib ludzkich kradnąc zwierzęta
hodowlane. Bywa kochliwy i miewa potomstwo [krzyżuje się – uw. wł.]
z człowiekiem...
Pozostało mi tylko
obiecać sobie, że w przyszłości wrócę tu na dłużej i będę kontynuował
poszukiwania tajemniczego stworzenia. Na taką okazję przyszło mi długo
czekać. Dopiero tegoroczna wyprawa stwarzała szanse podążenia śladem
sprzed lat. Dotarcia do tych tajnych miejsc znanych tylko miejscowemu
myśliwemu i szamanowi, który obiecał mnie tam zaprowadzić. Zaprowadzić
mnie, swojego „papę” [tak po latach przyjaźni chłopak mnie nazywa i
traktuje...].
Erdene obiecał mi to, ale i ostrzegł, że będzie to trudna wyprawa, w
najdziksze rejony gór i może ona potrwać najmniej cztery tygodnie.
Musimy być obaj uzbrojeni i zabierzemy psa, powiedział.
I tak to doszło do tegorocznej,
dwumiesięcznej, survivalowej, konnej wyprawy w bezludne regiony gór
północnej Mongolii. Wyprawy "W POSZUKIWANIU MONGOLSKIEGO AŁMASA".
Улаан
Тайга (Mongolia północna), sierpień – wrzesień 2004 r
[...] po pięciu dniach jazdy
samochodem, dotarliśmy do Mőrőn – stolicy ajmaku Chubsugulskiego.
Zrobiłem tam ostatnie zakupy żywności, odebrałem z policji zgodę na
przebywanie w rejonie przygranicznym i natychmiast ruszyliśmy dalej. Do
Cagaan Nuur dotarłem po kolejnych dwóch dniach jazdy. Przenocowaliśmy w
jurcie u Erdene, odmeldowałem się u pograniczniaków i już następnego
dnia przesiedliśmy się na konie. Szybko dotarliśmy do górnego Tengyzu.
Te dni konnej podróży przebiegające wzdłuż rzek zaowocowały w moim
notesie następującymi uwagami – „ zupa rybna zrobiona na głowie
złapanego tajmienia jest pyszna, a marynowane filety rybie robią
furorę...”,oraz - „w nocy spadł śnieg. Wieje wiatr i jest bardzo
zimno, rano straszna mgła...! Mokro, wszędzie teren zalany wodą, nie ma
gdzie rozbić namiotów, bo albo woda albo dżungla krzewów... Była
straszna burza. Po raz pierwszy obserwuję poziome pioruny...”
Męczący marsz konny przez góry ciągnął
się długo nim - wreszcie, dotarliśmy do najdalszego północnego krańca
naszej wyprawy, skąd dopiero mogliśmy odbić na południowy zachód. Tyko
tak mogliśmy ominąć łańcuch wysokich gór, ze szczytami sięgającymi 3500
m npm.. Ociepliło się. Poprawa pogody zaowocowała masowym pojawieniem
się komarów i meszki. Drobniutkie owady dotkliwie gryzły i było ich tak
wiele, że właziły w oczy i usta. Tereny przez które wędrowaliśmy na
koniach były porośnięte gąszczem krzewów, pokryte bajorkami i
kamieniami. Nic tylko czarne błoto, a w nim kępy wysokiej trawy i twarde
krzewy. W notesie zanotowałem sobie by opisać ten okropny cross, gdy
musiałem chodzić na piechotę. Jak mi kalosze grzęzły w bagnie, albo jak
kilometrami musiałem skakać z kępy na kępę. I, - że ostre gałęzie
krzewów porwały mi spodnie i obuwie. W tych warunkach wędrowanie na
piechotę było straszną mordęgą. Pozbawiało mnie sił i oddechu. To także
była i wina wysokości.
Gdy już byliśmy wysoko w górach to
nadszedł niż. Jak zaczął padać ulewny deszcz, to lał przez cały dzien.
Mróz, zimno, wiatr itp. znoszę dobrze, ale wilgoci nie lubię. W nocy
namiot pokrył pancerz lodu o grubości centymetra i zrobiło mi się z
niego igloo. Potem przeszedł śnieg. Powierzchnia rzeki dymiła...
Erdene szamanił na intencję poprawy
pogody.
Kolejne dni zafundowały nam przeprawy
przez trzy rzeki. Potem były same ostre podjazdy i zjazdy. Upadłem z
koniem. Jak zawsze dziwiłem się, jak te mongolskie koniki potrafią dać
sobie radę tak wysoko i w takim terenie?
Mirek codziennie jeździł konno by
penetrować okolice i ewentualnie coś upolować. Pewnego dnia do obozu
przybiegł samotnie jego koń. Spocony, zabłocony, bez siodła i jeźdźca.
Przestraszyłem się okropnie i uruchomiłem akcję poszukiwawczą. Na
szczęście przygoda skończyła się dobrze. Okazało się, że koń zaczął
topić się w bagnie i przewrócił się. Przeraził się, zrzucił jeźdźca i
uciekł. Po drodze – w panice gnając między drzewami, zerwał z siebie
uprząż i siodło. Mirkowi nic się nie stało, ale skórzane siodło porwało
się na kawałki.
[...] znowu wiatr i śnieg. Marzniemy,
humory psują się i mam coraz mniej ochoty włóczyć się po okolicy i
szukać śladów jakiegoś tam ałmasa! Poranne wstawanie też nie należy do
przyjemności. Jedynie Mirek nie traci animuszu. Wstaje pierwszy, rozpala
ogień, gotuje herbatkę i dopiero robi nam pobudkę.
[...] nastąpiła nagła poprawa pogody i
ocieplenie. Noce są zimne z przymrozkami, ale w ciągu dnia można się
wręcz opalać. Ani jednej chmurki. Przy takiej pogodzie wędrujemy chętnie
i szybko. Z każdym dniem dalej i wyżej w góry. Jeszcze dzień-dwa i ponoć
będziemy w okolicach gdzie – jak twierdzi Erdene - żyje ałmas!
Okolica robi się coraz bardziej
niedostępna. Czasami musimy daleko znosić graty w dół po skalnym
gołoborzu, by móc rozbić namioty blisko wody, drewna i na równym
terenie. Rzeki płyną w coraz większym i piękniejszym kanionie. Ich
pionowe ściany sięgają miejscami kilkudziesięciu metrów.
[...] rano znowu śnieg na namiotach. Za
to słonecznie. Życie obozowe rodzi się wraz z promieniami słońca i z
nimi zamiera.
[...] już połowa września. Jak ten czas
leci... Biwakujemy na skrawku brzegu rzeki płynącej w kanionie. Miejsce
ponure i ciemne bo słonko późno tu zagląda. Za to piękne. Nie mogę się „nafotografować’.
Te gry światła! Bawię się w robienie zdjęć panoramicznych.
[...] dzisiaj Erdene mówi, że doszliśmy
do celu wyprawy. Właśnie tutaj mamy szansę na znalezienie ałmasa.
Jesteśmy w miejscu niedostępnym dla ludzi i zwierząt, i właśnie tu –
ponoć - chroni się on przed ludzkim wzrokiem. Nawet myśliwi tu nie
zaglądają bo boją się. Mongoł każe mi iść wzdłuż rzeki, wąskim pasemkiem
brzegu tuż przy pionowej, skalnej ścianie wąwozu i szukać tam śladów.
Radzi śpieszyć się, bo jeśli popada deszcz, to poziom wody w rzece
podniesie się i wówczas nie będzie już możliwości przemieszczania się.
Wszystkie zwierzęta będące wówczas na brzegu rzeki wpadną w groźną
pułapkę. Woda je porwie i utopi, a my będziemy musieli uciekać na skały
wysokiego, skalnego brzegu kanionu. Ale teraz trafiliśmy na moment gdy
woda opadła, zwierzęta wędrują wąskim pasemkiem brzegu i łatwo je (lub
ich ślady) odszukać.
Robię jak radzi. Przez całe dni
penetruję okolicę po obu stronach rzeki. Niestety, bez rezultatu.
Widziałem tylko lisa, oraz nalazłem ślady niedźwiedzia, sarny i wilków.
Kości jakiegoś martwego zwierzęcia kopytnego i to wszystko. No i – przy
okazji - złapałem masę ryb. Obżeramy się lenokami. Aż pewnego dnia...
Czaszka ałmasa
Wędrując po skalnym rumowisku nagle
poczułem wstrętny zapach. Od razu przypomniały mi się wszystkie
opowieści o smrodzie wydzielanym przez ałmasy i podniósł mi się poziom
adrenaliny. Smród unosił się gdzieś z góry. Musiałem zatem zabawić się w
alpinistę. Odłożyłem aparat i próbowałem wspinać się po skałach do góry.
Niestety, mało nie spadłem - w kaloszach nie dało rady. Musiałem wrócić
do obozu po inne obuwie, linę alpinistyczną, pas z karabinkiem,
rękawiczki i asekuranta. Zostawić obszerną kurtkę, a ubrać obcisłą
kamizelkę. Jeszcze, profilaktycznie zabrałem latarkę i swojego Walthera
P99 (nóż). Niestety, będąc już przygotowany do wspinaczki doszedłem do
wniosku, że jest zbyt późno, zaraz zapadnie zmrok i eksplorację
przełożyłem na dzień następny.
Spałem źle bo „szybko”...
[...] poszedłem z Mirkiem. On zabrał
kamerę. Kilkakrotnie ponawiałem próby wspinaczkowe nim trafiłem na
miejsce skąd wydzielał się ten smród. W końcu odszukałem niewielką
jaskinię usytuowaną wysoko na zboczu skalnym, ale w niej znalazłem tylko
obrzydliwe, rozkładające się resztki jakiegoś kopytnego zwierzęcia.
Fragmenty kończyn pokrytych gnijącą skórą, żebra, kręgosłup. Kilka
czystych kości zrzuciłem na dół by pokazać je Erdene. Wróciliśmy do
obozu.
Po oględzinach kości mój mongolski
przyjaciel stwierdził, że są to szczątki sarny, która – jakimś dziwnym
sposobem – trafiła do tej jaskini wysoko na zboczu góry i tam zdechła.
Może płynęła z powodziową wodą – dumał? Albo – podniecił się, może
porwał ja ałmas, zabił i przyniósł do domu? Erdene poradził abym jeszcze
raz wdrapał się na górę i dokładnie obejrzał jaskinię i jej okolice.
Szczegółowe oględziny jaskini nie były
łatwe ani przyjemne. Aby móc wczołgać się głębiej musiałem gnijące
szczątki odsunąć patykiem. Było ciasno i bałem się czy wydostanę się z
powrotem. A co będzie jak przysypie mnie piach lub przycisną kamienie?
W końcu wlazłem do środka. Zapaliłem
latarkę i wyginając się jak wąż (oraz walcząc z odruchem wymiotnym)
świeciłem po kątach. I wtedy TO zobaczyłem! Stare kości, bielejące w
półmroku. Dwie czaszki. Dziwne, wielkie. Na wpół zagrzebane w piachu.
Jakby ludzkie!!! Z ziemi wystawały jeszcze jakieś zęby.
Zrobiłem kilka zdjęć i stwierdziłem, że
– niestety - wypełniła mi się w aparacie karta pamięci. Po zastanowieniu
zwalczyłem w sobie chęć ruszenia kości, wyczołgałem się na zewnątrz i
wywrzeszczałem na dół informacje o znalezisku. Zlazłem pospiesznie.
Zakazałem czegokolwiek ruszać (choć i tak mój tęższy i wyższy kolega nie
przecisnął by się do środka) i pobiegłem do obozowiska po nową kartę
pamięci, plecaczek i linę.
Krztusząc się adrenaliną i rozrzedzonym
powietrzem po pół godzinie byłem już z powrotem. Znowu wdrapałem się po
pionowym , skalnym stoku do jaskini i dokończyłem fotografowanie
znaleziska. Ubrałem zabrane z apteczki cienkie, gumowe rękawiczki i
ostrożnie wydobyłem z ziemi obie czaszki i szczękę. Włożyłem je do
plecaczka i spuściłem na dół do kolegi. Jeszcze patykiem przeorałem całą
jaskinię, szukając w piasku innych kości. W końcu zszedłem na dół.
Erdene obmył czaszki w rzece i obejrzał je dokładnie. Z niecierpliwością
czekałem na jego opinię.
Wreszcie, ponaglany wyksztusił – ta
większa, z zębami to... nie znaju. Ta mniejsza jest na pewno ałmasa.
Jaskinia była jego domem, gdzie chronił się, przynosił upolowaną
zdobycz. Pewnie stary ałmas tam zdechł, albo powodziowa woda go
utopiła...
Teraz sam dokonałem oględzin. Jedno
znalezisko wyraźnie wyglądało na dużą mózgoczaszkę ludzką, chociaż jej
kształt był jakby nieco inny. Brakowało niestety szczęk z zębami. Druga
czaszka spełniała moje (i np. Reinholda Messnera) wyobrażenie dzikiego
ałmasa. Miała wysunięte szczęki - jak u ludów pierwotnych i solidne kły
wskazujące na drapieżnika.
Pieczołowicie chroniąc znaleziska,
podnieceni i rozgorączkowani, wróciliśmy do obozu. Dwoma aparatami
obfotografowałem kości ze wszystkich stron. Z lampą i bez lampy. Na
wszelki przypadek. Potem zapakowałem czaszki w ręczniki i zamknąłem do
aluminiowych pojemników. Znalezisko zabiorę do Polski - zadecydowałem,
przeszmugluję (jeśli nie dostanę zgody na wywóz) i przekażę antropologom
do badań.
Długo myłem się w rzece by pozbyć się
trupiego odoru zgnilizny.
Nagotowaliśmy kocioł herbaty i
wyciągnęliśmy flaszkę archi, schowaną właśnie na tę okazję. Piliśmy
gorący caj z wódką Paliliśmy ognisko i do późna rozmawialiśmy o
znalezisku i yeti. Rozmowę kontynuowaliśmy jeszcze leżąc w namiotach, w
śpiworach, bo wciąż podniecony nie mogłem zasnąć (podobnie jak i
koledzy). Erdene zamknął się w swoim namiocie i szamanił. Do późna
słyszeliśmy jego monotonny śpiew.
Co za emocjonujący dzień!
Coś takiego. Znalazłem czaszkę ałmasa!!!
Profanacja i kara
Powoli zbliżał się kres naszej wędrówki
i trzeba było wracać do cywilizacji. Mając takie znalezisko już mogłem
wracać „z tarczą” i - szczerze mówiąc – nie mogłem doczekać się
zaprezentowania znaleziska fachowcom!
Ostatni biwak przed powrotem do
cywilizacji wypadł nam w miejscu, gdzie na odległym wierzchołku góry
stał wielki i piękny kurhan wotalny obo. Odpoczywaliśmy cały
dzień piorąc i zmywając wielotygodniowy bród z ciał. Erdene gdzieś
pojechał. Wrócił dopiero wieczorem i jakoś dziwnie zachowywał się. Był
nieswój i mrukliwie odpowiadał na moje żarty. Skarżył się na ból w
piersiach i oprosił o leki. Nie jadł i szybko poszedł spać. Znowu
szamanił nocą w swoim namiocie...
Następnego dnia, przy pakowaniu
zauważyłem, że pojemnik z czaszkami jest lekki. Okazał się pusty i
zrozumiałem co się stało. To Erdene... Poszedłem do chłopaka, bez słów
pokazując mu puste aluminiowe pudło. Ten odwracając wzrok powiedział
tylko – „Bolik, uuczłaaraj (przepraszam), ty znajesz... i jeszcze
dodał patrząc na mnie błagalnie ‘...nikomu nie gawari ab etom!”
Zrozumiałem co się stało i dlaczego. -
Erdene zreflektował się, zabrał moje znalezisko - czaszki i na szczycie
góry, na tym obo, złożył ją bogom w ofierze. Oddał to, co było
ich własnością, a nie moją. Bowiem, zgodnie z wierzeniami Mongołów
(niezależnie czy tych prostych ludzi z tajgi, tych miejskich, czy nawet
naukowców z Uniwersytetu) nie wolno szukać, a tym bardziej zabierać
szczątków ludzkich. Nie wolno rozgrzebywać starych kurhanów, prowadzić
prac archeologicznych, szukać grobu Czyngis-chana itp., bowiem wszystko
to może sprowadzić wielkie nieszczęścia. I dlatego Erdene – syn
szamanki, zadecydował, że znalezisko powinno wrócić do bogów ziemi i
nieba, a nie zostać sprofanowane przez naukowców. Wystraszył się o
własny los, przeraził się tego co się stało, czego się dopuściliśmy...
klątwy, kary bogów, które mogły spaść na nas i dlatego pozostawił kości
na świętym kurhanie. Między innymi leżącymi tam czaszkami – argali,
wilków, niedźwiedzi, owcy z trzema rogami itp. Wystraszył się, że
znalezisko sprowadzi nieszczęście a może nawet śmierć na tych którzy je
zabrali! Choroba JUŻ go dotknęła!
Tak, tak Kochani! Taka jest Mongolia!
Tacy są tam ludzie, ich obyczaje, wierzenia... Uwierzycie, że tam np. do
niedawna zwłok zmarłych nie grzebano w ziemi, a pozostawiano na
uroczyskach, na pastwę drapieżnego zwierza i ptactwa! Rozszarpywały je
orłosępy i wilki! Dziś chowa się zmarłych daleko i wysoko w górach,
przykrywa kamieniami i... zapomina o tym miejscu.
Jeżdżę do tego „zaginionego” świata od
10 lat i mam tę świadomość, że za każdym razem cofam się w magiczny XIV
wiek. I szanuję wierzenia miejscowych, ich obyczaje i prawa. Zatem
trudno, nie pojechałem zabrać z powrotem swojego znaleziska. Pozostało
tam, gdzie Mongoł zadecydował. Mnie pozostały przeżyte emocje,
satysfakcja ze znaleziska i zdjęcia które Wam prezentuję.
A może Erdene miał rację?
Wielkie odkrycia?
Niedowiarków i prześmiewców informuję, że niejedno stworzenie wynurzyło
się nagle z mroków legendy i okazało wprawdzie rzadko spotykaną, ale
istotą z krwi i kości. Tak wyglądała np. sensacyjna historia odkrycia w
Mongolii (nie tak dawno, bo w 1879 r) przez podróżnika i odkrywcę,
rotmistrza Przewalskiego, „dzikiego konia” [kirg. kertag, mong.
takhi]. Odkryto wówczas w Mongolii zupełnie nowy gatunek zwierzęcia!
Zwierzę to, żyjące na stepach mongolskich, nie było bowiem koniem,
konioosłem czy czymś podobnym, a jedynym, prawdziwym dzikim prakoniem!!
Darujmy sobie drobne stworzenia,
ale wiek XX obfitował w odkrycia dużych lub wręcz ogromnych ssaków
lądowych. Popatrzmy w kolejności na – tylko niektóre, nowoodkryte
gatunki. W 1901 roku, w dolinie Konga znaleziono małą „żyrafę” –
okapi; w 1937 roku – tamże – ogromną świnię leśną, a na Półwyspie
Indochińskim gaura - byka wielkości żubra! W Paragwaju
„zmaterializowało się” pekari znane wcześniej ze… szczątków z
epoki lodowcowej (sic!). W Brazylii (odkrycie z 1991r) znaleziono
lwiatki - cudaczne złociste, złotogłowe, czarne lub czarnolice
małpki o wyglądzie miniaturowego lwa. Odkryciem ostatnich lat są małe
jelonki mundżaki z Indochin, oraz ogromna (przekraczająca 120
kg) antylopa sao-la z Wietnamu. Literatura opisuje także odkrycie
małpy – „śnieżnego upiora” [Rhinopithecus roxellanae] - żyjącej
na pograniczu Tybetu i Chin [oraz prawdopodobnie Nepalu, Sikiangu i
mongolskiego Ałtaju], na wysokościach ponad 3000 m, w warunkach gdzie
przez osiem miesięcy panuje mróz i śnieg! Ta przedziwna małpa – „demon”,
znana była już od czterech tysięcy lat [sic!], ale wyłącznie z...
legend i malunków na starej, chińskiej porcelanie [podobnie jak yeti czy
ałmas]. I w końcu stało się - legenda zmaterializowała się. Udowodniono,
że naprawdę żyje dziwne zwierzę o niebieskawo zielonym obliczu, żółto
płomiennym tułowiu, rdzawych włosach na głowie i perkatym, zadartym
nosie. Czy spotkanie takiego na pół wyprostowanego włochatego potwora o
ludzkiej twarzy, wysoko w górach, w krainie tundry i lodowców, nie może
być interpretowane jako spotkanie ałmasa?
Jak takie wielkie zwierzęta aż do czasów współczesnych mogły umykać
uwadze nauki?!
Rėsumė
Czy my, wtedy, w mongolskiej, górskiej, bezludnej tajdze zetknęliśmy się
z ałmasem?
Cóż - wierzę własnym oczom, śladom w błocie, doświadczeniu mongolskiego
przewodnika i – przede wszystkim - myśliwskim kwalifikacjom mojego
ówczesnego partnera - Jerrego.
Twierdzę zatem, że wtedy naszego obozu na pewno… NIE ODWIEDZIŁ
NIEDŹWIEDŹ! Pozostaje pytanie - w takim razie kto?! Jakiś zdziczały i
głodny przestępca – zbieg o kolosalnych, gołych stopach? Samotnik,
pustelnik od lat ukrywający się na bezludziu? Ktoś specjalnie nocą
porobił ślady stóp i zniszczył nam zapas jedzenia? Zrobił nam głupi,
złośliwy dowcip. Na takim odludziu?!
???
A znaleziona w tym roku czaszka? Niewątpliwie humanoida! Lub ta druga
idealnie pasująca do teorii Messnera o yeti? Znowu, po wyeliminowaniu
prostych wyjaśnień, nasuwa się jedyna, logiczna odpowiedź...
???
Całkowicie bezludne
góry, niedostępne i okryte wieczną zmarzłocią, nękane strasznymi
burzami, huraganowym wiatrem, pożarami, mrozami do minus 50°C... to
terytorium groźne dla obcych i miejscowych. Upiorna tajga i „księżycowa”
tundra, taka - „czarna dziura”, ciągle czekają na odkrywców ukrytych tam
tajemnic (podobnie
jak i np. trzystumetrowe głębiny mongolskiego jeziora Chubsuguł).
Tajemnic dinozaurów, czasów chanów i przyrody. Trwanie mitu (lub
istnienie zwierzęcia) zależy od istnienia takich ostatnich obszarów
dzikiej przyrody i ten sygnał poddaję wszystkim pod rozwagę. Bez
nienaruszonego, dziewiczego środowiska, nie będzie ałmasa lub nawet
legend o nim.
Bolek „Boleebaatar” URYN
Sensacje z ostatniej chwili...
Na początku października b.r. magazyn naukowy „New Sciencist” doniósł,
że w tropikalnych lasach Konga odkryto gigantyczne małpy. Są one
znacznie większe od goryli.
Mierzą koło 2 metrów i ważą do 120 kg.
Ale nie
tylko w dżunglach kryją się nieznane nam dotąd gatunki zwierząt.
Naukowcy donieśli także o odkryciu nowego gatunku wieloryba. Na łamach
magazynu „Nature” opisano wyłowionego na Morzu Japońskim
dziesięciometrowego walenia. „Testy DNA wykazały, że mamy do
czynienia z nowym, nieznanym nauce gatunkiem...” – podał Tadasu
Yamada z Narodowego Muzeum Nauki w Tokio. Niewykluczone, że o nieznanych
dotąd gatunkach zwierząt będziemy słyszeć coraz częściej, bowiem działa
projekt, w ramach którego naukowcy z 53 krajów starają się skatalogować
jak największą liczbę nowych gatunków. Badania te uświadamiają nam, jak
wiele jeszcze mamy do odkrycia na Ziemi...
Artykuł
ukazał się w „Poznaj Świat” Nr. 1/2005
Prof. Dionizy Czubala - „Mongolskie i syberyjskie opowieści o
człowieku śniegu ” Polska Sztuka Ludowa. Konteksty” Nr 3-4,
1994r, s. 53-58. Bibliografia 33 pozycje